58

Te rzeczy były niemożliwe jeszcze 10 lat temu. Dziś to codzienność

Gdybym miał przenieść się w czasie tylko o 10 lat, pewnie pomyślałbym o pokazaniu "tamtejszym" ludziom to, co zdołaliśmy sobie wypracować przez dekadę. A gdyby okazało się, że nie mogę już wrócić do "swojej" rzeczywistości, pewnie bym się bardzo męczył nie mogąc skorzystać z dzisiejszych nowinek. Oto subiektywna lista rzeczy, które mogę zrobić dzisiaj, a 10 lat temu nie było to jeszcze takie oczywiste.

10 lat to jeszcze wcale nie tak długi okres, nieprawdaż? 10 lat temu miałem 16 lat, nie przejmowałem się pierwszymi zmarszczkami wokół oczu, siwymi włosami i cały czas rosnącymi zakolami. Doskonale pamiętam to, co się wtedy działo, jakie miałem wtedy „problemy” i z jakich nowinek technologicznych mogłem korzystać. Nie rozstawałem się z odtwarzaczem MP3, słuchawkami dousznymi „na kablu”, a w domu grałem w GTA: San Andreas przez internet, korzystając z SA-MP-a.

Płatność telefonem / BLIK

BLIK niedawno uratował mi skórę. Wracałem akurat z Londynu, gdzie „obstawiałem” premierę telefonów Honor 20 i Honor 20 Pro. Samolot przyleciał odpowiednio wcześnie, a ja miałem już zamówiony autobus z Warszawy do Rzeszowa, jednak na znacznie późniejszą godzinę. Uznałem, że mogę zmienić rezerwację tak, aby być te dwie godziny wcześniej w domu. Polecono mi jednak zaopatrzyć się w gotówkę, by dopłacić różnicę w cenie biletu u kierowcy. Bankomat, do którego dopadłem na Lotnisku Chopina za nic nie chciał współpracować – twierdził, że operacja nie może zostać zrealizowana. Postanowiłem spróbować wypłacić pieniądze bez użycia karty, za pomocą BLIK-a. Wpisałem kod, zatwierdziłem go w telefonie i… maszyna wypluła pięć dych. Z BLIK-a korzystałem jeszcze parę razy w ciągu ostatnich kilku lat – zawsze działało tak jak trzeba.

Natomiast na co dzień płacę albo telefonem albo kartą. Właściwie, wychodząc do sklepu znajdującego się jakieś 100 metrów od mojego bloku, nie muszę zabierać ze sobą portfela. Robię zakupy, wyciągam telefon, przykładam do terminala i… po wszystkim. Jeszcze dekadę temu nowinką było płacenie plastikiem. Dziś już nikogo nie dziwi możliwość użycia telefonu komórkowego.

Muzyka „w locie”

Wspominałem Wam wyżej o odtwarzaczu MP3, który miałem przy sobie zawsze, gdy gdzieś wychodziłem. Dzisiaj wystarcza mi telefon komórkowy, w którym mogę mieć dosłownie każdy utwór, jaki tylko sobie zamarzę. Rammstein? Nie ma sprawy. Zmienił mi się nastrój i potrzebuję posłuchać Arki Noego? Bez problemu. Coś mi się zwarło pod kopułą i zapragnąłem posłuchać „YYY” od TPN 25? Jedziem z koksem!

Streaming (nie tylko audio) to dla mnie błogosławieństwo. Mało tego, aplikacja kliencka takiego Spotify (oczywiście nie jest to jedyny gracz na tym rynku) znajduje się w komputerach, tabletach, a nierzadko i w samochodach, do których ładuje się coraz więcej „elektroniki”. Czy jest to zjawisko dobre czy też nie – oceńcie sami.

Ale streaming zmienił nas pod wieloma względami. Mało kto już myśli o „zrzynaniu” muzyki z internetu i ładowaniu jej do takiego urządzenia jak odtwarzacz MP3 / MP4. Są dużo prostsze, legalne i co ważne – wygodne metody. To właśnie wygoda wygrała z powszechną tendencją ku piraceniu m. in. muzyki. Podobnie jest i z filmami, serialami: mamy przecież Netfliksa, mnóstwo platform VOD. Po co mielibyśmy bawić się w poszukiwanie filmów „w torrentach”?

Coś bym zjadł…

Jak to wyglądało 10 lat temu? W mojej rodzinnej miejscowości znajdowała się naprawdę świetna jak na standardy postkomunistycznego chochoła pizzeria „San’t Agata di Puglia”, w której placki robił rodowity Włoch. I były naprawdę genialne. Dzwoniło się tam, zamawiało, dawało gotówkę i voila.

A dzisiaj? Jedyny kontakt z człowiekiem, jaki odbywa się w trakcie operacji „polowania na jedzenie” to przyjęcie posiłku. Płacę – za pomocą karty. Zamawiam – za pomocą aplikacji. Korzystam z rabatów w Pyszne.pl / PizzaPortalu… jeżeli nie mam ochoty na pizzę, mogę zamówić sushi, burgera, indyjskie jedzenie, cokolwiek mi się tylko zamarzy. Proces zamawiania jedzenia jest tak prosty, że nie wymaga ode mnie właściwie żadnej poważniejszej aktywności. I to jest naprawdę piękne.

Samochody elektryczne, Tesla, koniec silników wysokoprężnych

10 lat temu mój Tata męczył się z VAG-owskim silnikiem 2,5 TDI, który w pierwszych latach swojej posługi w naszym domu był naprawdę niesamowitą maszyną. Jak na tamte czasy oferował świetne osiągi. I dodatkowo, auto w którym on stacjonował (Audi A6 C5, 2-latek sprowadzony z Włoch) było po prostu fajne. Okazało się krótko po tym, że Włoch, który był pierwszym właścicielem pojazdu „zawirusował” silnik i nieco je przerobił. Z seryjnych ok. 160 KM zrobiło się nagle 240, a moment obrotowy zwinąłby asfalt w Wąchocku. Tata nagle stał się fanem silników wysokoprężnych i uwielbiał efekt wgniatania w fotel podczas przyspieszania tym potworem. Wiadomo jednak o tym, że 2,5 TDI to jednostka upośledzona pod względem trwałości – naprawy były koszmarnie drogie i niezwykle częste.

A co mamy dzisiaj? Świat w silnikach elektrycznych upatruje ogromną szansę dla motoryzacji. Diesle? Diesle są właściwie na cenzurowanym m. in. po aferze Dieselgate. Dodatkowo, z powodu dbałości o środowisko, odchodzi się od ciekawych, aczkolwiek potrzebujących skomplikowanych rozwiązań technicznych jednostek wysokoprężnych. Świetnie radzą sobie hybrydy: silnik benzynowy + silnik elektryczny.

Ale nie tylko silniki elektryczne to znak naszych czasów. To również naszpikowane elektroniką pojazdy. Wsiadając do dajmy na to Golfa III (wpadajcie do mnie – mogę Wam takiego pokazać), a następnie do najnowszego przedstawiciela tego modelu Volkswagena mamy uczucie przeniesienia się w czasie nie o dwadzieścia kilka lat, ale o lata świetlne. Zamiast zegarów – wyświetlacze. Zaawansowane systemy infotainment. A już teraz do naszych drzwi puka pełna autonomia pojazdu – za 20 lat moje dzieci nie będą pewnie marzyć o samochodzie mającym przede wszystkim zawrotną ilość koni pod maską, ale zgodnym z pełną autonomią.

Aplikacja na wszystko

Zamawianie taksówki aplikacją, jedzenie na dowóz w aplikacji, bank w aplikacji… wszystko to było niedostępne jeszcze 10 lat temu. Może i o tym myśleliśmy, może były takie plany – ale rzecz jasna nie mogliśmy z tego skorzystać. Była to wtedy ekstrawagancja, coś, co stanowi jedynie pieśń przyszłości. Dzisiaj nie możemy się bez tego obejść i uwierzcie mi – np. aplikacja banku w telefonie to coś, z czego korzystam codziennie. I nie wyobrażam sobie nie móc z tego korzystać.

Za pomocą aplikacji możemy sterować naszym nowoczesnym samochodem, urządzeniami w domu, wziąć kredyt w banku… co tylko chcecie. Jeszcze dekadę temu nie mieściłoby się nam to w głowie, a jedynym istotnym repozytorium „programów” były ostatnie strony gazet. Pamiętacie?

Sztuczna inteligencja, asystenci głosowi

W moim domu stoi sobie niepozorny, aczkolwiek bardzo potężny głośnik od Google. Może odtwarzać muzykę ze Spotify, połączyć się z moim ulubionym radiem, ale jeżeli go poproszę, wyłączy światło w toalecie, salonie, zwiększy temperaturę w chłodne, zimowe dni i zasunie rolety. Sztuczna inteligencja natomiast otacza nas niemalże wszędzie – nawet Facebook korzysta z niej po to, aby budować jeszcze lepsze algorytmy. Najbardziej namacalnym przykładem jej użycia są natomiast asystenci głosowi, którzy są w stanie komunikować się z nami za pomocą mowy naturalnej.

Czasy, w których żyjemy są może i nieco zwariowane, ale z całą pewnością są piękne. Powinniśmy je doceniać, bo jeszcze 10 lat temu nie było tak „ciekawie”. Nasze możliwości zwiększyły się, żyjemy coraz bardziej wygodnie. Niestety, na drugim biegunie znajduje się nasza prywatność i w wielu przypadkach to właśnie nią płacimy za dostęp do tych nowinek.