30

Technologiczna martyrologia – czyli dlaczego nie warto umierać za Google, Apple, czy Microsoft

Gdybym miał obrazowo przedstawić Wam jak wygląda dyskusja na blogach technologicznych w Internecie, przyrównałbym to do placu, na którym na scenę wychodzimy my – blogerzy. Mamy swoje godziny, mówimy Wam co akurat dzieje się w interesującym nas światku, po czym schodzimy ze sceny do publiki, by prowadzić z Wami dyskusje. Zadajecie nam pytania, wskazujecie na […]

Gdybym miał obrazowo przedstawić Wam jak wygląda dyskusja na blogach technologicznych w Internecie, przyrównałbym to do placu, na którym na scenę wychodzimy my – blogerzy. Mamy swoje godziny, mówimy Wam co akurat dzieje się w interesującym nas światku, po czym schodzimy ze sceny do publiki, by prowadzić z Wami dyskusje. Zadajecie nam pytania, wskazujecie na błędy, zwracacie uwagę na istotne rzeczy. I za to Wam ogromnie dziękuję. Smuci mnie tylko, że wokół tego placu ludzie zamykają się za trzema barykadami, rzucacie w siebie błotem nad naszymi głowami. Nierzadko obrywa się również nam.

Moja racja jest najmojsza

Wiecie, jak jest z racją, prawda? W każdym razie, wszystko sprowadza się do tego, że każdy ma swoją. I to jest akurat święte prawo każdego z nas – jeden powie, że zapach pomarańczy jest super. Drugi się nie zgodzi i powie, że woli zapach skarpetek. Kto ma rację? Który zapach jest lepszy? Żaden, bo jeden i drugi będzie mieć rację.

maxresdefault

Podobnie, Moi Drodzy jest z technologiami. Nigdzie indziej nie spotkałem się z czymś podobnym. Pierwszy lepszy przykład – niegasnące wojny między użytkownikami Windows, Androida oraz iOS/Mac OS. Dnia nie ma, żebym nie przeczytał gdziekolwiek w Internecie, nie tylko na Antywebie, że „tylko gimbaza używa Androbiedy”, „iOS to zachcianka tępych burżujów”, a „kafelki to tylko do kibla”. Żebym zaraz nie został rozjechany walcem za generalizowanie – wojny między garstką użytkowników. Przyznajcie się, że do tego momentu mieliście ochotę rozstrzelać mnie w komentarzu? Nie? Dzięki.

Nie do końca rozumiem, w czym tkwi problem. Zastanawiam się nad tym, czy nie jest to czasem efekt udomowienia się „technologii personalnych”, w tym i mobilnych w kategorii lifestyle’u. Dużo mówi się, że rasowy bloger, to tylko z iPhone powinien się bratać, teksty winien smarować na MacBooku, chadzać w kujonkach, niezależnie od pory roku mieć na głowie stylową czapkę i pijać kawę w Starbucksie. Pewnie, że nie. Moi szefowie oraz koledzy z Antyweba (raczej, jeśli jest inaczej, niech mnie poprawią) nie pasują do wspomnianego modelu. Ja, mniej wytrawny bloger już w ogóle nie pasuję do tego archetypu – w czapce wyglądam jak buc, nie mam iPhone’a, MacBooka także nie posiadam, w Rzeszowie nie ma Starbucksa, a okulary mnie są niepotrzebne.

Skoro o lifestyle’u mowa, to z technologiami wiążą się pewne emocje. Nic odkrywczego, że na świecie trudniej będzie sprzedać urządzenie, niż związany z nim ładunek emocjonalny. W Internecie, czy w realu nie znajdziemy wojen między fanami Pampersów, Huggies, czy pieluszek Dada. Podobnie, nie uświadczymy mordobić między smakoszami kaw Douwe Egbert’s, Nescafe i Maxwell House. Kawa i pieluchy nie wzbudzają emocji – technologie już tak. Od tego już tylko krok do groźnego w tym temacie dysonansu poznawczego – telefon, marka, system, który gości w moim tablecie są lepsze od pozostałych na rynku. Dlaczego? Bo są moje! Argumentów za tym stanowiskiem szukamy sobie już sami, wedle własnego uznania.

Podziękujmy Microsoftowi, Google i Apple za to, że są

Mam wrażenie, że pewnym grupom jakby „nie leży” to, że istnieje jakaś konkretna firma technologiczna. Czym są spowodowane owe antagonizmy – nie wiem. Zakładam, że nikomu z tych osób Microsoft nie spalił domu, Apple nie odbiło dziewczyny, a Google nie podglądał pod prysznicem. Toteż dziwi mnie to, że czasami tym firmom są przydawane ludzkie cechy oraz… ludzkie, niezbyt wybredne określenia. Festiwal rzucania błotem przywodzi mi czasem na myśl bitwy kibiców urządzane na murach. Jestem pewien, że gdybym pojechał do Stalowej Woli i na przystanku wysmarował sprayem „Siarka Tarnobrzeg”, po jednym wieczorze wrażliwi kibice zachowaliby się według jednego z trzech scenariuszy: a) napis zostałby zamalowany, b) coś zostałoby domalowane c) przystanek zostałby „zlikwidowany”. W komentarzach i dyskusjach jest podobnie.

apple_1351488311_540x540

Warto jednak zastanowić się, czy to nie dobrze, że firmy aktywnie ze sobą konkurują? Gdyby nie Google, Samsung, Apple i inne firmy, Microsoft dalej dziadowałby na własnym podwórku, Windows dalej kisiłby się we własnych sokach i bylibyśmy skazani na jedno, słuszne rozwiązanie. A tak to rozwija się każdy – Android nosi znamiona najdojrzalszego systemu mobilnego, Apple rozwija swoje stylowo urządzone poletko, a Windows biegnie za pierwszą dwójką z jęzorem na wierzchu. Wszyscy są w miarę zadowoleni. Kto narzeka na Windows? Użytkownicy Androida. Kto psioczy na Androida? Użytkownicy Windows i iOS. Wiecie, o co chodzi?

Bloger nie jest uczestnikiem wojny

Jeżeli jest dobrym blogerem technologicznym. Tego poznacie po tym, że nie jest fanem żadnego rozwiązania na rynku. Jeszcze lepszy nie da Wam odczuć, że mogłoby być inaczej. Pisząc dla wpływowych mediów traktujących o technologiach należy zdać sobie sprawę, że posiadanie naprawdę potężnej broni, jaką jest opinia to także ogromna odpowiedzialność. Nie piszemy tekstów „dla beki”, one na pewno będą czytane.

Nie można mieć nam za złe tego, że w pewnych tematach się specjalizujemy. Na podstawie naszych tekstów snujecie czasem domysły, że na przykład taki Microsoft płaci mi za teksty. Powiem Wam tak – każdy bloger chciałby, żeby Microsoft mu płacił. Akurat ta firma by się nie rozdrabniała i rzuciłaby w nas takim workiem pieniędzy albo sprzętu, że łapiąc go polecielibyśmy na plecy. Z ekonomicznego punktu widzenia, taki scenariusz byłby dla blogera naprawdę fajny – piszę teksty, opłaca mnie firma z zewnątrz, mam mnóstwo fajnego sprzętu za darmo, a w Almie rozprawiam z dziewczyną nad wyższością krewetek nad łososiem.

Jest także druga strona medalu, o której się zapomina. Bloger to także człowiek – z podobnymi rozterkami natury moralnej, co wszyscy. Myślicie, że fajnie byłoby mi pisać przychylne teksty za pieniądze? Sami widzicie, że mimo specjalizacji nie stronimy od krytyki słabych kroków niektórych producentów. Sprawa OneDrive, o której pisał Tomek to także i mój problem – nie jestem zadowolony i mówię to otwarcie. Nie podoba mi się także to, że Microsoft zaniedbuje nieco Windows i Windows Phone. Dlatego obiecuję Wam – jeżeli przyjdzie kiedyś taki dzień, że otrzymam maila z propozycją „współpracy” polegającej na napisaniu przychylnego tekstu w zamian za pieniądze… jego nadawca otrzyma ode mnie tak gorące pożegnanie, aż poczuje mojego buta między pośladkami.

Dzisiaj jest „przydługo”, prawda? Już kończę, spokojnie. Na zakończenie proszę, mam Was za naprawdę inteligentnych ludzi. Nie mamy o co kruszyć kopii. Żyje nam się dobrze, głodni nie jesteśmy. Mamy prąd, dach nad głową. Nad nami nie świstają kule, a naszego regionu raczej nie nawiedzają trzęsienia ziemi. Korzystanie z Windows, Androida, iOS, Mac OS, Ubuntu, FreeBSD, Symbiana, Meego, czegokolwiek innego nie jest podstawą do dehumanizowania użytkowników tych rozwiązań i rozstrzeliwania najpierw ich, potem platform. To, że firmy stojące za tymi rozwiązaniami ze sobą konkurują jest wystarczające. Jak będzie? Peace?

Grafika: 1, 2, 3