65

Jest tyle metod świętowania, a niektórzy wciąż decydują się na fajerwerki

Sylwester już za pasem. Ale czy faktycznie musimy zaopatrzyć się z tej okazji w tony fajerwerków?

Brawo, Ziemio! Po raz kolejny udało Ci się wykonać pełen obrót wokół Słońca. Z tej okazji my – ludzie – urządzimy sobie wielką imprezę. Wszyscy są zaproszeni. W każdym dużym mieście zorganizujemy koncerty, które będą transmitowane przez stacje telewizyjne. Nie zabraknie też imprez skromniejszych, takich między znajomymi i nieznajomymi. Zaopatrzymy się w taniego szampana i gdy tylko kalendarze w naszych telefonach wskażą zmianę daty – oszalejemy z radości i… no właśnie. I co zrobimy? Puścimy fajerwerki? Albo po prostu pójdziemy oglądać, jak puszcza je sąsiad? Ale to przecież takie niemodne. Jest tyle ciekawszych opcji, aby wyrazić radość, a my ciągle decydujemy się na takie starocie. No i po co?

Sylwester bez fajerwerków jest możliwy. Serio.

Coraz częstszym zjawiskiem jest rezygnacja z tradycyjnych pokazów fajerwerków przez same miasta. W tym roku nie strzelają m.in. Wrocław, Warszawa, Częstochowa, Chorzów czy Kraków. No dobrze, ale co zamiast tego? Wszystkie te miasta o północy zakryte zostaną kotarą milczenia i ciemności? Będzie posucha i nuda, wszystkim popsują się humory i pójdą do domu? Oczywiście, że nie. Alternatyw jest całkiem sporo. Jedną z popularniejszych opcji jest pokaz laserowy. Widziałam jeden z nich na własne oczy i muszę przyznać – to całkiem imponujące. Oczywiście do tego potrzebny jest spec, podobnie jak w przypadku pokazów sztucznych ogni. Jestem pewna, że wasz sąsiad Mariusz jest dumny z siebie, gdy podpala te cztery losowo wybrane rakiety i łezka w oku mu się kręci, gdy wybuchają z hukiem na niebie, prezentując może i ładne, ale niezbyt sensownie złożone kolorki. Łatwiej mi jednak docenić magików, którzy zajmują się takimi pokazami w imieniu miasta czy wielkich festiwali. Trzeba stworzyć z tego jakąś historię, mieć minimum zmysłu estetycznego i zdawać sobie sprawę, który fajerwerk stworzy na niebie konkretny efekt. Podobnie ma się sprawa z laserami. To nie losowo wybrane wiązki światła puszczane przez wszystkich mieszkańców, którzy mieli akurat w domu wskaźnik laserowy i jak raz zabrali go gdzieś ze sobą, zamiast drażnić nimi koty. Porządny pokaz wymaga kunsztu, ale zdecydowanie jest tego warty.

Noworoczne wyprzedaże w Orange, Play, Plus i T-Mobile. Sprawdzamy ceny

W tym roku ciekawy popis da Łódź. Na niebie zamiast fajerwerków mieszkańcy zobaczą… drony podświetlone diodami LED. 300 maszynek wykonają w powietrzu szereg konfiguracji zgranych z muzyką. Wśród nich pojawią się figury bezpośrednio nawiązujące do Łodzi i jej historii. Na szczęście pogoda ma dopisać, więc drony prawdopodobnie wylecą bez przeszkód. Oby choreograf dał z siebie wszystko, bo sam pomysł wydaje się naprawdę ciekawy.

Mimo że w ciągu życia nie naoglądałam się pokazów fajerwerków w niezliczonych ilościach, jestem nimi trochę znudzona. Ileż można lecieć wszędzie na identycznym motywie? Doceniam kreatywność polskich miast i mam nadzieję, że trend się utrzyma. Oczywiście ważną kwestią są tu też zwierzaki. Ja wiem, że w czasie II wojny światowej wszystkie psy świata robiły salta nad samolotami i własnymi zębami rozbierały płonące czołgi, ale zachowajmy trochę rozsądku. Widziałam już zwierzaki, które znoszą Sylwestra całkiem nieźle, ale niestety widziałam też całą masę takich, które zżera strach i stres. Może otaczam się słabiakami, ale wśród ludzi, z którymi o tym rozmawiałam to raczej norma. Nawet w dyskusjach internetowych coraz częściej zauważam komentarze faktycznie przejętych właścicieli, a nie tylko Januszy, którzy są oburzeni, że sobie przez okno z daleka na huki z rynku nie popatrzą. Mam również nieodparte wrażenie, że dużo łatwiej „posprzątać” po dronach czy pokazie laserowym niż po fajerwerkach. O ile miasta nie zostawiają po sobie góry śmieci, tak bawiący się krajanie… cóż. Niektórym bardzo trudno jest znaleźć, a co dopiero się schylić po coś, co sami przed momentem wysadzili w powietrze.

Wszystkiego dobrego w kolejnym roku!

Fajerwerki nie są nam niezbędne do życia. Jeśli możemy bawić się bez męczenia zwierzaków, a przy okazji mieć z tego korzyści wizualne – super. Mi to pasuje i nie rozumiem, po co upierać się przy jednej, niebezpiecznej tradycji. Oby za jakiś czas nikt już nie kończył o północy z poparzeniami, oby zwierzaki miały święty spokój i obyśmy wszyscy witali kolejny rok w jak najpiękniejszy sposób!