6

Stęskniłem się za tradycyjnymi czasopismami – gdzie się podziały te czasy?

Pamiętam jak wczoraj „naloty” na osiedlowy kiosk – w czasach, gdy saloniki prasowe były gdzieś w większym mieście, a dostawa prasy „niecodziennej” odbywała się raz w tygodniu, najczęściej nie w ten dzień, gdy numer ukazywał się w Polsce. Zamykałem się wtedy w pokoju, najpierw czytałem, a ewentualne dodatki do gazety zostawiałem sobie na „deser”. Dziś […]

Pamiętam jak wczoraj „naloty” na osiedlowy kiosk – w czasach, gdy saloniki prasowe były gdzieś w większym mieście, a dostawa prasy „niecodziennej” odbywała się raz w tygodniu, najczęściej nie w ten dzień, gdy numer ukazywał się w Polsce. Zamykałem się wtedy w pokoju, najpierw czytałem, a ewentualne dodatki do gazety zostawiałem sobie na „deser”. Dziś mam dostęp do niezliczonych pokładów treści, gier, aplikacji na już, na zaraz, teraz. I co? Gdzieś stęskniłem się za starymi czasami.

Emocje jak na grzybach

Mawia się, że od dobrobytu przewraca się w zadzie. I w sumie z tym bym się zgodził. Ogrom treści w Internecie, blogomania, wykształcenie się nowych form medialnych, opartych na Internecie spowodowało, że czasopisma straciły nieco na znaczeniu, choć nie można powiedzieć, że na horyzoncie widać ich upadek. Jednak to, co oferują gazety w różnorakiej formie można znaleźć w Internecie. Ba, informacje, które otrzymujemy w tym medium są dużo bardziej aktualne – robiąc badanie na temat zaufania do nowych mediów w kontekście zjawiska internetowego hejterstwa, jednym z argumentów, dla których media internetowe wypierają te „tradycyjne” jest ich specyfika oparta na „hiperaktualności”. Społeczeństwo informacyjne czekać nie lubi, gdy tylko pojawi się potrzeba informacji, jest ona zdatna do szybkiego zaspokojenia. Na mocy rewolucji mobilnej ma to jeszcze większe znaczenie – wcale nie musimy ruszać się z kanapy, wyciągać laptopa, czy zasiadać do komputera – smartfon stał się jednym z głównych okien na świat.

children-593313_1280

Mój poranek zaczyna się codziennie tak samo – zmienia się tylko godzina, o której otwieram oczy. Najczęściej jeszcze w łóżku, zanim ciało i umysł dokonają ostatecznej synchronizacji, szukam po RSS-ach czegoś ciekawego, wpadam na swoje ulubione strony w Internecie, pobieżnie przejrzę nagłówki w serwisach informacyjnych i mniej więcej jestem już poinformowany – co się działo jak spałem, co mnie czeka tego dnia i tak dalej. Chcę zagrać w grę – Steam albo konsola – płacę i za chwilę mam. Szukam kodów, solucji (coraz rzadziej, mam wrażenie, że gry „durnieją” z czasem), pytam wujka Google. Chcę pooglądać śmieszne wideo z kotami? YouTube.

I co ciekawe, jak już wezmę się za lekturę artykułu X traktującego o Y, to po kilku dniach nie jestem w stanie przypomnieć sobie jego tytułu, a tym bardziej szczegółów z tekstu. Nie wiem, czy wynika to z przeładowania informacjami zewsząd – te atakują mnie w postaci powiadomień, postów znajomych na Facebooku, maili, SMS-ów. Może nie angażuję się w to, co czytam, przestałem czuć więź z mediami, które mi dostarczają informacje? Brakło emocji, skończyła się ekscytacja i rozpoczęła się machinalna, taśmowa konsumpcja?

Bo kiedyś tak nie było

Jeszcze gdy Grzegorz Marczak nie był blogerem, a ja wyobrażałem sobie, że zostanę policjantem, albo kierowcą ciężarówki, byłem gorliwym czytelnikiem CD Action. Do tego kilka innych pisemek traktujących o technologiach. Interesowało mnie to. Mama, gdy tylko proponowała mi, by wynieść tony papieru do kontenera z makulaturą – protestowałem. Na półkach obok szkolnych lektur walały się „Tipsomaniaki”, w „cake’ach” na płyty ograne covery, dema. Z głowy mogę przypomnieć sobie całkiem dużo artykułów z tych gazet, przypomnieć sobie co było w tym i tym wydaniu, nawet melodyjkę odpalającą się podczas startu płyty z programami od CD Action. Latałem do kiosku jak oszalały z ciągłym pytaniem: „czy już jest?” Zbierałem drobniaki na nowy numer, czytałem listy do redakcji. Dostęp do Internetu był, ale nie taki jak dziś, że solidną wagowo grę ściągam w maksymalnie dwie godziny. Pamiętam jeszcze (o dziwo) czasy dzwonienia do tepsy, liczenie czasu dostępu do Internetu i minę taty, gdy przychodził rachunek.

Obcowanie z mediami miało jakiś czar, społeczność wydawała się wtedy bardziej skonsolidowana, zaangażowana. Mimo braku wielu dzisiejszych ułatwień człowiek w tym siedział o wiele, wiele mocniej. Dziś rozluźniły się więzi, Internet i rewolucja mobilna zmieniły dosłownie wszystko, co rządziło Internetem jeszcze 10 lat temu. Informacje z mediów przelatują przeze mnie jak przez sito, kiedyś chwytało się wszystko, co się da.

photo-256887_1280

Zabrzmi to bardzo osobiście i wiem, że niektórzy z Was tego nie lubią. Od 2 lat i rok na Antywebie stoję po „drugiej stronie barykady”, jestem świadom tego, że pewna granica dzieli mnie i moich czytelników. Granic nie lubię i gdy tylko mogę, staram się zmniejszać dystans między twórcą treści, a osobą, która mnie czyta. Dlaczego? Bo świadom jestem tego również, że pewne czasy nie wrócą i o zaangażowanie jest trudniej. A owe zaangażowanie jest wartością tym większą, iż okazuje się być ona coraz mniej osiągalną. Dlatego tak bardzo ulubiłem sobie blogi – gdzie w owej granicy łatwiej jest zrobić pokaźne wyłomy, pokazać się od ludzkiej strony. Udowodnić, że „ten, co sobie tam pisze i pisze” nie jest tylko awatarem i litanią na temat X. Jest człowiekiem – z emocjami, wizerunkiem, opinią, osobowością. Cieszę się, że mogę Wam to dać. Cieszę się również z tego, co Wy mi dajecie.

Nie zmienia to jednak faktu, że za pewnymi rzeczami tęsknię – może dlatego, że zaczynam się już starzeć? Tęsknię za brakiem odpowiedzialności, za beztroską i nieświadomie idealizuję to, co dla mnie przeszłe (to akurat naturalne). To nie wróci, ale swoją tęsknotę mogę przełożyć na to, co robię obecnie. Droga społeczności Antyweba, dziękuję.

Grafika: 1, 2, 3