28

13 odcinków to za dużo. Drugi sezon Punisher powinien mieć ich 6

Zaliczenie drugiego sezonu serialu Punisher na Netflix zajęło mi tydzień choć spodziewałem się, że zarwę dla niego weekend. Dlaczego? Bo choć sam serial mi się ostatecznie podobał, to momentami naprawdę ciężko się go oglądało. 13 odcinków to zdecydowanie za dużo - to niestety jeden z największych problemów netfliksowych materiałów Marvela.

Ile odcinków powinien mieć dobry serial?

To zależy…

Wiem, nie takiej odpowiedzi oczekiwaliście. Ale dobrej odpowiedzi na to pytanie nie ma. Jeden producent wystrzela się już na drugim, inny stworzy 40 pasjonujących epizodów, które będziecie chcieli oglądać jeden po drugim, nawet jeśli za oknem już świta i trzeba iść do pracy. Po, moim zdaniem, bardzo dobrym pierwszym sezonie Punishera, obstawiałem że drugi będzie jeszcze lepszy. Jeszcze intensywniejszy, ciekawszy, bardziej wciągający. I taki by był, gdyby zamiast 13 odcinków zdecydowano się na 6.

Mało Punishera w Punisherze

Jeśli jakimś cudem nie wiecie kim jest Punisher, podsumuję go bardzo krótko oddając, mam nadzieję, sens tej postaci. Frank Castle to emerytowany żołnierz, specjalista, świetnie wyszkolony, bez hamulców i rozterek moralnych wypełniał rozkazy przełożonych. Kiedy jednak wrócił do domu, ktoś zamordował jego rodzinę. Założył więc czarny kostium z białą czachą, wziął w dłonie karabiny i zaczął się mścić. Na wszystkich, pozostając jednak wierny moralnemu kodeksowi, według którego zabija tylko przestępców. W zasadzie tak przedstawił go również Netflix w serialu Daredevil, tak też poznaliśmy go w pierwszym sezonie własnej serii. Owszem, już wtedy były rozkminy o przeszłości, wiązanie kilku wątków, jednak w obu przypadkach było to spójne, miało sens i odpowiednio wyważono sceny spokojne, z tymi przepełnionymi akcją. Przy okazji drugiego sezonu starano się najwyraźniej wniknąć głębiej w umysł bohatera, wrócić ze starymi postaciami, dodać nowe, stworzyć dwa równoległe wątki i…wyszedł z tego straszny tasiemiec.

13 odcinków to sporo. W tym czasie zdążyłem kilka razy zachwycić się fajnymi scenami akcji, polubić kilka zwrotów, zaprzyjaźnić się lub znienawidzić konkretnych bohaterów. Jednocześnie co jakiś czas wyłączałem Punishera w połowie odcinka, a były też dwa momenty kiedy chciałem w ogóle zrezygnować z kolejnych seansów. Ostatecznie pewnie bym żałował, zacisnąłem więc zęby i szedłem dalej. Widząc ostatnią scenę ostatniego odcinka stwierdziłem – było warto, fajnie się to oglądało. Ale poznanie tej historii trwało zbyt długo.

Drugi sezon Punisher na Netflix przypadł mi do gustu, jednocześnie mnie nudząc. Podobał mi się, choć czuję że straciłem na niego za dużo czasu. Dwa równoległe wątki, przez które Frank Castle (czyli Punisher) nie może czuć się bezpieczny to ciekawy pomysł, jednak nieciekawie poprowadzony. Powrót znanego z pierwszego sezonu Billy’ego Russo miał być wymówką do pokazania nowego “złola”, czyli Jigsawa, moim zdaniem okazał się jednak największym minusem tego sezonu. To nieudana próba przeniesienia mocno przerysowanej postaci na grunt dość realnego serialu – niestety charakteryzatornia nie odrobiła lekcji i przy całej brutalności serialu (przypomnijcie sobie ostatnie starcie Russo – Punisher z pierwszego sezonu) zdjęcie przez Bille’go maski osłaniającej oszpeconą twarz rozczarowuje. Ostatecznie od pewnego momentu czułem, że oglądam ponownie to samo, co w pierwszym sezonie. I niestety to uczucie często wracało.

To oczywiście nie koniec problemów. Dwie istotne postacie kobiece do wymiany, co brzmi abstrakcyjnie patrząc na to jak wiele czasu antenowego zajmują. Nie wiem czy to wina aktorek, które mogły nie zrozumieć roli, czy raczej kiepsko napisanych bohaterek. A może wina leży po obu stronach?

Najgorsze niestety w drugim sezonie Punishera jest to, że większość jego problemów zniknęłaby gdyby zdecydowano się na około 6, a nie 13 odcinków. Poszczególne motywy są rozwleczone, jakby twórcom i aktorom zbrakło pomysłów. Jakby ktoś na górze pilnował żeby opowieść trwała dokładnie tyle ile zaplanowano i nie zwracał uwagi na to, że taki pomysł się nie spina. Serial potrafi zbudować ciekawy, przytłaczający klimat, by po chwili stać się na pół godziny miałką i nużącą telenowelą. Są świetne sceny akcji, na które czekają fani bohatera, ale później przez półtora odcinka muszą znosić rozkminy i niewiele wnoszące do całej opowieści powroty do przeszłości. Owszem, chciałem zobaczyć prawdziwą twarz Punishera, zrozumieć go, poczuć to co on. I twórcy naprawdę się starali, jednak zamiast tego dostałem festiwal flashbacków i maglowania w kółko tego samego, jak się okazało niezbyt pasjonującego tematu.

Są na Netflix seriale, które polecam Wam z czystym sumieniem. Ich odbiór zawsze zależy od konkretnego widza i jego oczekiwań, o czym informujecie mnie często w komentarzach – czasem to, co mi przypadło do gustu, Was najzwyczajniej w świecie nudzi. Drugiego sezonu serialu Punisher z czystym sumieniem nie jestem w stanie polecić nikomu z bardzo prostej przyczyny – szanuję Wasz czas.

Ten problem nie dotyczy oczywiście wyłącznie Punishera i pewnie sami wielokrotnie trafiliście na seriale, które mogłyby trwać zdecydowanie krócej, a i tak udałoby się opowiedzieć to samo – może nawet lepiej, bo szybciej i intensywniej. Drugi sezon Punishera to również kolejny dowód na to, że współpraca na linii Netflix-Marvel weszła w nieciekawy etap i nie dziwi mnie już kasowanie kolejnych seriali. I choć liczę na sezon trzeci, to nie będę zdziwiony jeśli Punisher również pożegna się z własną serią.