64

Płaskoziemcy próbowali dopłynąć do krańca Ziemi, skończyli w areszcie

„Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów” - ten rzekomy cytat ze Stanisława Lema, niezależnie czy to on był jego autorem, z roku na rok coraz dokładniej opisuje stan naszej cywilizacji. Ostatnie lata, pomimo coraz szybszego postępu technicznego i jeszcze łatwiejszego dostępu do wiedzy, to okres bezprecedensowego wzrostu popularności różnych antynaukowych idei. Antyszczepionkowcy, tropiciele wszechświatowych spisków, foliarze kryjący się przed 5G są dziś wszędzie, a ich działania są wysoce szkodliwe. Są też płaskoziemcy...

Muszę przyznać, że płaskoziemcy, o ile nie mają współistniejących, a szkodliwych poglądów, to grupa której… nie potrafię nie lubić. Większość ludzi wierzących w planetę w kształcie naleśnika jest bowiem wyjątkowo pocieszna, a dyskusje przez nich wywoływane, zawierające karkołomne próby wyjaśnienia niepasujących do ich teorii zjawisk, powodują długo trwające napady śmiechu. A śmiech… jak wiadomo to samo zdrowie. Przełom 2020 i 2021 r. przyniósł kolejny przykład potwierdzający tę zasadę.

Północ czy południe? Bez znaczenia.

Rzecz wydarzyła się we Włoszech i szybko zdobyła łamy tamtejszych gazet i serwisów internetowych, a nawet wywołała reakcję przedstawicieli Morskiego Biura ds Zdrowia. Para tamtejszych płaskoziemców prawdopodobnie nie wytrzymała psychicznie ograniczeń związanych z epidemią COVID-19 i postanowiła dopłynąć na kraniec świata, aby udowodnić ostatecznie jego istnienie wszystkim „niewiernym”. Co ciekawe, miejsce w jakim spodziewali się go znaleźć, było zaskakujące nawet jak na standardy prezentowane przez to środowisko.

Para była bowiem przekonana, że koniec świata znajdą w okolicach wyspy Lampedusa, znajdującej się raptem 200 km na południe od wybrzeża Sycylii. Żeby było zabawniej, para nie posiadała własnej łodzi, nie znała się ani na nawigacji, ani na geografii Włoch, a prawdopodobnie nie rozróżniała nawet stron świata. Według doniesień przedstawicieli władz, para mieszkająca w rejonie Wenecji, ignorując zakazy związane z pandemią, udała się samochodem na Sycylię, gdzie w miejscowości Termini Imerese sprzedała swój pojazd i zakupiła łódź.

Parostatkiem w piękny rejs…

Warto tutaj nadmienić, że wspomniane miasteczko leży na północym wybrzeżu Sycylii, co raczej nie było zbyt sensownym wyborem. Następnie para, nawigując przy pomocy kompasu, wyruszyła w podróż życia, która doprowadziła ich na wyspę Ustica, leżącą ok. 70 km na północ od sycylijskiego wybrzeża. Sądząc po stanie, w jakim zastali ich przedstawiciele władz, stało się to po godzinach błądzenia na morzu.

To jednak nie koniec historii naszych bohaterów. Po umieszczeniu ich przez władze wyspy na przymusowej kwarantannie para zdecydowała się na ucieczkę. Udało im się dotrzeć do łodzi i wypłynąć, ale po kilku godzinach dopadła ich, zapewne będąca w ich mniemaniu wtajemniczona w spisek, policja. Kilka dni później podjeli kolejną próbę ucieczki, ale tym razem zostali odnalezieni w domu, jak to poetycko określiła policja, lokalnego mitomana, twierdzącego, że jest chory na COVID. Po weryfikacji, że ani gospodarz, ani uciekinierzy nie są zarażeni, niefortunni zdobywcy zostali odstawieni promem na stały ląd i wrócili w swoje strony.

Cóż, jak widać podstawy geografii, nawet w ich mniemaniu zafałszowanej, mogą się przydać nawet płaskoziemcom. Opisana tu para i tak ma szczęście, inny przedstawiciel tej grupy, pragnący empirycznie udowodnić swoje tezy przy pomocy ręcznie skonstruowanej rakiety stracił w zeszłym roku życie. Szalony Mike, pomimo że już jego wcześniejszy lot o mały włos nie zakończył się tragedią, w 2020 r. zdecydował się podjąć kolejną próbę… To w sumie dość zaskakujące, że to akurat przedstawiciele chyba najbardziej karkołomnej z wszystkich dziwacznych teorii, są jednocześnie najbardziej zdesperowani, aby ją nam wszystkim udowodnić. Nawet ryzykując własnym życiem…

Źródło: [1]