Moje przemyślenia

Niewiele o nich słychać, ale rozpychają się globalnie. Kobo na wojennej ścieżce

KM
Kamil Mizera
3

O Kobo wiele się nie mówi i wiele nie słychać. Jeżeli mówi się o ebookach, to przede wszystkim w kontekście Amazonu, który na nich niezwykle urósł, o Apple i jego iBookstore oraz, coraz częściej, o Google. Kobo zostaje nieco w cieniu, co jest o tyle dziwne, że firma ta ma naprawdę potężną ofertę i z...

O Kobo wiele się nie mówi i wiele nie słychać. Jeżeli mówi się o ebookach, to przede wszystkim w kontekście Amazonu, który na nich niezwykle urósł, o Apple i jego iBookstore oraz, coraz częściej, o Google. Kobo zostaje nieco w cieniu, co jest o tyle dziwne, że firma ta ma naprawdę potężną ofertę i z powodzeniem kolonizuje kolejne lokalne rynki oraz dzielnie walczy o globalnego klienta.

Założona w Kanadzie, gdzie jest głównym dostawcą e-książek, firma niedawno przeszła w japońskie ręce, a pieniądze wyłożył Rakuten. I na wiele miesięcy słuch zaginął o tym jednym z największych globalnych dystrybutorów e-treści. A jest o czym opowiadać, bo Kobo to ponad 2,5 miliona tytułów, własna linia urządzeń, od czytników po tablety, oraz specjalne, dedykowane aplikacje o charakterze społecznościowym.

Kobo od dłuższego czasu ściga się z Amazonem, ale również Apple, na globalnym rynku. Tam gdzie Amerykanie, tam zaraz musi pojawić się Kobo. Jest więc i w Wielkiej Brytanii, jest w Niemczech, we Francji, w Japonii i wielu innych krajach. Ostatnio nawet firma wyprzedziła swojego największego rywala, i otworzyła swe podwoje w Brazylii, ale konkurentom nie zajęło dużo czasu, aby również pojawić się na tym rynku.

Dlaczego więc tak mało o Kobo słychać? Pomijając już samą kwestię reklamy, warto zwrócić uwagę, że Kobo skupia się tylko na sprzedaży elektronicznych książek i na niczym innym. W przeciwieństwie do Apple, Google czy Amazonu, które oferują dużo bogatszy ekosystem urządzeń i usług. Przez to ginie nieco w tłumie. Brakuje tej księgarni również pewnego pomysłu na to, jak zachęcić użytkowników do kupowania właśnie w Kobo.

To, na czym może, moim zdaniem, ugrać Kobo, to wejście na e-bookowe rynki, które dopiero zaczynają się rozwijać i zajęcie na nich jak najlepszej pozycji. Ponieważ firma skupia się tylko na e-książkach dużo łatwiej powinno być jej otwierać się na kolejne kraje. Dla przykładu, niedawno pisałem o tym, że Woblink podpisał umowę z Kobo, na mocy której już wkrótce polskie ebooki trafią do tego dystrybutora. Tylko co z tego, skoro na razie Kobo nie wspiera polskiego języka i nie da się w naszym kraju kupić czytników tej firmy.

Kobo ma sporą szansę namieszać mocno na globalnym, ebookowym rynku. Wszystko będzie zależeć od strategii, jaką przyjmą Japończycy, ale marka ta ma silne podstawy i jest dostępna już w kilkunastu krajach. Pytanie tylko, czy jest w stanie zaoferować klientom coś, czego nie da im lepiej znany Amazon czy Apple? Na razie nie widzę niczego takiego. Jedno jest pewne, robi się coraz ciekawiej, konkurencja staje się coraz bardziej zażarta, a to dla końcowego klienta-czytelnika powinno być korzystne.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

AppleAmazonebookiKobo