0

Netflix nie daje o sobie zapomnieć. Jest w Cannes i wykupuje prawa do filmów…

netflix logo
Wszyscy pamiętamy tę niemiłą sytuację, gdy doszło do spięcia na linii Netflix - Cannes. Konsekwencją jest absencja filmów serwisu na festiwalu, ale Netflix i tak o sobie przypomina na każdym kroku.

Jedni będą twierdzić, że Netflix po prostu zainteresowany jest najlepszymi filmami i jest bardzo zdeterminowany, by móc odpowiadać za ich dystrybucję na całym świecie. Drudzy będą dopatrywać się złośliwości w działaniach serwisu, który miałby wybrać się na zakupy właśnie do Cannes i zgarnąć prawa do dwóch najlepszych filmów tylko po to, by zrobić na złość włodarzom festiwalu i ponownie przypomnieć o swoim istnieniu. Myślę, że prawda leży po środku.

Działania Netfliksa wcale nie muszą być aktem złej woli, bo niejednokrotnie przekonywaliśmy się o tym, jak bardzo firma ta lubi chwalić się posiadaniem praw do znanych i cenionych produkcji. W katalogu znajdziemy nie jeden tytuł, który debiutował na Sundance czy festiwalu w Toronto, a przecież takie sytuacje sprawiają, że i my mamy solidny powód do zadowolenia.

W końcu tego typu filmy wcale nie są łatwe do obejrzenia jeszcze przez pewien czas po debiucie na festiwalu – trafią do (naprawdę) ograniczonej dystrybucji w kinach, ewentualnie wędrują bezpośrednio do dystrybucji cyfrowej oraz na nośniki fizyczne. To wcale nie ułatwia sprawy, bo często tytuły, które chciałoby się zobaczyć w ogóle nie docierają do naszego kraju i wtedy takie marki jak Netflix, Amazon Prime Video czy HBO Go robią różnicę. Każdy z tych serwisów, a czasem i inne, potrafią bardzo pozytywnie zaskoczyć i dostarczają widzom mało popularne, ale warte seansu filmy.

Teraz nadeszła kolej na dwóch zwycięzców z festiwalu w Cannes. Mowa o filmach Atlantics i I Lost My Body. Pierwszy z nich zdobył drugą najbardziej prestiżową nagrodę w Cannes, Grand Prix, zaś drugi okazał się najlepszy w kategorii Independent International Critics’ Week  oraz zdobył Nespresso Grand Prize. Nie są to produkcje, na które zwrócilibyście uwagę w pierwszej kolejności przeglądając asortyment serwisu VOD, ale właśnie takie działania sprawiają, że jeszcze bardziej doceniam starania usług z wideo na życzenie.

Owszem, bardzo lubimy sytuacje, w których możemy dzięki nim zobaczyć coś lekkiego, przyjemnego albo wrócić do klasyka, który bawił i relaksował nas lata temu. Do niektórych seriali, jak chociażby do Przyjaciół, niektórzy wracają regularnie, by nie powiedzieć nagminnie. I ja to w pełni rozumiem. Ale na czyich innych barkach powinna spoczywać odpowiedzialność także za rozpropagowanie tych filmów festiwalowych, jeśli nie gigantów VOD, którzy są w stanie sobie pozwolić na zakup i dystrybucję filmu wokół globu?

Jestem przekonany, że w tych działaniach nie brakuje też premedytacji. Netflix przyjechał do Cannes z pustymi rękoma i wraca do domu (na tę chwilę) z dwoma lokalnymi hiciorami. Nie zdziwiłbym się, gdyby wkrótce okazało się, że lista ta wydłuży się o kolejne tytuły – rozmowy mogą nadal trwać. Jest to, w mojej ocenie, zagranie, które ma pokazać włodarzom Cannes, że streamingowy kolos nie chce pławić się w sławie i chwale po zdobyciu nagród, ale na pewien sposób pragnie też przyczynić się do popularyzacji produkcji, które okazują się na takim festiwalu najlepsze.