93

Na pohybel „projektantom” zasilaczy do naszych urządzeń

Sporo ostatnio dyskutujemy na łamach Antyweb o designie, użyteczności i kwestii łączenia tych dwu czynników w gotowych produktach. Skupiamy się oczywiście na tym co nas najbardziej kręci, smartfonach, laptopach i innych tego urządzeniach, ale dzisiejsza przerwa w dostawie internetu przypomniała mi o pewnym elemencie, z którym mamy jakiś cywilizacyjny problem, jeśli chodzi o jego właściwy design. Nie wiem jak Wy, ale ja zaglądając pod biurko i oglądając całą menażerię mieszkających tam zasilaczy, projektantów połowy z nich zakułbym w dyby i zesłał do kamieniołomu. Jak się pewnie domyślacie, przerwa w internecie była spowodowana właśnie przez takiego źle zaprojektowanego delikwenta.

Konkurs piękności

Ja naprawdę mogę zrozumieć, że ktoś nie przewidzi jakiegoś problemu w pierwszej wersji skomplikowanego urządzenia, jakoś rozumiem część utrudnień wynikających z chęci nadania naszym „diwajsom” atrakcyjnego wyglądu. Ale zasilacze? Nie chcemy ich oglądać, nie chcemy ich podziwiać, mają siedzieć w gniazdku i działać. Ale nie, przynajmniej połowa z nich musi trafić do jakiegoś niespełnionego prawie-że-Esslingera czy innego Dietera Ramsa a rebours.

Wygląda to tak, jakby połowa projektantów tych pożytecznych urządzeń nigdy nie widziała listwy ani przedłużacza. Jak można zaprojektować wielkiego kloca ze zintegrowaną wtyczką, który nie jest w ogóle wyważony, a jeszcze nie ma wystarczającego podparcia ponieważ sama wtyczka jest wąska. Jak się trafi kilka takich urządzeń, to zabawa w ułożenie wtyczek w listwach zaczyna poziomem trudności przewyższać szachy. 

To jest po prostu jakieś szaleństwo. Nie wiem jak u Was, ale u mnie „królami” zasilaczowego designu są producenci routerów i zewnętrznych dysków twardych. Klocki są różne, obłe, kanciaste, żebrowane, ze światełkami, ale wszystkie je łączy jedno, są beznadziejne ergonomicznie i niestabilne w gniazdku.

Zasilacz idealny

A przecież optymalny design zasilacza nie jest jakąś państwową tajemnicą, ani technologicznym Świętym Graalem, ciężkim do osiągnięcia bez kosmicznych technologii. Jeśli czyta mnie tu jakiś projektant, to uwaga zdradzam przepis:

  • duża, uziemiona wtyczka 
  • kabel prowadzący od niej do kostki z zasilaczem
  • kostka zasilacza
  • kabel prowadzący do urządzenia
  • wtyczka jaką tam sobie jaśnie pan producent zażyczył (ideał konsumenta = MagSafe) 

Koniec. Kropka. Nie potrzebujemy zasilaczy w kształcie litery L, W, X, dysku, krążka, kulki czy innej fikuśnej figury przestrzennej, potrzebujemy urządzeń, które stabilnie prześlą prąd z punktu A do punktu B.

Najlepiej jeszcze, żeby oba kable były do wtyczki wtykane, a nie wbudowane. Wtedy jeszcze ekolodzy się do Was uśmiechną, choć pewnie księgowa w firmie spojrzy trochę krzywo, bo co to za produkt w którym jak się kabel zepsuje, to się tylko kabel wymienia. Nowa ekonomia wymaga, aby to wbudować, skleić na amen i co dwa lata do kosza i do sklepu.

Ja już sam nie wiem, czy w firmach technologicznych jest jakaś designerska Syberia, zajmująca się projektowaniem tych urządzeń, do której zsyła się nielubianych projektantów? Przecież ten problem nie jest jakiś jednostkowy, fatalne konstrukcje tego typu są pewnie w co drugim, może co trzecim urządzeniu.  Moim zdecydowanym faworytem jest tu zasilacz od mojego routera UPC, który nie dość, że na listwie zajmuje trzy gniazda, to trzeba go zaprzeć o jakieś inne elementy, ponieważ potrafi wysunąć się z gniazda zupełnie niesprowokowany. 

Apple – honorowy prezes klubu złych zasilaczy

Żeby pozostać uczciwym, trzeba jeszcze wspomnieć o sprawie, w której pierwsze skrzypce gra Apple. Ich zasilacze nie są tak złe, jeśli chodzi o ergonomię. Z grubsza nawet spełniają warunki opisanego ideału, z jednym niewielkim „ale”. Wszystkie cieniutkie kabelki Apple są warte tyle ile ważą, czyli prawie nic. Oczywiście żeby je kupić musicie wydać znacznie więcej, ale na pocieszenie powiem, że będziecie robić to też cześciej niż u konkurencji. 

Ich izolacja jest bowiem wykonana z tworzywa, które słabo wygląda już po rozpakowaniu nowego urządzenia. Wasz kabel i zasilacz pożyje, o ile będziecie na niego chuchać, dmuchać i pilnować, żeby się nie wygiął bardziej niż o 90 stopni (najlepiej w ogóle). Za pół roku pod palcami i tak będzie się odczuwać, jakby ten miał się zachwilę rozpaść, ale to nic w porównaniu z sytuacją gdybyście przykładowo mieli zabierać laptopa w teren. Od dawna wiadomo, że laptopy Apple do tego nie służą.

Sytuacja poprawiła się dopiero wraz z przejściem laptopów Apple na zasilanie przy pomocy USB-C, dzięki czemu kabel stał się wymienny. Niestety bóstwu złych projektantów trzeba było złożyć ofiarę w postaci wyrzucenia na śmietnik najlepszego wynalazku z tej dziedziny, czyli złącza MagSafe. Stąd Apple w tym klubie elektronicznego dziadostwa dostaje tytuł tylko honorowy, za zasługi historyczne. 

Znacznie lepsza sytuacja jest w przypadku zasilaczy do mniejszych urządzeń, takich jak smartfony, ale chyba tylko dlatego, że urządzenia te są tak małe, że projektanci z piekła rodem nie wpadli jeszcze na pomysł, jak przy takich gabarytach utrudnić nam życie. Ale wszystko przed nami. A jak u Was to wygląda? Ile macie zasilaczy normalnych a ile takich, które najchętniej wywalilibyście przez okno?