Cudo! Tak najkrócej mogę podsumować czas spędzony z ultra-szerokim monitorem Philips. Rozmiar 29 cali i proporcja ekranu 21:9, to błogosławieństwo, o którego istnieniu wcześniej nie zdawałem sobie kompletnie sprawy. I to nie tylko przy oglądaniu filmów, gdzie nie widać czarnych pasów, albo graniu w gierki, w których dodatkowe piksele potrafią zrobić kolosalną różnicę. Najbardziej ten […]

Cudo! Tak najkrócej mogę podsumować czas spędzony z ultra-szerokim monitorem Philips. Rozmiar 29 cali i proporcja ekranu 21:9, to błogosławieństwo, o którego istnieniu wcześniej nie zdawałem sobie kompletnie sprawy. I to nie tylko przy oglądaniu filmów, gdzie nie widać czarnych pasów, albo graniu w gierki, w których dodatkowe piksele potrafią zrobić kolosalną różnicę. Najbardziej ten monitor cenię za wyniesienie jakości pracy biurowej na zupełnie nowy poziom! Rozmiar ma znaczenie. Im większy monitor tym lepiej. Ale przecież nie postawimy na biurku plazmy na pół ściany, bo siedzieć wtedy musielibyśmy kilka metrów dalej, a to już kompletnie nic wspólnego z wygodą nie ma. Kiedyś wydawało mi się, że praca na laptopowych 15 calach jest wystarczająco komfortowa i nie potrzeba mi rozglądać się za zewnętrznym monitorem.

Myliłem się. Teraz na laptopie piszę tylko w podróży.

Kolejno testowałem coraz ciekawsze konstrukcje poczynając od 24 – calowych konstrukcji o proporcjach 16:9, po ich większych o 3 cale braci, którzy nauczyli się już nawet tworzyć złudzenie trójwymiarowego obrazu. Wszystko to jednak zeszło zupełnie na dalszy plan kiedy na moim biurku pojawił się Philips 298P4QJEB. Wyciągam go z pudełka i myślę: „kurcze, to już chyba bardziej deska do prasowania niż monitor”. Panel swoją kolosalną wielkością z początku trochę poraża i naprawdę potrzeba chwili, aby się do niego w pełni przyzwyczaić; aby oswoić się z myślą, że nie trzeba już mrużyć oczu chcąc edytować obok siebie dwa dokumenty, bo tu przestrzeń wygodnie dzielą między siebie trzy okna.

Dwa monitory w jednym

Ustawiłem monitor na biurku  i po chwili dopiero zdałem sobie sprawę, z jak ogromnym „skokiem” wielkościowym  mamy do czynienia. Bałem się z początku, że może nie będę w stanie usiedzieć przy biurku, bo zwyczajnie będą mnie bolały oczy o tak dużej dawki świecącej powierzchni. Tak się jednak nie stało, a doświadczyć identycznego poczucia mogą posiadacze np. dwóch monitorów 19-calowych o proporcjach ekranu 5:4 i rozdzielczości po 1280 na 1080 pikseli.












Dlaczego akurat takie wymiary dobrałem? Ano dlatego, że po zsumowaniu dają one liczbę 2560 linii w pionie, czyli dokładnie tyle, iloma dysponuje testowany monitor. W ekranowej systematyce rozdzielczość ta została ochrzczona mianem Ultra Wide HD i oferuje ogrom przestrzeni roboczej. A kilka pierwszych godzin to uczenie się wyciskania z niej wszystkich soków.

Świetna matryca

Jakość wyświetlanych kolorów stoi na bardzo wysokim poziomie, włącznie z kątami widzenia. Nie zauważyłem żadnych przekłamań w barwach mimo dość znacznego odchylania się na boki, którego podczas normalnego użytkowania nie praktykowałem zbyt często. Na średnim poziomie (w porównaniu do gamingowych matryc TN) stoi za to czas reakcji, który jednak mi zbyt nie przeszkadzał. Taka już jest jednak specyfika matryc AH-IPS. Kolosalne wrażenie jakie wywołuje ekran jest jeszcze dodatkowo spotęgowane przez minimalistyczny design utrzymany w odcieniach czerni, a także zastosowanie wąskich ramek – tylko 13 – milimetrowych. Niestety konstrukcja nie jest idealnie spasowana i zwłaszcza biorąc pod uwagę szerszą, dolną ramkę, ugina się i skrzypi przy nieco mocniejszym nacisku. Złego słowa natomiast nie mogę powiedzieć o stopce, która zapewnia stabilność na wysokim poziomie i utrzymuje ponad 8 – kilową całość. Jestem bardzo wdzięczny Philipsowi za to, że zdecydował się na zastosowanie tutaj regulacji nachylenia i wysokości monitora, przez co mogłem dowolnie zmieniać te parametry. Brak takiej funkcji, jest dla osoby takiej jak ja, czyli lubiącej często zmieniać przed komputerem pozycje, czynnikiem dyskwalifikującym. I to od razu na starcie.

Wyposażenie all inclusive

Bogato prezentują się tu także zamontowane porty. Dwa HDMI, Dual Link DVI, DisplayPort, a także wyjście słuchawkowe. Świetnie prezentuje się zwłaszcza zaplecze USB, bo tego typu wyjść jest aż 4 i to w najnowszym standardzie 3.0. Wielość portów jest uzasadniona zastosowaniem funkcjonalności MultiView, która pozwala nam jednocześnie wyświetlać obraz z dwóch źródeł. Ja np. podpinałem pod jedno HDMI laptopa, a pod drugie (przez przejściówkę) telefon. Laptop „działał” pełnoekranowo, natomiast obraz ze smartfona wyświetlany był w mniejszym okienku. Działa to wszystko bardzo intuicyjnie, mimo niezbyt wygodnych w obsłudze przycisków na dole obudowy i może się przydać osobom, które często używają jednego panelu jako streamu dla kilku podłączonych jednocześnie źródeł. Monitor posiada także wbudowane głośniki o mocy 2 W, które jak na moje ucho nie różnią się niczym szczególnym od tych montowanych w laptopach. Mogą się Wam one przydać tylko jeśli korzystacie ze stacjonarki, ale nawet wtedy warto zainwestować z zewnętrzny zestaw.

Miłość od pierwszego wejrzenia

Co jednak tak naprawdę sprawiło, że pokochałem ten monitor? Kosztuje przecież około 2 tysięcy złotych więc jakieś dwa razy drożej niż dwa monitory które można ze sobą spiąć i tym samym uzyskać jeszcze większy obszar roboczy. Reklamuje się go jako sprzęt idealny do multimediów i wprost stworzony do oglądania filmów. To prawda, odkąd Hollywood większość swoich blockbusterów kręci w proporcjach zbliżonych do 2,35:1, zawsze podczas oglądania towarzyszą nam czarne paski z góry i dołu ekranu. Tymczasem na Philipsie możemy się od nich zupełnie uwolnić i poczuć jakbyśmy oglądali film na większym telewizorze. Jest to bardzo przyjemne, ale czy naprawdę owe paski naprawdę psuły nam dużo krwi? Mi osobiście nie przeszkadzały zbyt mocno, ale skoro można się ich pozbyć, to dlaczego by nie… A może gry? Rzeczywiście, rozdzielczość 2560×1080 pikseli, robi wrażanie w prawie każdym tytule. (Inna sprawa, że do udźwignięcia tylu punktów potrzeba naprawdę potężnej maszyny.) Bonusowe piksele pozwalają zdobyć przewagę zwłaszcza w strzelankach, gdzie jakby kątem oka możemy dostrzec wyłaniającego się z zarośli przeciwnika. Korzyść nie jest jednak na tyle duża, aby wszyscy, dla których liczy się pozycja w fps-owych rankingach natychmiast przerzucali się na 21:9…

Pracuje się zupełnie inaczej

Prawdziwą siłą tego monitora jest jednak praca biurowa. Na żadnym innym sprzęcie nie pracowałem z taką satysfakcją. Z racji na pełnione zajęcie, otwieram sobie często multum okien i kart w przeglądarce, których obsługiwanie na standardowym monitorze bywa niekiedy mocno frustrujące. Tu jednak idzie jak po maśle, powoli rozsmarowując każdy najmniejszy kawałek treści na gigantycznej powierzchni roboczej. Tyle peanu pochwalnego, a na koniec smutna refleksja. Inwestycja w taki sprzęt wiąże się niestety z poważnym uszczerbkiem dla portfela idącym w kwoty rzędy 2 tys. złotych. A za tę kwotę można sobie zbudować centrum dowodzenia oparte na 3 niezłych monitorach, które sumarycznie dadzą Ci jeszcze więcej przestrzeni roboczej. Jednak warto pamiętać, że też zabiorą niewspółmiernie więcej miejsca biurku, co np.  mojej sytuacji (standardowych wymiarów biurko) jest bardzo trudne do zrealizowania. Tymczasem Philips oferuje grację, wygodę, brak denerwujących ramek i świetną jakość obrazu, a poza tym naprawdę epicki tryb Pivot!