103

Marcin Przasnyski: Chytre chłopy z internetu

Autorem artykułu jest Marcin Przasnyski z StockWatch.pl prowadzący również serwis VOD Vodeon.pl Wziąć butelkę ze stołu – źle, wziąć film z internetu – dobrze. Środowisko sieciowe potrafi zupełnie różnie oceniać bardzo podobne czyny, w zależności od tego, po której stronie stoi. Moralność Kalego działa tak samo dobrze w XXI-wiecznym internecie jak w XIX wieku w […]

Autorem artykułu jest Marcin Przasnyski z StockWatch.pl prowadzący również serwis VOD Vodeon.pl

Wziąć butelkę ze stołu – źle, wziąć film z internetu – dobrze. Środowisko sieciowe potrafi zupełnie różnie oceniać bardzo podobne czyny, w zależności od tego, po której stronie stoi. Moralność Kalego działa tak samo dobrze w XXI-wiecznym internecie jak w XIX wieku w Afryce.

Nie wiesz kto to Kali? Ściągnij torrenta… Dowiesz się, że drugoplanowy bohater wydanej 100 lat temu powieści Sienkiewicza był niepiśmiennym Murzynem wyposażonym w stado krów. Natomiast internetowi dyskutanci mają komputery, a czytają i piszą biegle. I bardzo chcą się ukulturalniać, w którym to celu obficie korzystają z chomika, torrentów, filehostingów i streamingów. Oczywiście nielegalnie. Przynajmniej tak się do tej pory zdawało, że korzystanie bez zapłaty z owoców cudzej pracy jest nieuczciwe, nawet jeśli uchodzi bezkarnie. Jak z nieba spadło natomiast totalne rozgrzeszenie i zachęta do jeszcze większego ukulturalniania się za friko. Można też pograć na nosie artystom, którzy nie mogą nic zrobić takim kulturalnym klientom.

W tej sprawie pojawiła się bowiem nieszczęśliwa akcja pewnej fundacji, która uruchomiła stronę Prawo Kultury. Nie stworzy w ten sposób ani jednego miejsca pracy, za to może przyczyni się do zlikwidowania wielu z nich. Hasła tej akcji moim zdaniem mogą być świetną wymówką dla piratów, bo pomijają istotne informacje i wychodzi na to, że wszystko wolno. „Mam prawo dzielić się muzyką”… okej, ale tylko wśród znajomych i to taką, którą legalnie kupiłem. „Mam prawo kopiować książki”… oczywiście, jeśli nie pochodzą z kradzieży. Sens przepisów, które są tutaj powoływane, mówiące o tym że można korzystać z utworów już rozpowszechnionych, zakłada przecież ich wcześniejsze legalne rozpowszechnienie. Dopiero potem można kopiować, bo w polskim prawie jest luka z czasów, kiedy nie istniały mp3, avi i pdf’y, a powielanie oraz dystrybuowanie albo nie było możliwe, albo bardzo dużo kosztowało – więc stworzono ten nadużywany obecnie przepis po to, żeby można było bez obaw pożyczyć krewnemu czy znajomemu kupioną książkę tudzież płytę.

Ludzie jednak nie chcą płacić i czepiają się każdego, nawet najbardziej nieracjonalnego argumentu, takiego jak rzekome spadki wpływów z biletów po zamknięciu Megauploadu, o którym pisałem. Rzecz jest o tyle smutna, że ceny legalnych produktów kultury spadły do poziomów akceptowalnych dla większości odbiorców, a znienawidzone przez wszystkich koncerny i tak upadają bez niczyjej pomocy, bo są niekonkurencyjne i nie nadążają za zmianami, podobnie zresztą jak przepisy prawa. Szkoda tylko że komuś się wymsknęło i nieszczęśliwie skrócił przekaz, niechcący mówiąc ludziom „Nie musicie płacić za muzykę, książki czy filmy”.

Ale zabrakło też czegoś ważniejszego. Przepisy prawa nie są proste, nie powinny też być stosowane wycinkowo. Akcja powinna równie mocno uświadamiać, że pobieranie owszem, jest legalne, ale udostępnianie już nie, a przy okazji ryzykowne bardzo. Pomijam kwestię, że żeby można było coś pobrać z sieci (legalnie), musi się to tam wcześniej znaleźć (nielegalnie). Natomiast za opaczne zrozumienie przekazu, czyli na przykład ściąganie torrentów, które jednocześnie się w tle udostępniają, grożą dotkliwe konsekwencje. Niewiedza szkodzi: ten sam konsument, który nie ma obowiązku sprawdzania czy pobierany utwór znalazł się w sieci legalnie, odpowiada z mocy prawa za udostępnianie, nawet jeśli nie ma świadomości że to robi.

Dużo bardziej rzetelnie informują o sprawie strony… komend Policji, tych samych, które robią naloty na mieszkania i rekwirują komputery – a zapewniam, że to się dzieje codziennie. Na stronie Policji z Białegostoku znajduje się obszerny i przystępnie napisany poradnik, mówiący wprost co wolno, a czego nie i co grozi za udostępnianie poszczególnych treści. Takie akcje uświadamiające prowadził też ZPAV m.in. we współpracy z komendą z Giżycka.

Sprawa jest o tyle ważna dla użytkowników internetu, że kary są słone: zapłata trzykrotności wynagrodzenia dla twórcy, więzienie do 2 lat za udostępnianie bez opłat, do 3 lat za pobieranie opłat i do lat 5 gdy działalność stanowi stałe źródło dochodu. W najlepszym przypadku przepadek komputera, grzywna, zawiasy i ugoda z ratalną spłatą odszkodowania, nie mówiąc o stresie i wystydzie. A ile osób pod wpływem Waszej akcji zacznie świadomie udostępniać swoje zasoby ryzykując tym samym więzienie, bo przecież przeczytały, że „Mam prawo dzielić się muzyką”?

Baba z Radomia też ma prawo wziąć butelkę, ale nie ma już prawa jej sprzedać. Podobnie z contentem – tylko w tym wypadku butelka została legalnie kupiona i postawiona na stole po to, żeby ją wziąć, a pliki w Internecie już nie za bardzo. Czekam aż w sprawie wypowie się ktoś z branży fonograficznej, producenckiej lub wydawniczej. Dla wszystkich innych to zabawa, a dla nich być albo nie być.