279

Macowcy – zazdroszczę Wam kasy i klasy!

Netbook firmy X zakreślił w powietrzu łuk, by z impetem uderzyć o ziemię. W tym momencie, niczym z rakiety kosmicznej, odpaliło z niego kilka członów. Kiedy czerwona mgła wściekłości przestała przesłaniać mój wzrok, klęknąłem nad trupem i zacząłem zbierać części. W tym momencie przypomniał mi się dowcip. Ilu macowców potrzeba do wymiany spalonej żarówki? Ani […]

Netbook firmy X zakreślił w powietrzu łuk, by z impetem uderzyć o ziemię. W tym momencie, niczym z rakiety kosmicznej, odpaliło z niego kilka członów. Kiedy czerwona mgła wściekłości przestała przesłaniać mój wzrok, klęknąłem nad trupem i zacząłem zbierać części. W tym momencie przypomniał mi się dowcip. Ilu macowców potrzeba do wymiany spalonej żarówki? Ani jednego. Gdy im się spali żarówka, kupują nowy dom. I w tym momencie zazdrość ścisnęła mnie za serce…

Nie było mnie dwa dni. Wy pewnie nie tęskniliście, ja przeciwnie. Wielu z Was ucieszy fakt, iż moja absencja wynikła z prostej przyczyny – bliski byłem założenia kaftana z rękawami sznurowanymi na plecach i spędzenia reszty tego miesiąca w pokoju bez klamek. A dodam, że wczoraj akurat były moje urodziny.

Dawno temu w Ame… tfu, na Dolnym Śląsku

Swojego pierwszego peceta kupiłem w 1994 roku dla potrzeb służbowych (terefere, bo myślałem przede wszystkim o grach) – właśnie założyłem spółkę wydawniczą i zamierzałem robić DTP. Przez krótki czas uchodziłem w okolicy za bóstwo, bo miałem CD-ROM x1, ręcznie otwierany, z kartą SCSI, którą można było spiąć ze wzmacniaczem. Rzecz ważna, bo lubię, gdy coś gra, ale na kartę muzyczną nie było mnie wtedy stać. Za zestaw 486 DX40, 4MB RAM, 320 MB HDD i 14-calowy monitor dałem jakieś cztery tysiące złotych, a zarabiałem wówczas około 500 zł miesięcznie. CD ROM zakupiony osobno w promocji z pakietem Corel 3.0. System oczywiście Windows 3.11.

Wbrew temu, co wówczas mówiono, w komputer wpiąć można było każdą możliwą część i wszelakie peryferia. Oczywiście wziązało się to z zabawą z tzw. zworkami, ale mniejsza z tym. Ważne, że gdy miałeś driver, nie ważył on wówczas więcej niż Twój twardy dysk i nie instalował „przypadkiem” stu nakładek na przeglądarki i marketingowych aplikacji, których jedynym celem jest podnoszenie poziomu Twojej adrenaliny.

W każdym razie dawaliśmy wtedy radę, a nigdy nie zapomnę, jakie święto nastało, gdy za 400 zł dokupiłem sobie dodatkowe 4MB pamięci. Nie było ch…walipięty we wsi!

A potem nastały mroczne czasy – czasy Imperium…

Czy swoją pierwszą przygodę z pecetem wspominam z sentymentem? I owszem. Czy mam sentyment do osiągów sprzętowych ówczesnych komputerów. Cóż, nie do końca… Łagodnie mówiąc.

Dziś siedzę na pececie, który nie należy do oldboyów, choć najnowszego Battlefielda z pewnością by nie uciągnął. Skoro jednak mogłem bez większego bólu zagrać w Bulletstorma i cieszyć się widokami, oznacza to, że sprzęt nie jest jeszcze tak stary i zramolały jak ja.

Problem w tym, że swego postanowiłem się zaopatrzyć z kolejne postawione na Windowsach sprzęty. Mam więc windowsphone, na który od pół roku nie udało mi się znaleźć choć jednej sensownej aplikacji, a o zainstalowaniu przeglądarki Chrome’a mogę sobie pomarzyć. Zawiesza się natomiast koncertowo – szczególnie na aplikacji facebookowej. Ponieważ nienawidzę złośliwości przedmiotów martwych, co jakiś czas sprawdzam, czy telefony odbijają się o ścianę jak piłeczki do tenisa stołowego. Mój windowsphone póki co testów uniknął, bo ratuje go nawigacja Nokii – darmowa i w mojej skromnej opinii naprawdę porządna. Tak wiem, brzmi jak polskie „dobre, bo tanie”, ale nie to miałem na myśli, choć…

Drugim sprzętem był nowiuteńki netbook firmy X. Ładny ledowy wyświetlacz, całe 10 cali, ale właśnie o to chodziło – potrzebowałem czegoś małego i ważącego niewiele, bo gdy jeżdżę z referatami po całej Polsce, cenię sobie lekki bagaż.

Tu zaczęła się moja gehenna. Netbook okazał się guanem absolutnym. Śliczniutki, owszem, bordowy, błyszczący – trendy niczym damska torebusia. Sęk w tym, że firma X postawiła mi na nim jakieś dziwadło zwane Windows 7 Starter okraszony masą spamerskiego oprogramowania reklamowego i pełnych wersji, które po miesiącu zaczęły płakać, bym je nakarmił walutą.

Całość działała z szybkością i gracją zardzewiałego roweru, którym dziadek jeździł na zbiórki drużyny Wehrmachtu. Skontaktowałem się z firmą i rozpocząłem trwającą przeszło miesiąc korespondencję. Konkluzja była taka, iż absolutnie moją winą jest to, że dałem się wyd… naciągnąć na sprzęt, który po prostu nie działa. Tzn. działa – w końcu odpalenie przeglądarki internetowej zajmuje co prawda dwie minuty, a uruchomienie przy tym Notatnika sprawia, że system umiera pod jarzmem ciężkich zadań, ale przecież widać, że coś tam się na ekranie dzieje.

Rada producenta? Mogę sobie dokupić pamięć. Moja rada dla producenta? Może wziąć kij od szczotki i zainstalować go sobie w porcie peryferyjnym. Dodatkowo okazało się, że jakikolwiek downgrade systemu nie wchodzi w grę. I tu mała dygresja.

Na początku lat 90 mój znajomy wygrał w konkursie lokalnej telewizji zestaw do odbioru telewizji satelitarnej. Wow, szał, szok! Pół osiedla mu zazdrościło. Wsiadł więc w starą, rozklekotaną skodę, która pamiętała jeszcze Breżniewa, i pojechał po odbiór nagrody. Okazało się, że nagrodą był… talerz do anteny. Tak, dokładnie, ów kawał wyklepanej i pomalowanej blachy. Bez żadnych dodatków, konwerterów, receiverów, kabli, wsporników etc. Znajomy wrócił do domu i postanowił w całość zainwestować. Jako młody wówczas dziennikarz, robiłem dla lokalnej gazety fotoreportaż ukazujący, jak facet wisi na linie niczym Spiderman i próbuje antenę zamocować do ściany bloku.

Mniej więcej taka sama sytuacja dotyczyła mojego netbooka. Nie działał, ale przecież mogę dokupić pamięć. Na Allegro jest tania, jednak grzebiąc w bebechach stracę gwarancję. Jedyną możliwością byłoby więc zlecenie wpakowania do środka odpowiedniej kości producentowi, który zrobi to z chęcią za kwotę pięć razy wyższą. I szafa gra.

Wytrzymałem do przedwczoraj, po czym pozbyłem problemu, serwując netbookowi najpierw podróż w kosmos, a potem do wnętrza Ziemi. Z resztek wyrwałem tylko dysk i jedną żałosną kostkę pamięci. Może kiedyś się przyda, a może zrobię z niej indiański talizman, który będzie mnie chronił przed klątwą Microsoftu.

Czas podkręcić peceta

Ile wydałem na komputer stacjonarny, trudno zliczyć. Powiem wprost – nie stać mnie na wymianę sprzętu, więc co jakiś czas dokupuję dany komponent – zazwyczaj w momencie, gdy jest on już lekko przestarzały, ergo stosunkowo tani.

Do przedwczoraj komputer działał mi na Windows XP (sic!). Legalny, stabilny jak sytuacja na Bliskim Wschodzie (wywalał mi exploratora tylko pięć razy dziennie, a aplikację Dr Watson musiałem wtedy wyłączać ręcznie, inaczej komputer nie chciał działać). Słowem, dało się żyć.

Skoro jednak mam 4GB pamięci, procesor Core 2 Duo (wiem, wiem, archaiczny, ale daje radę) i płytę główną z certyfikatem Win7, postanowiłem przedwczoraj przesiąść się na nowy system. Tak się składa, że mam parę legalnych płytek w domu, od Windows 98 począwszy. Wybrałem więc 64-bitową „siódemkę”. Gdybym wiedział, jak to się skończy, po prostu wkłułbym sobie bezpośrednio w serce szprycę z heroiną wymieszaną z cyjankiem. Efekt byłby podobny, tylko cierpiałbym trochę mniej.

Windows 7 wystartował do instalacji niczym Justyna Kowalczyk po złoty medal. Tyle, że Justyna nie odpada po pierwszym metrze. Instalacja się zwiesiła. OK, spróbujmy jeszcze raz. Spróbowałem, to samo. Jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze, kurna chata, raz. Z efektem identycznym, czyli żadnym.

Usiadłem więc przy komputerku dziecka i zacząłem przeglądać fora. Przeczytałem więcej, niż napisali Mojżesz, prorocy i apostołowie razem wzięci. Znalazłem około miliarda przyczyn i siedmiu miliardów dobrych rad. Wszystkie po kolei zacząłem wprowadzać w życie.

Wyciągnij jedną kość pamięci i spróbuj. Będzie git. Spróbowałem. Nie było. Włóż ją z powrotem i wyciągnij drugą. Tak zrobiłem. Nie zadziałało. Może płytę CD masz zarysowaną? Ściągnij piracką wersję i sprawdź na niej. OK, ściągnąłem cztery. Efekt przy każdej ten sam. Wypnij dysk, podłącz do innego komputera i tam zainstaluj system. Tak zrobiłem, system się zainstalował (Alleluja!), wypiąłem dysk, podłączyłem na powrót do mojego komputera i…

Dziękuję, nic nie działa. W porządku, może trzeba stopniowo? Miałem kiedyś laptopa, który mi się spalił (dokładnie w czasie wykładu dla studentów). Ktoś złośliwy firmowo wyposażył go w Windows Vista (tfu, tfu, tfu!). Wziąłem płytę i – jak mawiają Anglicy – one step at the time. Skoro chcę przejść z XP na 7, to powinienem to zrobić poprzez Vistę. No przecież to logiczne, proste i genialne!

Tylko czemu nie działa? Instalacja Visty zwiesiła się po 10 sekundach…

W tym momencie czerwona mgła zasnuła mi nie tylko oczy, ale i mózg, a moja dziewczyna zaczęła się mnie bać. W szalonym widzie postanowiłem spróbować z Windowsem XP 64. Będzie widział więcej pamięci i lepiej wykorzystywał wielordzeniowość procesora. Instalacja poszła jak po maśle. I wszystko w temacie, bo okazało się, że driver do karty graficznej nie chce się załadować, bo brakuje mu czegoś. Czego, nie napisano. Problem poniekąd rozwiązała instalacja programu antywirusowego. System po prostu przestał działać, a przy ponownej próbie uruchomienia uparcie się resetował.

No to heyah banana z google’em i kolejny pierdyliard poleceń od wujków Dobra Rada. No, motyla noga!!! Ale lektura nie poszła w las. Dowiedziałem się, że Windows 7 lubi sobie czasem poczekać, więc muszę spróbować go zainstalować i posiedzieć przed pustym ekranem ze trzy godziny, nucąc jakieś mantry. To pomoże.

Spróbowałem. Faktycznie, reakcja była. Komputer najpierw się zresetował, by ponownie wejść w tryb zwany „ciemno jak w d… omu”. I tak się bawiłem do środka nocy, aż umęczon niczym biblijny mesjasz na krzyżu zrobiłem po raz setny format dysku i… postawiłem stary XP. Kiedy to już zrobiłem, trafiłem na forum, gdzie jeden z użytkowników upiera się, iż znalazł rozwiązanie. Otóż należy wymienić… zasilacz, bo Windows 7 ma swoje upodobania, więc trzeba kupić ten trzy razy droższy z firmy Y, bo ten z firmy X po prostu się nie nadaje (dodam, że zasilacz nówkę kupiłem rok temu).

Numer bestii 666, a imię jej pecet

Chciałbym sobie zakląć na łamach Antywebu, ale mi nie wypada. Jestem zły na życie z jednego prostego powodu – że urabiam się nad tą cholerną spaloną żarówką, zamiast kupić nowy dom.

Panowie macowcy. Cthulhu mi świadkiem, że nigdy więcej nie będę się z Was śmiał, za to pocznę zazdrościć Wam kasy i klasy. Bo Wasz sprzęt dużo kosztuje, ale za to działa jak marzenie (o tym, że ślicznie wygląda, nawet nie wspomnę, bo to akurat banał). Chciałbym mieć komputer, na którym nie muszę testować programu lotów kosmicznych. Komputer, przy którym nie muszę co dzień wchodzić pod biurko z kompletem śrubokrętów w zębach i bawić się podpinanie, przepinanie i wypinanie (zwłaszcza to ostatnie). Marzy mi się choć jeden dzień bez awarii, bez restartu, bez absurdalnych komunikatów systemu. Myślałem, że takim dniem będą moje wczorajsze urodziny, ale się pomyliłem. W prezencie kupiłem sobie z demobilu laptopa i na nim to właśnie do Was piszę, choć powieki opadają same po nocy spędzonej nad reanimacją stacjonarnego pudła…