39

Nie, to wcale nie jest najgorszy film roku. Król Lew – recenzja

Na ten powrót czekali przede wszystkim dorośli, którzy wychowali się na animacji. Czy nowa wersja ma szans stać się takim klasykiem jak jej pierwowzór?

Tak, oglądałam Króla Lwa, kiedy byłam młodsza. Widziałam animację wielokrotnie, gdy już „wyrosłam” z bajek i jest jedną z moich ulubionych. Tak, nie mogłam się doczekać jej najnowszej adaptacji i nie, nie byłam do niej negatywnie nastawiona. Nie martwił mnie ani zwiastun, ani zmiany w obsadzie dubbingowej. Od razu zaznaczę, że film widziałam w polskiej wersji językowej. Poszłam do kina z otwartą głową, bardzo ciekawa tego, co zobaczę. Do tej pory widziałam odświeżoną wersję Pięknej i Bestii oraz Księgi Dżungli i obie mi się podobały. Z seansu Króla Lwa również wyszłam zadowolona.

O co chodzi tym krytykom

Na przekór temu, co napisałam wyżej, zacznę od negatywnych aspektów. Często powtarzanym zarzutem w recenzjach przedpremierowych był nadmierny realizm. Serdecznie polecam wybrać się na film do kina. Zrobiony jest przepięknie, a w scenach takich jak piosenka Krąg Życia można zapomnieć, że nie mamy do czynienia z żywymi zwierzakami. Okazuje się, że efekty są wręcz ZA dobre. Fakt, na pyszczkach zwierzaków nie widać ludzkich zachowań i emocji, jak było w animacji, bo prawdziwe nie wykrzywiają się w ten sposób. Fakt, lwy nie skaczą na lianach do wody, strusie nie stają na plecach hipopotamów we wspólnej choreografii, a hieny nie maszerują jak hitlerowskie wojska. Wszystko to pojawiło się w oryginalnej animacji, ale nie mogło zostać powtórzone tutaj przez wzgląd na realizm. Ale czy to naprawdę takie złe? Najmłodsi widzowie na seansie i tak interpretowali film po swojemu, co chwilę zdając rodzicom na tyle głośne pytania, by przy okazji słyszała je cała sala. Trochę starsze dzieciaki powinny mieć na tyle oleju w głowie, aby zrozumieć wydźwięk danej sytuacji czy rys charakteru postaci bez robienia przez nią aktorskich grymasów. Film nie jest tak dynamiczny i komiczny jak pierwowzór i trochę inaczej gra na emocjach. Nie twierdzę jednak, że śmierć Mufasy nadal nie może wzruszać, a wszystkim zwierzakom odebrano charakter. To wszystko nadal jest, ale podane w ciut inny sposób. Bo, tak podpowiem, to nie jest ten sam film puszczony raz jeszcze. To osobna produkcja oparta na dziele z 1994 roku. Nikt nie wymazał z przeszłości tamtego filmu, nadal można go oglądać i pokazywać nowym pokoleniom. Ale teraz mają szansę zobaczyć to w ciut inny sposób. Jeszcze jakiś minus? Domyślam się, że niektórym mogą nie pasować lekkie zmiany w dialogach i tekstach piosenek. To już wyłącznie kwestia gustu i przyzwyczajenia. Najmłodsi, którzy nie są przywiązani do pierwowzoru, na pewno będą zadowoleni i nie zrobi im to absolutnie żadnej różnicy. Mnie zaskoczyło, ale przyjęłam to neutralnie.

Za dobre te efekty specjalne, po co to komu

Powtórzę to raz jeszcze, film jest zrobiony przepięknie, a ja jednak wpiszę się do grupy, która uznaje to za jego plus. Historia jest wciąż taka sama. Odjęto kilka scen, kilka dodano, jednak nie zmieniło to w żaden sposób fabuły. Po prostu musieli zapełnić czymś czas scen, które wycięli ze względu na realizm. Muszę przyznać, że spodobał mi się motyw z wędrującym kłaczkiem. W oryginalne był to po prostu pył spod łap Simby, co było troszeczkę absurdalne. Nowa metoda dania znaku Rafikiemu jest ciut mniej niemożliwa i dużo fajniej ograna. Na pochwałę zasługuje również ścieżka dźwiękowa. Świetna robotę wykonali zarówno aktorzy znani już z pierwszej wersji jak i ci nowi. Najbardziej obawiałam się Artura Żmijewskiego w roli Skazy, jednak w trakcie seansu się do niego przekonałam. A to, co robią Sthurowie to mistrzostwo świata. Nie widziałam angielskiej wersji ani oryginału, ani tej adaptacji, więc oceniać nie będę.

Ohydne… ale sycące.

Dla kogo jest ten film? To trudniejsze pytanie niż się wydaje. Na seansie byli zarówno ludzie w moim wieku bez dzieci, którzy przyszli tam z sentymentu, jak i rodzice ze swoimi pociechami, które seansem były wyraźnie (i głośno) zachwycone. Wydaje mi się jednak, że to prawdziwa grupa docelowa, czyli dzieciaki, będą filmem bardziej zadowolone. Dorośli mogą być bardziej skłonni do narzekania, do porównywania z pierwowzorem i czepiania się rzeczy, o których już wspomniałam. Ja jednak obudziłam w sobie dziecko i nie chcę na ten film psioczyć. To nadal świetna produkcja, którą można oglądać z całkowicie nowym rodzajem zachwytu. Disney odwalił kawał dobrej roboty, wiedząc, z czym się mierzy. Oczywiście, że film powstał dla pieniędzy, ale studio postarało się, aby te pieniądze w sporych ilościach na sto procent się pojawiły.

Pamiętaj, kim jesteś

Czy film zdobędzie taki kult jak pierwowzór? Na pewno nie. Wzbudza zbyt skrajne emocje, nie jest animacją i musiałby bić się o serca dzieciaków z Krainą Lodu, która jest odpowiednikiem Króla Lwa dla nowego pokolenia. Nie wydaje mi się jednak, żeby produkcja powstała z zamiarem stania się najważniejszym filmem świata. Polecam więc zapomnieć o tym, że prawdziwe zwierzęta nie robią minek, nie tańczą hula i nie planują spisków, aby zrzucić swoje rodzeństwo z tronu. Dzieci zdają sobie z tego sprawę i nie przeszkadza im to w zachwycaniu się historią samą w sobie. To nie film przyrodniczy, to ładna, zabawna i bardzo ciepła bajka, którą warto zachować w pamięci.