40

Koniec żenady – Apple ostatecznie zabiło klawiaturowego potworka

MacBook Pro 13 2020, pomimo że ogólnie zawiódł oczekiwania większości klientów firmy, oczekujących zmian podobnych do 16-calowego modelu, stał się jednocześnie symbolem końca pewnej epoki. Tym komputerem Apple zakończyło najbardziej żenujący rozdział w swojej historii, odsyłając „motylową” klawiaturę tam, gdzie jej miejsce, czyli na śmietnik historii. Warto jednak zatrzymać się chwilę przy tej prawie 5-letniej epopei, ponieważ świetnie pokazuje jak pycha i ignorancja potrafi zepsuć reputację ikonicznego wcześniej modelu. 

Motyle nadlatują

Gdy w 2015 r. prezentowano 12-calowego MacBooka, pojawienie się nowego modelu klawiatury było komentowane, ale nic nie zapowiadało takiej tragikomedii jak miała miejsce w kolejnych latach. Spadło na nią trochę krytyki za zbyt niski i nieergonomiczny skok klawiszy, nieprzyjemne i co najgorsze bardzo głośne dźwięki, jakie wydawała podczas pisania, ale w tak niszowym komputerze nie wzbudziło to większego oburzenia. Ultracienka obudowa i specyficzne pozycjonowanie tego komputera w jakiś sposób uzasadniały nawet taki eksperyment. O awariach tej klawiatury można było na forach czasem usłyszeć, ale prawdopodobnie sprzedaż tego fatalnie wycenionego komputera była zbyt niska, aby przebiło się to do mainstreamu. 

Rok później, ku zaskoczeniu sporej grupy użytkowników, mechanizm nożycowy wyleciał także z klasycznego MacBooka Pro i również tam rozgościły się motyle, stając się najbardziej charakterystycznym elementem najgorszego produktu w historii tej firmy. W przypadku konia pociągowego sprzedaży Apple, negatywny odzew był już znacznie większy. Początkowo swoją irytację wylali na ekran pisarze, scenarzyści i dziennikarze, dla których klawiatura to podstawowe narzędzie pracy i najważniejszy element komputera, ale krytyka podobnie jak wcześniej dotyczyła głównie ergonomii. Większość dużo piszących narzekała na bóle palców, nieprzyjemne dźwięki i ogólnie mniejszą wygodę tego rozwiązania. 

Nieeeee maaaa pobleeemu

Niestety, w dość krótkim czasie zaczęły pojawiać się problemy natury technicznej, objawiające się niemożnością wpisania niektórych znaków, albo wręcz odwrotnie, pojawianiem się kilku znaków zamiast jednego. Klawisze potrafiły po wciśnięciu nie wracać na swoje miejsce, a ich „rozklikiwanie” dawało tylko chwilową poprawę. Sprawę pogarszało jeszcze to, że w przypadku awarii komputer trzeba było oddawać na serwis, w czasie którego wymieniana była nie tylko klawiatura, ale cały top case razem z baterią. Oznaczało to stratę komputera na jeden lub dwa tygodnie oraz praktycznie uniemożliwiało naprawę w podróży. Nie przypadkowo w sieci można było znaleźć relacje ludzi, którzy „w teren” zabierali starsze modele albo dodatkową zewnętrzną klawiaturę. 

Skąd w ogóle wzięły się te wszystkie problemy? Cóż, najprościej powiedzieć, że z obsesji Jony’ego Ive’a na temat pocieniania produktów, której po śmierci Jobsa nie miał już kto hamować. Tim Cook zajął się podnoszeniem cen, śrubowaniem kursu akcji i nigdy nie był „człowiekiem produktu”, szybko pozbyto się niewygodnego i skłóconego z resztą Scotta Forstalla a produkty Apple dostały się pod władzę prasy hydraulicznej i dozownika kleju.

Sama klawiatura zamieniła nożycowy mechanizm na posiadający znacznie niższy skok mechanizm motylkowy, złożony ze sporej ilości drobnych elementów i osadzony na PCB o znacznie większym zagęszczeniu ścieżek. Całość wsadzono do obudowy mającej problemy z odprowadzaniem ciepła i sklejono na amen z resztą sąsiadujących elementów. Kształt mechanizmu, niemający sprzężonych ze sobą skrzydeł, może generować sporo problemów, zwłaszcza z czasem, gdy mechanizm nierównomiernie wyrabia się pod wpływem pracy. Jednak najwięcej problemów wynika po prostu ze zbytniej miniaturyzacji i niepozostawieniu przestrzeni na zapas bezpieczeństwa. Niedoskonałość procesów produkcji i montażu, starzenie się materiałów, różna ich reakcja na zmieniające się temperatury wewnątrz komputera czy ciągłe odkształcenia… do zepsucie tej klawiatury nie był wcale potrzebny, oskarżany początkowo o wszystkie problemy, brud. Dowiodła tego wysoka awaryjność późniejszych modeli, których mechanizmy osłonięto już silikonową membraną.

Not great, not terrible

Apple początkowo „uznało”, że problemu nie ma, a skrajne fanbojstwo toczyło na forach wojnę z dotkniętymi problemem użytkownikami, oskarżając ich o jedzenie przy komputerze i ogólny brak higieny. Po cichu Apple próbowało jednak pudrować tego trupa, wprowadzając zmiany, które co najwyżej odsuwały niektóre z problemów w czasie, czyli wspomnianą membranę z 2018 r. 

W międzyczasie MacBooki stały się obiektem żartów, frustracji, wzrosły cen używanych modeli z 2014 i 2015 r., a znani dziennikarze wrzucali zdjęcia z MacBookami z zewnętrznymi klawiaturami, na których musieli pracować „w terenie”. Popularni amerykańscy youtuberzy technologiczni, wcześniej uchodzący w większości za fanbojów firmy, powszechnie odradzali ich zakup. Pomimo to, jeszcze w 2018 roku wrzucono tego technologicznego śmiecia do nowego MacBook Aira, a raporty o kolejnych problemach szybko rozlały się po internecie.

Rosnąca liczba pozwów zbiorowych zmusiła firmę do wprowadzenia programu naprawczego, który co zabawne obejmował każdy nowy model pojawiający się z tym klawiaturowym koszmarkiem na pokładzie. Ciągle jednak nie chciano przyznać się, że dano po prostu ciała. Wydaje się, że ostateczny cios temu idiotycznemu projektowi wbiła Joanna Stern z Wall Street Journal, która opublikowała zabawny artykuł, który można było przeczytać w takiej formie w jakiej wyszedł z jej MacBooka Air 2018. Artykuł rozniósł się po internetach, miał bardzo duży odzew  w technologicznym świecie i po jego publikacji Apple pokrętnie, ale jednak przeprosiło za wtopę.

Nożyczkami w motyla

W końcu w 2019 r. firma ostatecznie wywiesiła białą flagę i rozpoczęła wraz z 16-calowym modelem powrót do mechanizmu nożycowego. Ale nawet w czasie omawiania tej nowości Phil Schiller nie potrafił zdobyć się na szczerość i unikał odpowiedzi na pytania o ocenę tego eksperymentu, sugerował wręcz, że Apple nie wie jeszcze czy pozostałe modele otrzymają nożycowy mechanizm. Na szczęście było to tylko takie PR-owe gadanie, a cały proces zabijania motyli zakończył się kilka dni temu, wraz z prezentacją nowej 13-ki. Jednak do naprawy szkód wizerunkowych jakie te klawiatury poczyniły jeszcze daleko.

Problemem nie jest bowiem sama technologiczna wpadka, błędów nie popełnia tylko ten, kto nic nie robi. Problemy przytrafiały się produktom wypuszczanym przez Apple za czasów Steva Jobsa, zdarzają się u konkurencji, zdarzą się w przyszłości każdej firmie produkującej elektronikę. Niestety, sposób w jaki Apple podeszło do tej katastrofy, był po prostu żenujący. Wypieranie problemu, holowanie nienaprawialnego projektu przez 5 lat, ściemnianie na zadawane przez dziennikarzy pytania… a to wszystko dotyczące najbardziej podstawowego elementu komputera, z którym praktycznie żaden inny producent nie ma problemów a bez którego praca jest niemożliwa.

Na szczęście ten okres firma ma już za sobą. Klienci jeszcze nie do końca, część odczuje zapewne efekty tej afery przy próbie odsprzedaży komputera, po zakończeniu 4-letniej ochrony danej przez program naprawczy. Te urządzania nie utrzymają wysokiej wartości tak jak ich poprzednicy. Jednak przyszłość nowych urządzeń rysuje się już w jaśniejszych barwach. W  2019 r. z Apple odszedł też Jony Ive, a nowe komputery delikatnie pogrubiono, co powinno poprawić kwestię chłodzenia komputerów. Pozostaje mieć nadzieję, że nauczka jaką niewątpliwie wizerunkowo, jak i finansowo otrzymało Apple, nie zostanie szybko zapomniana, a widoczna poprawa jakości Maków, będzie jeszcze postępować. Znów są to dobre komputery, ale do doskonałości droga jeszcze daleka. Oby klej był kolejną ofiarą procesów naprawczych w tej firmie.