1

Ostateczny dowód na to, że Switch potrzebuje wersji Pro. Hyryle Warriors: AoC – recenzja

Są gry, które nigdy nie powinny powstać na sprzęt, na który zostały pierwotnie wydane. Patrząc na ostatnie generacje konsol — można wymieniać ich na pęczki, ale Switchowi w przypadku tytułów na wyłączność udało się uniknąć spektakularnych wpadek. Aż do teraz, bo Hyrule Warriors: Age of Calamity choć nie jest grą złą, to pokazuje jak bardzo hybrydowa konsolka Nintendo sobie z nią nie radzi. I to aż boli.

Hyrule Warriors: Age of Calamity — trochę historii uwielbianego świata

Zanim przejdziemy do rozgrywki (którą wszyscy miłośnicy gatunku musou znają aż za dobrze), kapka historii. Bo to właśnie ona, w połączeniu ze stylem graficznym rodem z The Legend of Zelda: Breath of the Wild, jest największym wyróżnikiem Hyrule Warriors: Age of Calamity. Tamtejsza historia opowiada o wydarzeniach mających miejsce sto lat przed tymi których świadkami byliśmy w jednej z gier wszech czasów. Obserwujemy zmagania Zeldy, która wraz z Championami robiła co tylko w jej mocy, by powstrzymać Ganona. Jako że wszyscy miłośnicy Breath of the Wild wiedzą jak to się wszystko skończyło, tutaj mogą z bliska przyjrzeć się… jak do tego wszystkiego doszło. A wszystko to z dodatkami i schematami znanymi z BotW, tym razem jednak podanymi w zupełnie innej formie. Bo przecież gry musou od Omega Force niewiele mają wspólnego z tamtejszą rozgrywką.

Bronie, gotowanie i ciosy specjalne — a przy tym tysiące wrogów na naszej drodze

Nigdy nie wnikałem specjalnie w tajniki systemu musou i przyznam szczerze, że dla mnie każda z tych gier jest… z grubsza taka sama — różnią się przede wszystkim skórką. Tym razem jednak mowa o skórce z The Legend of Zelda: BotW. Przepięknych krajobrazach, dziesiątkach znanych i lubianych postaci, ukrytych Korokach i składnikach do gotowania, których przecież zabraknąć w tym wszystkim nie mogło! Standardowe ciachanie wrogów daje od groma frajdy. Zwłaszcza później — gdy mapa świata zacznie się zapełniać o kolejne miejsca (tak, sklepów nie zabraknie), a nasi bohaterowie doczekają się nowych kombinacji ciosów (tak, runy z BotW też wrócą), lepszych broni, no i będzie można trochę pogotować. Fajnym urozmaiceniem jest to, że postacie — mimo że otrzymają dostęp dokładnie do tych samych sztuczek, będą mogli z poszczególnych run Sheikah zrobić nieco inny użytek, w zależności od ich umiejętności. To sprawia, że warto zastanowić się nad wyborem postaci, którą chcemy stawić czoła przeciwnikom. Poza atakami różni ich także styl walki.

Jest łatwo i przyjemnie, ale tylko na niższych poziomach trudności. No i trzeba rozliczyć to, jak Hyrule Warriors: Age of Calamity działa na Nintendo Switch

Jak to w tym gatunku gier — cała zabawa jest banalna i przyjemna, ale tylko na niskich poziomach trudności. Bo im dalej w las, tym bardziej wszystko zaczyna się komplikować — i na wyższych poziomach trudności liczy się nie tylko mashowanie przycisków, ale także odpowiednia strategia, zaś dodatkowe misje nawet na tych „bardziej casualowych” poziomach potrafią dać w kość. Ale to już kwestie samej rozgrywki, które można dostosować (opcjonalnie: ominąć). Są jednak elementy, których nijak nie ominiemy — i tutaj mam na myśli jakość samej gry. Po stałych 60 / 120 klatkach na Xbox Series X Hyrule Warriors: Age of Calamity jawi mi się jako tytuł niegrywalny.

Tamtejsze światy wciąż wyglądają pięknie: pastelowe kolory, śliczny character design, oszczędne podejście do formy. Niestety czar pryska już w pierwszej planszy (a nawet wersji demonstracyjnej), gdzie wyraźnie widać jak Switch nie wyrabia w utrzymaniu stabilnych 30 (!) klatek na sekundę. Mnie: drażniło, irytowało i odstraszało. Im dłużej grałem w Hyrule Warriors: Age of Calamity, tym bardziej byłem przekonany że ta konsola potrzebuje wersji PRO o której plotkuje się od dawna. Nie musi mieć 4K, nie musi mieć wodotrysków, ale — w mojej opinii — musi dbać o to, by wydawane na konsolę gry działały stabilnie. Bo tutaj ewidentnie coś nie zagrało. A poza gubieniem klatek tytuł irytuje też dość długimi ekranami ładowania, a także doładowującymi się teksturami. No co tu dużo mówić: technicznie gra zdecydowanie zawodzi.

Miła rozgrzewka przed nową Zeldą, ale przyjemność psują technikalia

To jedno z najprzyjemniejszych przedstawicieli gatunku w jakie miałem przyjemność grać od dawna. Więcej informacji o sytuacji sprzed BotW, powrót znanych i lubianych bohaterów i technik — a wszystko to w zupełnie nowej formie. Niestety całą przyjemność psuje to, jak gra działa. I możliwe, że jestem zbyt wymagający, możliwe że wymagam zbyt wiele, ale jednak w obecnej formie to naprawdę wygląda jak nieśmieszny żart. Fanów Zeldy i gier Omega Force  prawdopodobnie takie przeszkody prawdopodobnie nie powstrzymają, ale całej reszcie zalecałbym czekać. Na patch który usprawni rozgrywkę na obecnych Switchach, albo na Switcha Pro.