82

Gra offline przestała mi działać, bo… padły serwery PlayStation

Wielokrotnie na łamach AntyWebu wspominałem już, że jestem miłośnikiem cyfrowej dystrybucji. I kiedy tylko mam szansę -- stawiam właśnie na nią. Nie przekonuje mnie piękna okładka wydania pudełkowego, ani potencjalny zestaw dodatków. Wychodzę bowiem z założenia, że im mniej - tym lepiej. Ale, niestety, temu daleko do ideału. Kiedy wszystko działa, to niewielu z nas zadaje sobie pytania co może pójść nie tak, bo przecież działa i jest fajnie. Ale ostatnie problemy z PlayStation Network utwierdziły mnie w przekonaniu, że zasada ograniczonego zaufania jest jak najbardziej wskazana. Ale im dłużej myślę o tej sytuacji, tym bardziej jestem przekonany o tym jak ułomne rozwiązania oferuje Sony -- najwyraźniej żyjąc w przekonaniu że gracze korzystają tylko z jednej konsoli, ich usługi są niezawodne albo przynajmniej kupują fizyczne wersje gier.

Dwa PlayStation 4 to za dużo na jednego użytkownika

Mam dwie konsole PlayStation 4 — jedną z większym dyskiem, drugą z mniejszym dyskiem. Jedną czarną, drugą białą. Jedną służącą jako odtwarzacz filmów i seriali PAL, drugą — NTSC. I, jak można się spodziewać, na obu jestem zalogowany moim PSN ID. Ale jako że obecna generacja konsol Sony pozwala tylko jedno urządzenie ustawić jako główne dla konta (a, tym samym, umożliwiające na korzystanie z jego biblioteki bez konieczności sprawdzania co kilkadziesiąt minut licencji komunikując się z serwerem), to jest ono zmienne. Ale kiedy wszystko dobrze działa, człowiek nie przejmuje się drobiazgami — uruchamia konsolę, rusza ku przygodzie – upewniając się tylko, że ma naładowane dwa pady do dyspozycji. Czwartkowe perypetie z niedziałającym PlayStation Network i utratą dostępu do gry zapaliły jednak lampkę ostrzegawczą, przez którą prawdopodobnie w przyszłości nie popełnię drugi raz tego samego błędu. Bo tak naprawdę znalazłem się w sytuacji bez wyjścia i jedyne co mi pozostało, to czekać, aż PSN znowu zacznie działać.

Wyobraźcie sobie jednak moje rozczarowanie i frustrację, kiedy będąc pod koniec ostatniego rozdziału gry od której w ostatnich dniach nie możecie się oderwać, nagle tracicie do niej dostęp. Bo konsola nie ma jak sprawdzić licencji: tylko tyle i aż tyle. I zaczynają się kombinacje: może coś nie tak z internetem? Przelogowałem się na hotspot z telefonu, nic. Wracam więc na domową sieć i próbuję dalej szczęścia — nadal nic. Kilka stuknięć w ekranową klawiaturę na smartfonie później okazuje się, że PlayStation Network nie działa — a bez niego… właściwie nic nie jesteście w stanie zrobić. Sprawy wyglądałyby nieco lepiej, gdyby gra o której mowa była na płycie — wtedy podłączyłbym konsolę, na której moje konto ustawione jest jako główne, skopiował stany zapisu na pendrive i kontynuował zabawę. Tutaj jednak nie było takiej możliwości — a przez niedziałające serwery nie było także opcji, aby się przelogować. O ściągnięciu liczącej kilkadziesiąt gigabajtów gry na inne urządzenie nawet nie wspominając, bo przecież sklepik też nie działa. Co zatem zostaje? Zrobić sobie przerwę i wrócić do zabawy, kiedy wszystko wróci do normy i będę miał znowu czas na rozrywkę. Czyli w tym konkretnym przypadku — dopiero następnego dnia.

Ułomność systemu, czy przesada w domowym wydaniu?

Tak, tak, tak — doskonale pamiętam czasy PlayStation 3, kiedy gracze kupowali jedną grę na pięć osób. Kilka lat temu Sony pozwalało mieć jedno konto na pięciu urządzeniach, a każde z nich miało dostęp do zakupionych w cyfrowych sklepikach gier. Dbając o własne interesy, firma zdecydowała się zmienić zasady gry — i nałożyć ograniczenia do dwóch. A w kolejnej generacji te ewoluowały i wyglądają… no cóż, jak wyglądają. Najwyraźniej Sony zakłada, że ich klienci nie mają więcej niż jednej konsoli, albo wierzą, że PSN zawsze działa (nie wierzę w to, że ktokolwiek mógłby to łyknąć ;). Nie wiem która z odpowiedzi jest poprawną, ale jestem przekonany, że zdarzają się sytuacje, w których te założenia się nie spełniają. Nauczka na przyszłą generację — jedna konsola i basta. Bo użytkownicy którzy mają ich więcej są na przegranej pozycji.

I tym razem, owszem, problem dotyczy Sony. Ale nie trzeba daleko szukać — bo z tego co wiem, to inni producenci przy dwóch konsolach też na jednym koncie wymagają weryfikacji licencji co kilka godzin. Szczęście w nieszczęściu, że nawet pokraczne usługi sieciowe Nintendo przez te wszystkie lata zawiodły mnie mniej razy, niż te od PlayStation. No ale tym razem to było kilka godzin, a nie kilkanaście dni, jak po ataku hakerów kilka lat temu – to tak w kwestii szukania pozytywów…