34

Mamy czego zazdrościć Estończykom. Może czas wziąć z nich przykład?

Rozpoczął się nowy rok szkolny i wraz z tym wydarzeniem wróciły pytania, które towarzyszą nam już od dobrych kilku lat. Jak zwykle głośno jest o cenach (i wadze) podręczników, kosztach posłania dziecka do szkoły oraz samej siatce godzin lekcyjnych. Nie będę się zagłębiał w pytania, dlaczego jest tyle lekcji religii, a tyle wychowania fizycznego, fizyki, […]

Rozpoczął się nowy rok szkolny i wraz z tym wydarzeniem wróciły pytania, które towarzyszą nam już od dobrych kilku lat. Jak zwykle głośno jest o cenach (i wadze) podręczników, kosztach posłania dziecka do szkoły oraz samej siatce godzin lekcyjnych. Nie będę się zagłębiał w pytania, dlaczego jest tyle lekcji religii, a tyle wychowania fizycznego, fizyki, czy historii. Skupię się na innym przedmiocie traktowanym po macoszemu – informatyce.

Dyskusja na temat tabletów/komputerów, e-booków i dostępu do Internetu w polskich szkołach trwa od dawna i wydaje mi się, że nadal nie prowadzi ona do żadnych konstruktywnych wniosków. Albo inaczej – prowadzi do wniosków, z których de facto nic nie wynika. Jeśli się mylę, to przepraszam osoby zajmujące się tymi kwestiami i proszę o rozwinięcie tematu. Być może ktoś zdecyduje się także na obronę lekcji informatyki? Nie twierdzę, że wszędzie wyglądają one tak samo, czyli źle – zapewne znajdzie się w Polsce sporo szkół, w których pracują odpowiednio przygotowani do tego fachowcy i mury tych placówek opuszczają dzięki nim solidnie wyedukowani pod tym względem uczniowie. Ja na swojej drodze nie spotkałem ani jednej osoby, o której mógłbym powiedzieć, że nadawała się do tej pracy. Zazwyczaj belfer był albo nieprzygotowany do zawodu (bo to np. nauczyciel techniki, który z braku godzin nagle „wygrał” prowadzenie zajęć z informatyki i bardzo się z tego cieszył) albo lekceważył ten przedmiot i podchodził do niego na zasadzie: zróbcie kartkę świąteczną, a potem sobie w coś pograjcie. Sensu takich zajęć nie pojmuję do dziś i chyba nie jestem pod tym względem odosobniony.

Problem leży jednak dużo głębiej i jest tematem na całą książkę – nasz kraj po prostu nie ma pomysłu na nauczanie młodych ludzi informatyki (to samo tyczy się też innych ważnych przedmiotów, oprócz fizyki i chemii wystarczy tu wspomnieć o ekonomii). Rozwodząc się nad tym, czy uczniowi bardziej potrzebna jest dodatkowa godzina historii, czy matematyki zapomina się o edukacji młodzieży w zakresie nowych technologii (może ktoś zakłada, że dziecko samo się tego nauczy w domu?). Tymczasem w nie tak odległej Estonii postanowiono podejść do sprawy z zupełnie innym założeniem.

Tamtejsze Ministerstwo Edukacji wraz z organizacją Tiger Leap Foundation ogłosiło, iż wszyscy uczniowie w kraju (od klasy 1 do 12) będą obowiązkowo uczestniczyć w zajęciach z programowania. Projekt wystartował w kilku szkołach w Tallinie, ale z czasem obejmie wszystkie placówki w kraju. Tym samym programowania będą się uczyli wszyscy sześciolatkowie. Do tej pory lekcje tego typu nie były obowiązkowe (ale warto podkreślić, że je organizowano). Jaki jest cel tych działań? Chyba nie trzeba tego nikomu tłumaczyć. Estonia chce się stać „Doliną Krzemową tej części Europy” i nie tylko wyedukować ludzi w zakresie nowych technologii, ale wręcz wpoić w nich nawyk interesowania się tym tematem i samorozwoju. Spodziewane korzyści? Na dobra sprawę efekty będziemy oglądać dopiero za kilka-kilkanaście lat, ale można przewidywać, że Estonia zacznie być zauważana na globalnej mapie IT (dzięki kilku firmom już jest na niej obecna). Zapewne usłyszymy nie tylko o firmach, aplikacjach i usługach z tego bałtyckiego kraju, ale też o zdolnych pracownikach, którzy trafią do korporacji w Skandynawii, Rosji, a może też Polski. Powinniśmy nie tylko zazdrościć Estończykom, ale też wziąć z nich przykład. I to jak najszybciej.

Foto: 1,2