Felietony

Dyskietki w kopercie, czyli zawód - swapper

PW
Paweł Winiarski

Pierwszy komputer, Atari 65 XE, dostał pod choinkę...

87

Dawno, dawno temu, kiedy PC-towej demosceny nie opanował jeszcze Internet, dużą estymą cieszył się zawód swappera. Miałem tę przyjemność być jednym z dostarczycieli plików pod koniec lat 90-tych ubiegłego wieku. Jak to wyglądało? Zaczęło się dość niewinnie. Koniec 1997, początek 1998 roku. Sied...

Dawno, dawno temu, kiedy PC-towej demosceny nie opanował jeszcze Internet, dużą estymą cieszył się zawód swappera. Miałem tę przyjemność być jednym z dostarczycieli plików pod koniec lat 90-tych ubiegłego wieku. Jak to wyglądało?

Zaczęło się dość niewinnie. Koniec 1997, początek 1998 roku. Siedziałem w fotelu i nie mogąc znaleźć nic ciekawego w telewizji, włączyłem telegazetę. Tak, ten dziwny wynalazek, który dla niektórych był namiastką Internetu, który za kilka lat miał zacząć pukać praktycznie do drzwi każdego domu, w którym znajdował się komputer. W telegazecie Telewizji Polskiej znajdował się dział ogłoszeń, a w nim anonse wszelkiej maści. Od tych o sprzedaniu sokowirówki, po erotyczne propozycje panów w zaawansowanym wieku. Jeśli jednak starczyło komuś cierpliwości na wertowanie tego typu wiadomości, można było natknąć się na ogłoszenia, w treści których pojawiały się słowa „scena”, „demoscena” lub wymiana plików. I nie chodziło o przesyłanie sobie dziewczyn w jpg czy samodzielnie rippowanych mp3. Zaryzykowałem, wysłałem papierowy list gdzieś na drugi koniec Polski, nie wiedząc tak naprawdę czego się spodziewać. Na odpowiedź nie musiałem długo czekać. Otwierając kopertę przeżyłem jednak mały szok, bo zamiast papierowej kartki znalazłem dwie dyskietki 3,5 cala. Był na nich list, demoscenowy magazyn, jedno nieduże demo i kilka 64-kilowych intr. To była moja inicjacja, mój pierwszy kontakt i początek drogi na swapperski szczyt.

Pierwsze kroki

Czytając kolejne magazyn z kolejnych listów, byłem instruowany, gdzie warto szukać nowych ctx-ów (kontaktów), każdy kolejny wirtualny znajomy tłumaczył czym jest demoscena, jakie są na niej profesje i jak ważny jest „zawód” swappera. Ten ma być kurierem, rozprowadzać po podziemiu dema, intra, obrazki, muzykę, magazyny. Wszystko to z pomocą dyskietek i swoich znajomości. Jeśli zdecyduje się na dołączenie do jakiejś grupy, staje się automatycznie ich PR-owcem, osobą, która nie tylko dystrybuuje materiały, ale także wykorzystuje swoje kontakty do załatwiania grafik, utworów, wstępnie wybiera i rekrutuje zdolnych scenowców proponując im wstąpienie w szeregi swojej ekipy. Biorąc pod uwagę to, że demoscena nie była namacalna, a wszyscy posługiwali się wybranymi przez siebie pseudonimami, dla osób spoza środowiska wydawało się to może nie tyle śmieszne, co raczej mało poważne – a dla rodziców stanowiło jedynie mało znaczące dla dalszego rozwoju hobby. Dla nas był to jednak kawałek prawdziwego życia, prawdziwe znajomości i miejsce, w którym jakikolwiek sukces motywował do jeszcze cięższej pracy.

Hobby czy harówka?

A ta nie należała do lekkich. Wszystko fajnie, kiedy swapper nie wyznaczał sobie celu, ale chęć wskoczenia na szczyt oznaczała nie tylko konieczność spędzenia czasu przed monitorem, ale również wyrzeczenia. Najlepsi oscylowali w granicach 80-100 stałych kontaktów. Oznaczało to, że prowadzili regularną korespondencję z około setką scenowców. Nie wystarczyło jednak nagrywać na dyskietki tak zwanego stuffu (demo, muzyka, ziny itp.), ale utrzymywać kontakt na typowo koleżeńskim poziomie, pisząc listy. Jasne – czasem rozmawiało się lekko i przyjemnie, innym razem ciężko było znaleźć wspólny temat. Ale kluczem była jakakolwiek relacja inna niż obojętność. Ale nie to było najważniejsze.

Otóż po demoscenie krążyły votki, czyli karty do głosowania. Największe magazyny prowadziły tak zwane chartsy, czyli rubryki z najlepszymi przedstawicielami danej branży. Obok najlepszego dema czy magazynu, znajdowały się na nich pseudonimy koderów, grafików, muzyków i właśnie swapperów. To scenowcy głosowali, osoby z największą ilością punktów trafiały na szczyty tabel, do pierwszej dziesiątki. Głosowali więc przede wszystkim na ludzi, którzy dostarczali im materiały błyskawicznie, mieli zawsze najświeższe produkcje, błyskawicznie odpisywali. Oczywiście fajny, koleżeński list był zawsze miłym bonusem i w jakiś sposób wpływał może nie tyle na sympatię do konkretnego swappera, ale stawał się częścią składową oceny jego profesjonalnego podejścia do tematu, dedykacji sprawie.

Formalnie to przede wszystkim swapperzy zbierali i dostarczali votki do magazynów, jednak oszustwa zdarzały się sporadycznie, jeśli w ogóle miały miejsce. Głosowaliśmy w plikach, oryginał zawsze leżał na dysku właściciela, udowodnienie machlojki było więc banalnie proste. Ale to nie wszystko – środowisko było na tyle hermetyczne, że spodziewało się kto znajdzie się pierwszej dziesiątce. O tych osobach się mówiło, widać było jak wspinają się po szczeblach scenowej kariery, tworząc produkcje wygrywające konkursy, czy właśnie stając się jednymi z najważniejszych „rozprowadzaczy” stuffu. Zawsze odpisywałem błyskawicznie, dyski wypełniałem najświeższymi materiałami, często „ekskluzywnymi”, które zaczynały swoją podróż po podziemiu właśnie u mnie. Starałem się też zbudować ze wszystkimi swoimi kontaktami odpowiednią, koleżeńską relację. Chyba nigdy w życiu nie wysłałem suchego, krótkiego listu.

Technicznie nie było jednak tak kolorowo. Dyskietki, jak to dyskietki – umierały wręcz hurtowo. Demoscena nauczyła mnie, że blaszka na 3,5 calówce nie jest niezbędna do jej prawidłowego działania. Połamane plastiki stwarzają natomiast zagrożenie jedynie wtedy, gdy jakiś element odstaje na tyle mocno, by zostać w stacji. Uwielbiałem wręcz składanie autografów na dyskietkach – dzięki temu widziałem, u kogo był nośnik – sam wielokrotnie mazałem po dysku lakierowanym flamastrem, choć za graffiti przecież nie przepadam. Jeśli kiedykolwiek dostaliście list od swappera, na pewno zauważyliście pewną powtarzającą się sentencję – „Stamps (lub Stampz) back!”. Każdy wiedział, że odsyłając list i dyskietki, należy złapać kopertę, w której dostało się materiały, a następnie w miarę starannie wyciąć fragment z ostemplowanymi znaczkami. Po co? To już pozostawię owiane podziemną tajemnicą.

To dzięki demoscenie nauczyłem się bezwzrokowo pisać na klawiaturze – uwierzycie lub nie, pod koniec ubiegłego wieku była to umiejętność budząca wśród znajomych ogromne zdziwienie. Kończąc w 2001 roku szkołę średnią miałem około 90 aktywnych kontaktów, w swapperskich chartsach zaliczyłem trzy pierwsze miejsca w prawie każdym liczącym się magazynie. Dołączyłem do „elitarnej” grupy swapperów (Scream!), zrzeszającej aktualną śmietankę w tej profesji. Przeskakując w rankingach aktualnych liderów, Blackmana i Frey'a, postanowiłem zrezygnować.

Na koniec swojej przygody z demosceną spróbowałem jeszcze sił jako muzyk. Jak się okazało, z pożegnalnym sukcesem. Postanowiłem ten jeden raz wystawić utwór na compo (konkurs), a że akurat wielkimi krokami zbliżała się impreza Flag 2001 na Węgrzech, padło na nią. Trochę hard rocka, trochę lżejszego metalu, tracker i tylko cztery kanały. Przy tego typu samplach trudno było coś w owych czterech kanałach zmieścić, dlatego perkusja musiała zbiednieć o talerze (do dziś nie mogę sobie tego wybaczyć), ale udało się wskoczyć do pierwszej finałowej piątki, a patrząc na punktację, tak naprawdę musnąć podium. Na otarcie łez (szczęścia tak naprawdę) otrzymałem też informację, że było to najwyższe miejsce pośród Polaków wystawiających swoje produkcje w którymkolwiek konkursie tego party.

Scena jako bilet do kariery

Demoscena pochłaniała prawie cały mój wolny czas. Odpisywanie na listy, nagrywanie dyskietek, zapoznawanie się z aktualnymi „newsami” i produkcjami. Żeby jeszcze bardziej zaistnieć w środowisku, część swapperów nie tylko dostarczała cudze artykuły do magazynów, ale także pisała własne. Założyłem popularnego chartsmaga, który w późniejszym okresie zbierał również rankingi z zagranicy. Byłem współzałożycielem jednego z największych magazynów 2000 roku. Dziś piszę dla Was, co jednoznacznie udowadnia, że zdobyte na demoscenie doświadczenie potrafi w przyszłości zaprocentować. Fakt, ciężko się czyta własne teksty sprzed kilkunastu lat, ale to tylko pokazuje jak udało mi się przez te lata rozwinąć umiejętności operowania słowem pisanym. Ale to nie ja osiągnąłem prawdziwy sukces bazujący na scenowych dokonaniach młodości.

Rozejrzyjcie się po polskim gamedevie. Choć większość kontaktów została zerwana, po latach dowiadywałem się, że założyciele polskich studiów tworzących gry, koderzy, muzycy czy graficy to moi dawni koledzy, moje dawne kontakty scenowe. Jedna z grup, w której przez długi czas byłem swapperem przekształciła się w pewną bardzo dużą polską firmę produkującą gry. Chcecie przykładów? Scorpik wpuszczał w Wasze uszy dźwięki chociażby w obu Wiedźminach, Lett kierował pracami programistów przy grze Bulletstorm.

Nie wiem jak wygląda demoscena dziś. Zupełnie przegapiłem okres, kiedy powstały kolejne scenowe serwery ftp, gdy scenowcy zaczęli tworzyć strony, rezygnując z tak zwanego snail swapu na rzecz korespondencji mailowej. To jednak świetne wspomnienie i dowód na to, że polska młodzież końca lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku potrafiła samodzielnie zorganizować prężnie działające podziemie, w którym pokazywała swoje umiejętności, tworząc często produkcje mogące konkurować z dziełami dużych firm. A wszystko to robiono samodzielnie w domach, bez zaplecza finansowego i specjalistycznego wykształcenia. A przecież PC-towa demoscena to tylko ułamek tego wszystkiego. Zawsze żałowałem, że nie załapałem się na najlepsze lata sceny amigowej. Historie o niej pamiętam do dziś, ale może kiedyś w jakimś artykule opowie je ktoś, kto był tej sceny częścią.

Obrazek 1,2,3.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: