4

Conqueror’s Blade to darmowy MMO, w którym wikingowie strzelają z muszkietów do husarzy i samurajów

Co wyjdzie z połączenia For Honor z Mount & Blade i posypaniem tego akcją rodem z Jade Empire? Conqueror’s Blade to przedstawiciel dość nietypowego gatunku MMORTS. Gra pozwala nam toczyć bitwy, zdobywać twierdze jako średniowieczny bohater. Nie jesteśmy w tym jednak osamotnieni, bo cały czas towarzyszą nam wyspecjalizowane jednostki, wierzchowce, a nawet machiny oblężnicze.

Za Conqueror’s Blade stoi My.com, należąca do Mail.ru firma, spod skrzydeł której wyszły m.in. takie tytuły, jak Warface, Skyforge czy Armored Warfare. Wszystkie one należą do szeroko pojętego gatunku MMO i wszystkie są dostępne w modelu free-to-play. Próg wejścia jest zatem praktycznie zerowy – ogranicza się do pobrania gry na nasz dysk twardy. Możemy to zrobić bezpośrednio z poziomu Steama. Co istotne od ok. miesiąca Conqueror’s Blade jest dostępne w polskiej wersji językowej.

Na czym polega ta produkcja? Generalnie całość sprowadza się do naszego bohatera, którego rozwijamy na kilku płaszczyznach – ulepszając jego umiejętności (kluczowe podczas walki, bo podstawowymi atakami daleko nie zajedziemy), a także wyposażając w lepszy ekwipunek (o ten z początku będzie bardzo, bardzo trudno). Oczywiście nie zabrakło tutaj bogatej otoczki – systemu wyzwań, punktów reputacji, brązu, srebra, złota itd. Jak to w „darmowych” MMO bywa, tych rzeczy do zdobywania jest tutaj tak dużo, że może od nich rozboleć głowa.

Jednak bohater to tylko jedna strona medalu. Drugą są towarzyszące mu wojska. I tutaj również spektrum możliwości jest ogromne. Możemy wybierać między piechotą z bronią drzewcową, miecznikami, łucznikami, a z czasem również konnicą. Drzewko jednostek jest bardzo rozbudowane i z czasem będziemy odblokowywali nowe rodzaje oddziałów. Jednocześnie możemy też ulepszać aktualne – po każdym starciu otrzymają one punkty doświadczenia, które wydamy na dodatkowe premier i bonusy.

To wszystko obudowano mniej istotnymi elementami, jak możliwością korzystania z machin oblężniczych, przyzywania wierzchowca itp. Nie zabrakło też craftingu i powiązanego z nim systemu tworzenia i osadzania run. Szczerze mówiąc, początkowo mnie to wszystko przytłoczyło i rozochociło jednocześnie – tyle możliwości, tyle rzeczy do zdobycia i odblokowania…

Aby jednak cokolwiek zdobyć, musimy prędzej czy później rzucić się w wir walki. Początkowo nasz bohater znajduje się w jednym z hubów społecznościowych – średniowiecznym miasteczku, w którym biegamy od kowala do płatnerza, zahaczając po drodze 15 innych postaci, które „coś robią w otoczeniu setek innych graczy. Takich hubów jest wiele, bo świat gry podzielono na różne krainy, w których gracze mogą się gromadzić (a dodatkowo tworzyć klany – rody oraz sojusze – i wspólnie bawić).

Bitwę rozpoczynamy poprzez ekran matchmakingu. Nie walczymy bowiem 1 na 1 tylko drużynowo – kilku graczy i ich armie przeciwko innej grupie. Przed rozstawieniem na mapie wybieramy oddziały, które będą nam towarzyszyć. Jednocześnie kierujemy tylko jednym kilkudziesięcioosobowym, ale możemy w specjalnych punktach się między nimi przełączać (możliwość wyboru oddziały dostajemy też po każdej śmierci naszej postaci). Całość dowodzenia sprowadza się do wciskania odpowiednich klawiszy rozkazów – za mną, formacja, do ataku. Niektóre oddziały mają też specjalne umiejętności, jak szarża. I to tyle.

Kiedy nasze armie tłuką się ze sobą w najlepsze, my, jako bohater, możemy zapolować na innych herosów lub wytłuc trochę wojsk nieprzyjaciela. Tu przydają się wspomniane umiejętności, które wyglądają iście filmowo. W zależności od wybranej broni (a tych jest dość sporo – od mieczy i katan, przez halabardy, a po łuki i muszkiety) możemy używać specjalnych ataków lub okrzyków wspierających sojuszników wokół. Są też oczywiście uniki i bloki, ale często w tym całym chaosie trudno je efektywnie wykorzystywać.

Te bitwy to właściwie najmocniejszy atut Conqueror’s Blade. Otaczający nas chaos, okrzyki wojaków, odgłosy wystrzałów i nasz bohater po środku. Czujemy się trochę jak w jednym z tych filmów, gdzie dwie armie wycinają się w pień, a po między nimi bohaterowie, których jakimś cudem nikt nie jest w stanie skutecznie zaatakować. Oczywiście w tej grze tak kolorowo nie jest i jak wpadniemy w sam środek armii nieprzyjaciela szybko przepłacimy to życiem. No ale wcale nie psuje to przyjemności z zabawy. I prawdę mówiąc taktyka często ma tutaj niewielki wpływ na cokolwiek, wbrew temu co sugerują opisy twórców.

Tych bitew mamy kilka rodzajów. Jedne toczą się na otwartej przestrzeni, a inne to klasyczne inwazje na zamki i twierdze. Z czasem odblokujemy też ekspedycje i specjalne sezonowe wydarzenia, które są pewnym urozmaiceniem, ale ogólnie wszystko sprowadza się tutaj do jednego – pokonania przeciwników lub zajęcia określonych punktów. Po wszystkim oczywiście otrzymujemy nagrody i tu znowu wkrada się pay-to-win, bo np. czasem po bitwie znajdziemy skarbiec z cennymi przedmiotami, który otworzymy tylko za pomocą klucza… kupionego w sklepie gry.

Jak przystało na grę free-to-play, twórcy mocno promują mikropłatności na każdym kroku. Właściwie wszystko da się tutaj kupić – nawet codzienne wyzwania, jeżeli nie chce nam się grać. Z jednej strony możemy przez to przyśpieszyć nasze postępy, unikając w ten sposób żmudnego grindowania. Z drugiej mamy do dyspozycji ogrom skórek. I tu zaczyna się prawdziwy cyrk, bo gra to prawdziwy miszmasz kulturowy. Stroje z Dalekiego Wschodu idą tutaj w parze ze skórami Wikingów oraz lśniącymi zbrojami europejskich rycerzy. Nie zabrakło też oczywiście akcentów z krajów arabskich, a nawet polskiej Husarii. I oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by Wikingowie biegali z Katanami, a Husaria z toporami. Ba, możemy nawet miksować ze sobą różne elementy tych strojów, co daje jeszcze więcej pomieszania z poplątaniem.

Co ważne, ta cała otoczka historyczna to tylko fasada, bo gra z rzeczywistymi realiami ma niewiele wspólnego, szczeólnie jak dodamy do tego mistyczne runy czy te wszystkie akrobatyczne umiejętności. Ot po prostu fajnie to wygląda, jak postaci z różnych epok i zakątków świata łoją sobie skórę.

Conqueror’s Blade to oryginalna gra o zaskakująco dużym potencjale. Oczywiście cierpi ona na choroby pay-to-win i wszędobylskie mikropłatności. Nietrudno się w niej też dopatrzeć mechanizmów, które mają działać na graczy uzależniająco (nie od dziś twórcy gier – szczególnie tych darmowych – wykorzystują naszą ludzką słabość do hazardu). No i nader wszystko wymaga ona kolosalnych ilości grindowania, by nasza postać (i armia) do czegokolwiek mogły dojść.

Nie zmienia to jednak faktu, że gra się w to naprawdę przyjemnie. Starcia są widowiskowe, gameplay zachęcający i satysfakcjonujący, a próg wejścia i złożoność rozgrywki naprawdę przystępne (co też można uznać za wadę, jeśli ktoś oczekiwał taktycznej rozgrywki). Jeżeli zatem zawsze chcieliście poczuć się na polu bitwy niczym Braveheart czy Zbyszko z Bogdańca to jest to na pewno świetna okazja. Szczególnie, że czuć tutaj ten bitewny, średniowieczny klimat. Warto jednak być świadomym, że przy niedzielnym graniu w Conqueror’s Blade za wiele nie podbijemy, a hardkorowe wciągnięcie się w ten tytuł będzie od nas wymagało grindowania lub karty kredytowej. Czy to źle? Cóż, takimi prawami rządzi się rynek F2P.