Nauka

Co drugi tuńczyk nie jest tuńczykiem. Geny, biodersyfikacja, test PCR i psi węch

MG
Maciej Gorczyński
0

Jak można się spodziewać, tropy DNA często wskazują na człowieka jako główne zagrożenie bioróżnorodności oraz zorganizowaną postać tego niebezpieczeństwa – przemysł przetwórczy. Z jednej strony przeprowadzone na dużą skalę badania genetyczne wykazały, że 40 procent owoców morza podawanych w kanadyjskich restauracjach jest czymś innym niż opis w menu; w odniesieniu do ryb było to 70 procent. Najczęściej tańsze ryby były sprzedawane pod etykietą wyżej cenionych na stole, przy czym odsetek fałszywych oznaczeń był znacznie wyższy właśnie w restauracjach niż w sklepach.

Na przykład poszukiwany przez smakoszy czerwony lucjan – oferują go również polskie internetowe sklepy rybne, ceny od 250 zł za kilogram  – według badań zarówno kanadyjskich, jak i amerykańskich praktycznie nie pojawia się na talerzu, ponieważ w 9 przypadkach na 10 jest to inna ryba (najczęściej tilapia). Podobnie: co drugi tuńczyk i sola nie są tymi rybami, za które są podawane. Warto przypomnieć europejską „Horsgate” z 2012 roku – badania genetyczne wykazały wówczas, że 30 procent sprzedawanej w Europie wołowiny było w istocie koniną, którą poddano lekkiej modyfikacji smakowej.

W wypadku owoców morza łatwiej o zwykłą pomyłkę w określeniu gatunku, tu jednak chodziło o przestępczość zorganizowaną – jak przypomniał „The Wired”, w efekcie śledztwa aresztowano blisko 700 osób w 78 krajach. Co przecież nie kończy sprawy; ocenia się, że przestępcy zajęli się teraz przede wszystkim przyprawami, oliwą i suplementami, co dla konsumenta oznacza co najmniej tyle, że etykiety żywności informujące, że jest wolna od alergenów, należy traktować ostrożnie. Przyjmuje się, że 10 procent wszystkiego, co jemy, jest czymś innym – paragony mogą być groźne nie tylko ze względu na końcową sumę. A jest i druga strona: wiele ryb, które w restauracjach są określane ogólnie jako, powiedzmy, rekin, reprezentuje odmiany gatunkowe zagrożone wyginięciem. Dobrze widzieć, że na liście państw współpracujących z The International Barcode of Life jest Polska.

Inny polski wątek tej historii jest nieco paradoksalny. Badania genetyczne europejskiej ćmy przeprowadzone w ramach projektu The International Barcode of Life (www.ibol.org), wykazały, że populacja, którą do tej pory traktowano jako gatunkowo jednolitą, w istocie składa się z dwóch różnych gatunków, przy czym – co najistotniejsze – jeden z nich ma charakter inwazyjny. Powierzchownie nocne motyle wyglądają bardzo podobnie, ale jednocześnie przypomniano, że wątpliwości w sprawie przynależności do tego samego gatunku odnotowano już pod koniec XIX wieku. Pierwsze badania potwierdzające obecność żywiącej się bukszpanem ćmy azjatyckiej opublikowano w Polsce w latach 50. – 20 lat później stwierdzono, niestety błędnie, że wcześniejsze badania nie były przekonujące i nie ma podstaw do rozróżnienia gatunkowego.

Dzisiaj na portalach ogrodniczych można znaleźć ostrzeżenia przed ćmą azjatycką, która miałaby się pojawić w Polsce dopiero w XXI wieku, najpierw w okolicach Wrocławia. Ale badania genetyczne przeprowadzone przez IBOL –  w Polsce współpracuje z nim Uniwersytet Łódzki – potwierdzają, że inwazja trwa już przynajmniej 60 lat.

Utworzony w 2008 roku IBOL w ramach pierwszego programu badawczego o nazwie „BARCODE 500K” stworzył bibliotekę 500 tysięcy kodów genetycznych zwierząt; trwający już drugi program, „BIOSCAN”, zakończy się w roku 2026, kiedy biblioteka osiągnie 2,5 miliona wpisów. Kompletny obraz genetyczny planety ma powstać w roku 2045. Dane tworzą nie tylko unikalny spis powszechny ziemskiego życia, służą również do planowania działań chroniących różnorodność gatunkową. Badanie DNA ma dwie przewagi nad przeszukiwaniem środowiska za pomocą kamer, mikrofonów i badaczy terenowych: niespotykaną skalę oraz nieinwazyjność. Dzięki testowi PCR do identyfikacji gatunkowej niepotrzebne jest zwierzę, wystarczy padlina, odchody i dobry pies.

W ten sposób uratowano już życie australijskim wombatom. Gatunek jest stale poważnie zagrożony całkowitym wyginięciem – w latach 70., kiedy podjęto pierwsze działania, żyło zaledwie 20 osobników. W latach dwutysięcznych udało się zwiększyć populację do około 100 przedstawicieli – co było niemałym sukcesem – i właśnie wtedy na terenie wombatów (Epping Forest National Park w Australii) pojawił się początkowo niezidentyfikowany drapieżnik, którego apetyt groził szybkim wyginięciem gatunku. Badania genetyczne odchodów zwierząt żyjących w parku narodowym nie pozostawiły wątpliwości: DNA wombatów znaleziono w odchodach dzikich psów dingo, które szybko odizolowano od zagrożonych roślinożerców.

Podobnie bada się zróżnicowanie gatunkowe i niebezpieczeństwa grożące orkom – tu do namierzenia  produktów przemiany materii wykorzystuje się wyszkolone psy, których węch ma zasięg półtora kilometra wokół łodzi. Prowadzony przez University of Washington program „Conservation Canines” do tych celów trenuje wyłącznie psy ze schronisk („We rescue these dogs and offer them a satisfying career…”) – efekty szkoleń można śledzić na Instagramie.

Technicznie rzecz biorąc, rozwój tej technologii zmierza do indywidualnych skanerów DNA, zapewne w smartfonach, które powiedzą, co właśnie jemy, czym oddychamy i jak mocno należy się martwić insektem, który właśnie ugryzł twoje dziecko. Ceny niewielkiego urządzenia MinION o wadze 450 gramów, stworzonego przez firmę Oxford Nanopore (www.nanoporetech.com) zaczynają się od 1000 dolarów – można go użyć w dowolnym miejscu i czasie, wynik jest po godzinie. Najnowsza wersja MinION Mk1C nie wymaga nawet komputera, a Strona Oxford Nanopore wita zdaniem: „Our goal is to enable the analysis of anything, by anyone, anywhere”.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu