51

Bloger to darmozjad? Chyba darmozjada nie widzieliście

Godzina czwarta, na balkonie jest taki wygwizd, że do 6-7 chyba nie zapalę już ani jednego papierosa. Mam trochę do zrobienia, więc wczoraj po siłowni postanowiłem od razu pójść spać, żeby wstać tak wcześnie, jak tylko się da – by nie chodzić cały dzień jak zombie i mieć przy okazji trochę czasu na nadgonienie grafiku. […]

Godzina czwarta, na balkonie jest taki wygwizd, że do 6-7 chyba nie zapalę już ani jednego papierosa. Mam trochę do zrobienia, więc wczoraj po siłowni postanowiłem od razu pójść spać, żeby wstać tak wcześnie, jak tylko się da – by nie chodzić cały dzień jak zombie i mieć przy okazji trochę czasu na nadgonienie grafiku. Jest sesja, promotor żąda pokazania swojego dorobku w kwestii pracy dyplomowej. Przy okazji pogoda nie napawa optymizmem, jest mało światła i nie ma tej energii, którą poczuć można wiosną, latem, późną jesienią. Jestem blogerem, dzień dobry.

Work it harder

Uwielbiam spać. Do pewnego czasu potrafiłem położyć się gdzieś koło 3-4 po to, by wstać o 15, dopiero na obiad. Na przełomie gimnazjum i liceumtak wyglądała moja „egzystencja” w czasie wakacji. Budził mnie dopiero dzwonek do drzwi i tata, który zwykł narzekać, że wyrosnę na darmozjada i obiboka. Coś w tym było. Wtedy jakoś szczególnie ambitny nie byłem. Mądrzeć zacząłem dopiero w liceum, gdy po raz pierwszy poczułem, że mogę być dorosły, ale od razu podcięto mi skrzydła. Szybko zweryfikowano mój sposób myślenia i spisano mnie na straty. Odpowiedziałem tym samym – ja pokazałem „faka” edukacji takiej, jaką zdążyłem poznać. Wyłożenie wiedzy, przyswojenie jej, ewaluacja, puszczenie jej w niepamięć. Zamiast nabrać poważnych umiejętności kazano mi interpretować tekst nieżyjącego autora. „Firanka oznacza smutek podmiotu lirycznego (utożsamianego z samym autorem – znając kontekst biograficzny) i jego tęsknotę za czasami młodości”. Chciałem wtedy wstać i powiedzieć: „gówno prawda!” To za mnie potem powiedział mój najważniejszy w życiu nauczyciel – również polonista, który akurat wykłada na mojej uczelni. Powiedział mi jeszcze, że:

Tylko gówno płynie z prądem.

Akurat staliśmy na fajce pod uczelnią, chyba pierwszy rok moich studiów. Nawet nie wiecie, jak bardzo cieszyłem się, że wyrwałem się z marazmu, jakim było liceum. Wyłożone marmurami, z drogimi pomocami dydaktycznymi. Szkoła w Sandomierzu wygląda jak nielichy zameczek. Cierpi jednak na te same problemy, co cała edukacja w Polsce.

tricycle

Żona wspomnianego polonisty uczyła mnie w gimnazjum. Widać, że to są ludzie z powołaniem i poczuciem misji, Nieco oderwani od mainstreamu, ale za to myślący. O ile odmóżdżałem się na historii, bo tam nauczyciel wiedział tylko tyle, co napisane zostało w książce, na polskim mogłem zacząć myśleć.

Moja przygoda z blogowaniem zaczęła się od wypracowania. Dostaliśmy trzy tematy, już niestety nie pamiętam jakie. Generalnie, dotyczyły one „Opowieści Wigilijnej” Dickensa, gimnazjalnego szlagieru omawianego zawsze w pierwszej klasie przed Bożym Narodzeniem.

Żaden z tematów mi się nie podobał, więc od niechcenia zaproponowałem swój. Co najważniejsze, uzasadniłem to dosyć pokrętnie – napisałem coś w stylu: „nie potrafię pisać na tematy, które mnie nie interesują, więc by nie zostawić pustej kartki, napiszę na swój”.

W wypracowaniu próbowałem wyjaśnić postępowanie starego Scrooge’a, wziąłem pod lupę jego relacje z ojcem, opisu których było jak na lekarstwo. Pogdybałem, przemyślałem i w dwie godziny lekcyjne oddałem 4 kartki papieru A4 zapisane gryzmołami. Nawet nie wiecie, jak byłem zdziwiony, gdy otrzymując swoją pracę z powrotem nie ujrzałem na niej „pały”. Otrzymałem za to odpowiedź zwrotną, w której pogratulowano mi nieszablonowego myślenia . Chyba pierwszy raz poczułem, że wyjście z szeregu może się naprawdę opłacać.

Make it better

Od tego czasu minęło… jasna cholera. Prawie 10 lat. Dzięki, naprawdę dzięki. Poczułem się staro. Jeszcze 10 lat temu cisnąłem „Wormsy”, prułem flaki w UT, dzisiaj gram już tylko z siostrzeńcem. Właściwie każdy mój przyjazd do niego jest opakowany w turnieje w konsolową piłkę kopaną, albo wzajemne wsadzanie sobie ołowiu w pancerz.

Po drodze robiłem różne rzeczy. W liceum zaangażowałem się w portal regionalny, gdzie zostałem uświadomiony, że jakakolwiek polityka, nawet ta samorządowa to niezłe bagno. Chodząc na sesje, zadając radnym pytania dowiedziałem się, że nie ma czarnego i nie ma białego. Tam wszystko mieni się w odcieniach brązu.

work-stations-plus-espresso

I z tym kiedyś musiałem się pożegnać. Działałem na własnym terenie, obecnie mieszkam prawie setkę kilometrów od miejsca urodzenia – w Rzeszowie. Tutaj jak na razie jestem mocno związany z uczelnią, w tym roku to się zmieni i wybiorę zapewne nieco trudniejszą drogę dalszego kształcenia (i pracy) – trzymajcie kciuki.

Rok temu jeszcze nawet nie myślałem o tym, że dołączę do Antywebu. Grześka Marczaka czytam od dawna i w sumie to nigdy nie myślałem, że kiedykolwiek uścisnę mu rękę, czy pogadam choćby o byle czym. Miałem już taką okazję i nawet nie wyobrażacie sobie, jak bardzo się cieszyłem. Dla mnie to trochę jak człowiek legenda, ktoś kto codziennie opowiadał mi, co w startupach i technologiach piszczy.

Zaczęło się w wakacje – wzięto mnie „na próbę”. Traf chciał, że zbiegło się to z moim wyjazdem do pracy w Starachowicach. Zasuwałem w owianym złą sławą Constarze. Opowiadać o tym nie będę. Niech Wam wystarczy, że robiłem tam 8-10 godzin dziennie, często 7 dni w tygodniu. Wyjechałem tylko na miesiąc, dorobić sobie na początek do studiów. Przy okazji robiłem jeszcze jedno zlecenie i… próbowałem swoich sił w Antywebie. Wziąłem nocne zmiany, bo było nieco spokojniej, choć roboty było co nie miara. Szczególnie dla takich jak ja – nowych, świeżych i tych którzy zaraz wyjadą. Eksploatowało się nas do cna tylko dlatego, że wytrzymywaliśmy niesamowite tempo z myślą, że po krótkim czasie to się skończy.

Wyjeżdżałem rowerem do pracy o 21:00, o 22:00 byłem już w hali produkcyjnej. Przyjeżdżałem o 7:00 lub 9:00, w zależności od tego, ile tego dnia pracowałem. Potem trzeba było coś napisać na Antyweba – akurat wtedy pisałem dwa teksty dziennie. Jak już wyrobiłem się ze swoją pracą, jadłem cokolwiek i uderzałem w kimono. Wstawałem i od nowa to samo. Miesiąc zleciał naprawdę szybko, uciekło 10 kilo, które nadrobiłem i właściwie to teraz męczę się z nadprogramowymi pokładami izolatora w pośladkach.

Potem okazało się, że z Antywebem mogę układać poważniejsze plany, dołączyłem do grona naprawdę mocnych blogerów. Z jednej strony niesamowita duma, z drugiej natomiast wielkie niedowierzanie. Teksty pisałem nierzadko po takiej harówce, że oddychać się odechciewało, ale pisałem, bo mi na czymś zależało. Dopiero wtedy zacząłem doceniać pracę blogera.

Do tego czasu też wydawało mi się, że to naprawdę lekka i mało wymagająca praca. Że to robota dla cwaniaków, którzy znaleźli swoją niszę, dają ludziom to, czego chcą. Może nie chleb, ale igrzyska. Coś do poczytania, niżej Disqus do pogadania lub uprawiania festiwalu policzkowania blogera, który albo zawinił literówką, albo błędem w specyfikacji smartfona. A tak, to tylko #darylosu, wyjazdy, splendor i podziw w kółeczku wzajemnej adoracji.

Do it faster

Dołączenie do Antywebu wymagało ode mnie przeorganizowania swojego dziennego grafiku. Nie śpię tyle, co kiedyś. 8 godzin to maksimum, przy czym minimum potrzebne do „jako takiego życia” to około sześciu. Wstaję najpóźniej o 9:00, nie ma czegoś takiego jak najwcześniej. Przetrwanie do godziny 1-2 jest dla mnie już wyczynem bardzo nieznośnym. Codziennie coś czytam, robię notatki, dyskutuję z innymi, zaprzyjaźnionymi blogerami.

Do tego dochodzi uczelnia, gdzie chodzę już dosyć rzadko. Jednak projekty, praca dyplomowa skutecznie wypełniają wyrwy powstałe w tygodniowym harmonogramie zajęć. Wyjście na piwo, do klubu to mały luksus, na który pozwalam sobie coraz rzadziej. Nawet to rodzinnego domu wyjeżdżam bardzo rzadko – tam czekają na mnie takie pokusy, jak wygodne łóżko, czy długie rozmowy z tatą.

tEREUy1vSfuSu8LzTop3_IMG_2538

Bloger musi nauczyć się systematyczności – niezależnie od tego, czy robi „u siebie”, czy u kogoś. Tutaj ode mnie się tego wymaga. U siebie natomiast na dobrą sprawę bym nie musiał, ale przy okazji zginąłbym wśród tych, którzy potrafią codziennie „zmusić się” do pracy. Często operuję na skrawkach czasu, rzucam wszystko, zamykam się w pokoju, zakładam słuchawki i ostukuję klawiaturę. Pracuję głównie przy biurku, staram się nie robić niczego w łóżku – chyba, że przeglądać Internet i grać w gry. W terenie jestem w stanie pracować wszędzie – na trawie po turecku, w kawiarni na stoliku, na uczelni w ławce. Nic jednak nie zastąpi mi dużego biurka i dużego monitora.

Makes us stronger

Rozmawiając z siostrą uznałem, że tata kiedyś miał dużo racji. Zawsze dziwiłem się, dlaczego on tak bardzo lubi zasuwać przed domem robiąc cokolwiek, czasami nad wyrost. Tłumaczył się, że praca fizyczna, zmęczenie się daje mu odpoczynek od pracy psychicznej – gdzie operuje na goniących go terminach, zobowiązaniach, rozmowach z klientami, wyjazdach. Mówi, że uwielbia swoją pracę, ale mimo, że nie jest to kopanie rowów – męczy go.

Okazało się, że przyjeżdżając na dłużej – w czasie Świąt, gdy nie miałem żywnie nic do roboty, zaczynałem szukać sobie zajęcia. Zmywałem gary, robiłem obiad, prasowałem, rąbałem drewno, odśnieżałem parking – sam z siebie. Na dobrą sprawę nie musiałem tego robić, mogłem pojechać tu, tam. Oduczyłem się lenistwa, nauczyłem się działania. Nie oznacza to, że nie lubię sobie pofolgować. Szczerze, to nie widziałem większego lenia od siebie.

More than ever, hour after

Debata nad „przydatnością” pracy blogera powinna się skończyć na określeniu popytu na blogerów. Skoro Antyweba ludzie czytają i jest ich niemało, to można spokojnie uznać, że jesteśmy potrzebni. Skoro ludzie oglądają Sylwestra Wardęgę i osiągnął on niesamowity sukces, widocznie też jest potrzebny – mimo, że poddaje się w wątpliwość wartość intelektualną jego filmów. Skoro kobiety czytają blogerki modowe – to one także są pożądanie. Podobnie z każdym innym rozchwytywanym blogiem, blogerem, kategorią blogów.

Blogi i blogerzy to także wdzięczne nośniki reklam i akcji marketingowych. Gdyby nie to, do dzisiaj piszący robiliby za „Bóg zapłać” i „fajny tekst” w Disqusie. Jestem absolutnie za tym, by blogerzy zarabiali (nie tylko dlatego, że ja też coś z tego mam). Wiecie, dlaczego?

Bo bloger, to nikt inny, jak dziennikarz na miarę naszych czasów. To praktycznie ten sam koleś, którego możecie poczytać w gazecie, oddzielony od Was warstwą papieru i tuszem, barierą nieprzekraczalną z powodu jednostronnej komunikacji gazet z czytelnikiem. Blog od gazety różni się z tym, że z autorem można pogadać. Powiedzieć mu, że to i to jest do poprawy, z tym i tym akapitem się nie zgodzić, dopytać o to, o tamto. Pośmiać się, pożartować.

Bezpośredni kontakt blogera z czytelnikiem to niesamowita siła i wartość tego sposobu publikowania treści. Nawiązywanie relacji z czytelnikami to prawdziwa przyjemność (o ile ktoś nie napisze „Szczęsny ty pało”). Blog to przede wszystkim przyjemna praca. Ale przyjemne nie zawsze jest lekkie.

Często walczy się z typową niemocą twórczą, czasem chorobą – a w blogowaniu trudno jest wziąć sobie wolne. Pamiętam, jak kilka dni w tygodniu musiałem sobie odpuścić jeden tekst z grafiku – kręgosłup bolał mnie tak, że musiałem szamać bardzo ciekawe leki przeciwbólowe. Po nich nie chciałbym pisać, mielibyście pewnie albo niezły ubaw, albo wywieźlibyście mnie na wirtualnych taczkach. Stąd wieczorkiem żarłem „uśmierzacza” i szedłem spać. Z nadzieją, że następnego dnia będzie boleć mniej.

Our work is never over

Nasza praca nigdy się nie kończy. Myślicie, że jak napiszemy tekst, odbębnimy swoje, to jesteśmy wolni? Oczywiście, że nie. Czytanie, bycie na bieżąco, organizacja następnego dnia to dla nas codzienność. Naszą pracę widać kilka razy dziennie po opublikowaniu tekstu. Nie oznacza to jednak, że zaczyna się ona od napisania tekstu, do jego zawiśnięcia na stronie. Teksty po sobie trzeba przeczytać, co czasami kończy się tak, że mimo wszystko znajdą się jakieś literówki. Autor tekstu nie wychwyci wszystkiego – nie dlatego, że nie chce mu się. Tak po prostu jest – sam nie wiem, dlaczego.

zEk8RJdmQrqja2XwbjgJ_DSC_2368

Poza tym, telefony, maile, utrzymywanie kontaktu z agencjami, dogadywanie spraw odnośnie testów sprzętów – to także zabiera odrobinę czasu. Trzymanie ręki na pulsie, dogadywanie się z szefami (to ostatnie trudne nie jest ;) ). Mimo wszystko, trochę tego jest.

Zanim napiszecie, że jestem darmozjadem, że „za ludzkie piniendze żyję”, że „górnicy pracują ciężej”, że „w dupach się poprzewracało” – to idźcie na rynek w mieście, gdzie jest dużo studentów. Ale dwa razy w miesiącu – na początku i na jego końcu. Darmozjady siedzą także w więzieniach (mowa o tych, którzy nie pracują). Na Załężu są jednak tacy, którzy albo udzielają się w programach resocjalizacyjnych lub po prostu starają się o możliwość pracowania podczas odbywania kary. Blogerzy dają Wam to, czego chcecie. A Wy chcecie tekstów, filmików, testów, opinii, analiz. A my? A my chcemy opłacić mieszkania, coś zjeść. To dobry układ. :)

Miłego dnia!

Grafika: unsplash.com