21

Nudny i przeerotyzowany paździerz. 365 dni – recenzja

365 dni
O książce Blanki Lipińskiej było dużo głośniej niż bym tego chciała. O adaptacji również mówiono sporo. Szkoda, że nie było o czym dyskutować.

Nie przeczytałam powieści Blanki Lipińskiej w całości. Wiem, o czym jest fabuła, przejrzałam kilka fragmentów i stwierdziłam, że mi to wystarczy. Niestety – to nie moja literatura. Lipińska znalazła jednak ogromną rzeszę fanek i fanów. Nic dziwnego, że w końcu zdecydowano się na ekranizację. Może i wiele można o Lipińskiej powiedzieć, ale jednego nie można jej odmówić. Umie robić pieniądze i jest cwana. Szum wokół filmu rósł od dnia zapowiedzi aż do premiery. Miał być wielki przełom, kino erotyczne z prawdziwego zdarzenia, mieliśmy wariować z zachwytu. Ja się na seansie głównie wynudziłam.

W 365 dniach udał się tylko Włoch i Włochy

365 dni
365 dni
365 dni
365 dni

Całość zaczyna się doprawdy bajkowo. Widzimy głównego bohatera – Massima (Michele Morrone). Wraz z ojcem załatwiają gangsterskie interesy. Słyszymy, jak tatuś mówi mu: pewnego dnia to wszystko będzie twoje, dzięki czemu poczułam się trochę jak na Królu Lwie, nie erotyku. Zaraz po tym ojciec zostanie zabity, więc Disneyowski vibe się zgadza. W krótkiej, dziwnie zmontowanej sekwencji poznajemy bliżej samego Massima oraz jego wybrankę, Laurę (Anna Maria Sieklucka). Film nie daje nam jednak zbyt dużo czasu na poznanie bliżej bohaterów. Szybko przenosimy się do sedna akcji. Otóż Massimo porywa Laurę. Pierwszy raz zobaczył ją na plaży lata temu (w chwili śmierci ojca). Od tamtej pory nie mógł wyrzucić jej z głowy. Postanowił szukać jej po całym świecie i obwieszać własny dom jej portretami. Wreszcie mu się udaje! Spotyka ją na Sycylii, gdzie przyjechała świętować urodziny. Porywa ją i zamyka w swojej wilii, oświadczając, że daje jej 365 dni na pokochanie go. Zaznacza przy tym miłosiernie, że do niczego nie będzie jej zmuszał, aby przez kilka następnych scen wymuszać na niej prawie każdą czynność. Laura najpierw dzielnie stwierdza, że przecież nie jest przedmiotem i nie pozwoli mu się więzić, ale po niecałej dobie jej to przechodzi i daje się wkręcić w tę specyficzną grę. Od tej chwili mamy już festiwal bogatych ubrań i seksu. Cóż. Na fabułę trudno narzekać, to wina książki, a nie filmu. Wieje z niej nudą, ale widać znalazły się osoby, które się w nią wkręciły.

Głównym problem 365 dni nie jest jednak fabuła, a główna bohaterka. Niestety to wyjątkowo marny debiut Anny Marii Siekluckiej. Doceniam, że stara się być seksowna do granic możliwości, szkoda tylko, że zapomina o tym, gdy faktycznie już dochodzi do konkretów między nią a Włochem. Wtedy zamienia się w nudną, drewnianą lalkę, którą ktoś położył w scenie, aby ją przedłużyć i wynudzić. Z Michele Morrone nie ma takiego problemu. Widać, że ma dobrą świadomość swojego ciała i bardzo chce, aby to wszystko wyszło – nie zapomina się w scenach seksu. Oczywiście poza stosunkami wszystko jest przeerotyzowane do granic możliwości. Laura i Massimo muszą seksownie spać, budzić się, chodzić, jeść, brać prysznic, wchodzić po schodach, siadać na krzesłach. Momentami robi się to naprawdę komiczne. Scena, w której uwięziona Laura ogląda podboje Massima? O zgrozo! Nie wiem, czy seksapil powinno łączyć się ze złością i strachem akurat w taki sposób.

To takie disco-polo wśród filmów. Nie wszyscy będą się szampańsko bawić. Futro z misia – recenzja

Bezpłciowość, pochwała kultury gwałtu, bezczelne zrzyny z Greya – no i po co to wszystko było?  Widać, że ktoś bardzo chciał, aby ten film wyszedł, ale ktoś inny nie dał mu takich możliwości. Czy tą przeszkodą była sama Blanka Lipińska? Oby nie. Cóż, na szczęście plusy też się znalazły. Sporą część filmu kręcono we Włoszech, więc mamy okazję popatrzeć na piękne widoki. Wszyscy poza Sieklucką starają się nie zrobić z siebie pośmiewiska. Niespecjalnie mają na czym grać, ale raczej zachowują twarz. Zawiodą się za to ci, którzy liczyli na porządne porno na wielkim ekranie. Kojarzycie filmy erotyczne, które swego czasu leciały po nocach na Tele5? Właśnie takiego poziomu erotyzmu możecie się spodziewać. Nie napatrzycie się na nic poza biustami i pośladkami – no trudno! Liczne i dość nudne sceny seksu przerywane są przewidywalnymi i drewnianymi monologami. W taki sposób film jakoś tak kula się przez niecałe dwie godziny do dramatycznego zakończenia. To znaczy… dramatycznie to miało być, a wyszło jak zwykle.

Tandeta zrobiony dla pieniędzy

To nie jest żaden przełom ani hit. Gratuluję Lipińskiej dobrej okazji do zgarnięcia sporej sumy pieniędzy, bo film się z pewnością zwróci. Gratuluję wyjątkowo długiego lokowania Moliera 2 i własnej książki na dalszym planie (Ten dzień, czyli druga część 365 dni). Jestem pod wrażeniem nawet zmiany image’u głównej bohaterki, aby jeszcze bardziej przypominała pisarkę, jakby ktoś jeszcze nie zdążył zapamiętać, czyje to dzieło i kto tak naprawdę powinien być uznawany za pierwowzór Laury. Cieszę się, że produkcja znalazła przystojnego i wysokiego Włocha, do którego fanki będą mogły wzdychać. Gdyby to wszystko nie było tak nudne, aseksualne i bez wyrazu…