26

To już prawie Breaking Bad. Recenzja 5. sezonu Zadzwoń do Saula

Nigdy nie przepadałem za śmiesznym prawnikiem - cwaniaczkiem z serialu Breaking Bad. Świetnie pasował do opowieści, jednak budził negatywne uczucia. W pierwszych sezonach swojego własnego serialu dał się jednak poznać od zupełnie innej strony, co nadało temu spin-offowi ciekawego charakteru. Ale kiedy skończyłem 5. sezon Better Call Saul, nie mam wątpliwości - to godny następca świetnego Breaking Bad.

Bardzo trudno opowiedzieć o Zadzwoń do Saula (Better Call Saul) unikając spoilerów, które zepsułyby Wam przyjemność z oglądania serialu od samego początku. Saul Goodman to prawnik-cwaniaczek, który pomagał bohaterom Breaking Bad w ich szemranych, narkotykowych interesach. Chodził w odpustowych, kolorowych garniturach, jeździł obciachowym autem i zachowywał się jak największy cwaniak na świecie – zaufanie było ostatnim, czym można go obdarzyć.

Zaczynając swoją przygodę z Zadzwoń do Saula myślałem, że dostanę komedię o prawniku-śmieszku. Byłby to dość ciekawy pomysł na złagodzenie ciężkiego klimatu Breaking Bad, ale jednocześnie duże ryzyko podczas rozwijania tego niecodziennego uniwersum, gdzie ciężka atmosfera wręcz wylewała się z ekranu. Pierwsze sezony nie mają jednak zbyt wiele wspólnego z opowieścią o Walterze i Pinkmanie, choć oczywiście sprawne oko znajdzie stare miejscówki, kilku znanych bohaterów, zauważy miejscami podobne kadry lub zagrywki podczas opowiadania historii. To jednak historia o Jimmy’m McGillu, który pragnie zostać prawnikiem, porzucić szemraną przeszłość i unormować stosunki ze swoim bratem (znanym i szanowanym współwłaścicielem kancelarii prawnej). Niewiele tam gangsterki, momentami historia faktycznie zahacza o komedię, ale również często aż za bardzo skupia się wokół samego bohatera i jego rodziny. Patrząc na to z perspektywy ostatniego wyemitowanego sezonu – wszystko miało tu swoje miejsce i było cegiełkami, z których zbudowana przebiegłego Saula Goodmana.

Serial rozwija jednak skrzydła dopiero w 5. sezonie, w którym twórcy już nie udają i mówią wprost – „to serial ze świata Breaking Bad”. Saul Goodman rozpoczyna swoją współpracę z narkotykowym kartelem. Fakt, nieco przypadkowo, ale jednak zaczyna dobrze odnajdywać się w tej specyficznej roli. Bo obrona oskarżonego o zabójstwo wcale nie różni się tak bardzo od reprezentowania drobnego cwaniaczka czy kieszonkowca. Goodman ma swoje sztuczki na wykorzystanie luk prawnych, drobne oszustwa na sali sądowej czy manipulowanie ławą przysięgłych. Obnaża tym samym problemy amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, robiąc z niego często pośmiewisko. Szczególnie ciekawie wygląda to jako kontynuacja wcześniejszych sezonów, gdzie Goodman (jeszcze działając pod prawdziwym nazwiskiem) uczył się fachu, próbując przemycić swoją „cwaniacką” przeszłość na salę sądową. W piątym sezonie doskonale wie, że to działa i nie boi się używać największych armat.

Jednocześnie swoją część serialu dostają kartele narkotykowe. Obserwujemy konflikt rodu Salamanców z Gustavo Fringiem, który pod przykrywką restauracji serwujących potrawy z kurczaków prowadzi prężnie działającą organizację przestępczą. Jest i wzbudzający mieszane uczucia Mike – były policjant, który na dobre wciągnął się w szemrane interesy i odnalazł się w tym temacie wręcz wzorowo. Co też bardzo ważne – wydarzenia z Zadzwoń do Saula dzieją się przed tymi znanymi z Breaking Bad. Serial ma więc poważną rolę – odpowiednio opisać świat i codzienność przed tym jak nauczyciel chemii wymyślił sposób na produkcję jeszcze lepszej jakości narkotyków i rozkręcił swój prężnie działający biznes. W BB musieliśmy się tego domyślać, łączyć wątki i bohaterów – tu dostajemy wszystko podane na tacy, co też rzuca zdecydowanie ciekawsze światło na wydarzenia z kultowego już serialu.

Bezbłędnie wręcz dobrano aktorów, co przekłada się na bardzo przekonujące role. W oczach Nacho Vargi widać strach i wewnętrzną walkę między chęcią pozostania w kartelu, a marzeniami o ucieczce do normalności. Oziębły Mike walczy z demonami przeszłości, starając się zapewnić swojej rodzinie odpowiednie warunki finansowe. Małą gwiazdą tego sezonu jest Lalo Salamanca – z jednej strony otwarty, zabawny i uśmiechnięty, z drugiej natomiast bezwzględny i szaleńczo wręcz oddany gangsterskiemu życiu. No i sam Saul Goodman. Chyba w żadnym z dotychczasowych sezonów nie był jeszcze postacią tak tragiczną. Połową siebie jest bowiem wciąż Jimmym McGillem, facetem o ciepłym sercu, który cały czas chciałby ułożyć sobie życie z wybranką serca, kontynuować karierę prawnika balansując na granicy legalności, a jednocześnie pomagać ludziom. I wciąż tylko nieznacznie przypomina śmieszka znanego z Breaking Bad. Nie mogę się wręcz doczekać 6. sezonu, gdzie przemiana będzie miała najprawdopodobniej swój finał i jestem bardzo ciekawy, czy zdecyduje o tym jedno konkretne wydarzenie, czy po prostu w jego psychice coś pęknie. Bob Odenkirk ma w tym serialu rolę życia i trzymam kciuki, by po tym sezonie nie skończyło się jedynie na nominacjach, bo statuetki zwyczajnie mu się już należą.

Komu mogę polecić Zadzwoń do Saula? Fanom Breaking Bad. Ci będą zachwyceni mogąc uzupełnić swoją wiedzę o uniwersum, a jednocześnie świetnie odnajdą się w bardzo podobnym klimacie opowieści. Bo jeśli tamten serial w ogóle do Was nie przemówił, to jest szansa, że spodobają Wam się trzy pierwsze sezony Better Call Saul, ale już od czwartego (a na pewno w piątym) poczujecie za dużo Braking Bad żeby wytrzymać. Mi najbardziej w przygodach Goodmana podobała się przemiana bohatera i jego wejście na przestępczą ścieżkę, gdzie zaczął poznawać narkotykowe kartele. Nieco nieporadny, choć jednocześnie zaradny. Jeszcze nie tak „oślizgły” jak w Breaking Bad, ale pokazujący, że w środku żyje przebiegły cwaniak, któremu zależy tylko na pieniądzach. Realizacja, klimat, gra aktorska, pomysły – to zdecydowanie jeden z lepszych seriali, jakie ostatni widziałem. A po sezonie z numerem 5, nie mogę się doczekać finałowej szóstki, która prawdopodobnie wypadnie jeszcze lepiej niż filmowe El Camino.