Pod koniec lutego pisałem, że Netflix wykupił prawa do dystrybucji chińskiego hitu sci-fi The Wandering Earth i prawdopodobnie udostępni go na swojej platformie na całym świecie. Ten dzień wreszcie nadszedł, dlatego nie mogłem sobie odmówić obejrzenia tej produkcji, która wyznacza nowe standardy dla chińskiej kinematografii.

Historia na podstawie opowiadania Liu Cixina

Wandering Earth to opowiadanie napisane przez jednego z najbardziej znanych chińskich pisarzy science-fiction – Liu Cixina, autora wielokrotnie nagradzanej trylogii „Wspomnienie o przyszłości Ziemi”. W Polsce wydane zostało pod tytułem „Wędrująca Ziemia”, co dobrze oddaje główny wątek całej tej historii. Sam film jednak tylko luźno bazuje na samym opowiadaniu i to pomimo tego, że Liu Cixin jest jednym z producentów. Trudno mi ocenić czy to dobrze czy źle bo niestety nie miałem okazji przeczytać tej historii, dlatego skupię się na samym filmie.

Historia zaczyna się raczej tradycyjnie, od poznania głównych bohaterów. W krótkiej retrospekcji dowiadujemy się dlaczego Rząd Zjednoczonej Ziemi podjął decyzję o rozpoczęciu podróży całej planety do innego układu gwiezdnego oraz jak cały plan został zrealizowany. Właściwa akcja rozpoczyna się po 17 latach od tego momentu, kiedy to Ziemia zbliża się do Jowisza. Dzięki asyście grawitacyjnej największej planety Układu Słonecznego Ziemia ma przyśpieszyć do 0,005 prędkości światła i rozpocząć trwającą 2500 lat podróż do układu Alfa Centauri.

Niestety skok grawitacyjny gazowego olbrzyma powoduje, że Ziemia zbacza z kursu, uszkodzonych zostaje ponad 40% silników ziemskich i wszystko wskazuje na to, że nasza planeta zderzy się z Jowiszem. Wtedy do akcji wkraczają nasi bohaterowie, którzy całkiem przypadkiem zostają częścią ekipy ratunkowej odpowiedzialnej za ponowne uruchomienie ziemskich silników. Reszty fabuły nie będę wam zdradzał, miłośnikom science-fiction ten zarys powinien spokojnie wystarczyć, bo szczerze powiedziawszy nie kojarzę historii o podobnym rozmachu. Czym jest rozbijanie asteroidy w filmie Armageddon w porównaniu do wypychania całej planety z orbity :-).

Technicznie jest nieźle, ale jeszcze nie idealnie

Jeśli macie obawy, że Chińczycy nie dali rady z efektami specjalnymi, to są one bezpodstawne. Całość jest zrealizowana bardzo dobrze, z ogromnym rozmachem prezentującym obraz zniszczeń na planecie po zatrzymaniu jej ruchu obrotowego. Nie obawiano się wykorzystania animacji CGI, dlatego miejscami film ogląda się jak przerywnik w grze komputerowej, ale nie jest to szczególnie uciążliwe. Kombinezony, pojazdy i statki kosmiczne są świetnie odwzorowane, a ujęcia z kosmosu robią ogromne wrażenie.

To co mnie najbardziej raziło to nieco chaotyczne prowadzenie akcji. Pojawiają się nowi bohaterowie, czasami nie wiadomo skąd, bo jeszcze ujęcie wcześniej byliśmy w całkiem innym miejscu. W dodatku kamerzysta chyba miał problemy z utrzymaniem równowagi, obraz często się trzęsie, zapewne po to aby dodać akcji dynamizmu, ale dla mnie było to tylko irytujące. Brakuje też jednego wyraźnego bohatera, któremu można kibicować. Dobitnie widać, że Chiny stawiają na kolektyw, a nie na jednostkę, nawet w filmach.

Nie zmienia to jednak faktu, że przez 2 godziny trwania filmu ani przez moment się nie nudziłem i nie miałem ochoty go wyłączyć. Wandering Earth to powiew świeżości w świecie filmów sci-fi, a smaczku dodaje mu wiele akcentów odwołujących się do klasyki tego gatunku, na czele z odpowiednikiem HALa 9000 z Odysei Kosmicznej. To chyba także jeden z lepszych filmów, w których Netflix maczał swoje palce i z czystym sumieniem mogę go polecić.