0

Nic się nie zmieniło. VOD jak pakiety TV – płacisz krocie i masz „wszystko”

"Tam jest wszystko!" - taka krążyła legenda o Netflix jeszcze zanim oficjalnie zawitał do Polski. A wystarczyło przejrzeć ofertę, by przekonać się, że braki w ofercie są dość spore. Dziś postrzegamy ten serwis głównie przez pryzmat listy filmów i seriali dostępnych w Polsce, a to tym bardziej pokazuje, jak wiele brakuje, by legenda stała się prawdą. VOD jest telewizją XXI wieku. I to chyba pod każdym względem. 

Przekonać się o tym może każdy, kto uwielbia oglądać filmy i seriale. Wybór dla każdego filmo- i serialomaniaka stał się ogromny – większość wypożyczalni, sklepów i usług VOD była wcześniej niedostępna w Polsce. Część z nich dostrzegła potencjał polskiego rynku i wkroczyła nad Wisłę, inne powstały lokalnie w odpowiedzi na zainteresowanie globalnych gigantów, ale także i z powodu wyjątkowej oferty. Polskie filmy i seriale trafiają przede wszystkim do asortymentu naszych regionalnych VOD, co nie dziwi, ale czasem smuci – powodem są tylko kwestie techniczne, nad którymi nie będę się teraz rozwodził.

Dążę bowiem przede wszystkim do tego, że dzisiejszy rynek VOD zaczyna przypominać telewizję sprzed dobrych kilkunastu lat. Dorastałem w czasach, gdy najwyższy pakiet kablówki był czymś wyjątkowym – chyba że komuś udało się wpiąć kabel wszystkim mieszkaniom w danej klatce, wtedy każdy mógł cieszyć się z anglojęzycznego Cartoon Network i innych kanałów. Porównuję rynek VOD do oferty każdego z operatorów – im więcej zapłacimy, tym więcej treści dostaniemy. Niektóre seriale i filmy nigdy nie trafiały do ramówki zwykłych kanałów, więc by je zobaczyć, trzeba było słono zapłacić za HBO (filmy i seriale) czy Canal+ (głównie sport na żywo). Dobieranie oferty i pakietów przypomina mi dzisiejsze… żonglowanie ofertami usług VOD.

Dysponujemy oczywiście większą swobodą, bo umowę podpisujemy tylko na miesiąc, ale dopłacić trzeba. Wspomniana na początku legenda miała w sobie jednak sporo prawdy, bo Netflix faktycznie dysponował przeogromnym katalogiem – dystrybutorzy i twórcy treści woleli odsprzedać prawa do dystrybucji internetowej, aniżeli zawracać sobie głowę próbami dotarcia do klientów na własną rękę. Inwestycja w serwis i przekonanie użytkowników do płacenia wydawały się nieperspektywiczne, ponieważ w sieci królowały sieci p2p i inne sposoby dotarcia do filmów oraz seriali. Kto normalny chciałby za to płacić?

Netflix pokazał, że można zbudować serwis, który przekona miliony ludzi do płacenia, a gdy to się stało, w ślad z za nim ruszyli kolejni, którzy wcześniej trochę niepewnie próbowali dotrzymać mu kroku. Amazon czy Hulu są dzisiaj potężnymi graczami na rynku VOD i produkują własne treści, podobnie jak Netflix. To sprawia, że zachęcają do subskrypcji konkretnymi treściami niedostępnymi nigdzie indziej – przypomina Wam to coś?

A z ofert tychże serwisów znikają kolejne tytuły, ponieważ właściciele licencji zorientowali się, że zamiast dzielić się zyskiem, mogą sami zarobić na tym, do czego prawa już posiadają. Wyczekiwanie na koniec kontraktu i nagły transfer całych serii do innego serwisu już nikogo nie zaskakuje. W Polsce mamy Player.pl czy Iplę, a w innych krajach CBS All Acces, Showtime, BBC iPlayer i wiele, wiele innych. Koronnym przykładem tego, jak dużą wiarę we własne treści odzyskuje ich właściciel, jest Disney, które wycofuje z Netflix (tylko USA) swoje filmy i seriale przygotowując się do startu własnego serwisu VOD.

Wykupując dostęp do jednego VOD nie uzyskamy dostępu do „wszystkiego”, ale posiadając kilka (lub kilkanaście;) aktywnych subskrypcji z pewnością się do tego stanu znacząco przybliżymy. Możemy z nich zrezygnować po miesiącu i oglądać dane tytuły kiedy tylko chcemy i gdziekolwiek chcemy, ale podwaliny rynku stają się powoli dokładnie takie same, jak 2-3 dekady temu, gdy rządziły kablówka i satelita.