Konferencja

Tu bije serce niemieckiego Internetu – 1 dzień konferencji 1&1

KK
Karol Kopańko
25

data center w niemieckim Karlsruhe jest absolutnie zasłużone. 1&1 obsługuje bowiem połowę niemieckich skrzynek mailowych i trzecią część Internetu tworzonego przez naszych zachodnich sąsiadów. Jak to wszystko wygląda od środka? Zapraszam na relację. Pulsujący żółtym światłem reflektor daje z...

data center w niemieckim Karlsruhe jest absolutnie zasłużone. 1&1 obsługuje bowiem połowę niemieckich skrzynek mailowych i trzecią część Internetu tworzonego przez naszych zachodnich sąsiadów. Jak to wszystko wygląda od środka? Zapraszam na relację.

Pulsujący żółtym światłem reflektor daje znać, że za chwilę otworzą się drzwi do najpilniej strzeżonego miejsca w spokojnej z pozoru niemieckiej mieścinie  - Karlsruhe. Przewodnik zerka na nas podejrzliwym wzrokiem znad grubych szkieł osadzonych w drucianych oprawkach. – Szybko, szybko – rzuca angielszczyzną naznaczoną niemieckim akcentem. Mamy tylko 30 sekund na przejście do kolejnego pomieszczenia – inaczej włączy się automatyczny alarm.

Udało się. Jesteśmy w komplecie i zerkamy wszyscy na tajemniczą śluzę powietrzną wbudowaną w stojącą na naszej drodze ścianę. Dopiero, gdy przejdziemy jej sprawdzian oprowadzający nas mężczyzna o bawarskiej proweniencji poczuje się bezpieczniej. Tłumaczył mi wcześniej:

Kiedy inne firmy chcą chronić swoje dane, to stosują czytniki linii papilarnych, albo weryfikację siatkówki oka. Ale co jeśli jesteś CEO 1&1 z dostępem do każdego pomieszczenia i systemu wewnątrz budynku, a ktoś jest bardzo zdeterminowany pomieszać ci szyki. Kiedy przysuwasz dłoń albo oko do czytnika, to program przecież nie sprawdza on czy do twoich pleców nie jest przyłożony rewolwer.

Projektanci systemów bezpieczeństwa dla 1&1 postanowili wymyślić coś lepszego, a przynajmniej budzącego nasze szczere zainteresowanie i obawę o to czy przejdziemy proces potwierdzania tożsamości. Jeszcze przed wyjazdem każdy z nas musiał podać organizatorom swoją wagę. Dopiero na miejscu okazało się do czego jest ona potrzebna.

Otrzymałem kartę wraz ze swoim unikalnym numerem identyfikacyjnym. Przewodnik wyjaśnił nam, że ich nowoczesny system polega na weryfikacji wagi. Oto co po kolei musiałem zrobić. Najpierw przykładam kartę do czytnika. System rejestruje moją prośbę o wejście. Wstukuję w szybkim tempie 8-cyfrowy kod. Za pierwszym razem nie udaje mi się tego zrobić odpowiednio prędko. Pomaga mi przewodnik. Za drugim razem wreszcie pojawia się zielone światełko i śluza powietrzna odsuwa się w lewo, odsłaniając niewielką okrągłą przestrzeń – w sam raz dla jednej osoby.

- Musisz tam wejść i poczekać, aż cię zważy – rzuca pracownik data center. Nie trzeba mi tego dwa razy powtarzać. Zdecydowanym krokiem ruszam na spotkanie nieznanego. Staję na środku przeznaczonej gościom, okrągłej przestrzeni. Śluza zamyka się. Tętno przyspiesza mi do ego stopnia, że słyszę bicie własnego serca. Czekam zamknięty wewnątrz szczelnej kopuły, aż system mnie zważy i porówna to z podaną wcześniej wielkością.

A co jeśli zjadłem zbyt obfity obiad?

Wolałbym się o tym nie przekonywać, choć czuję, że podchodzi mi on do gardła w miarę jak nie widząc drogi ucieczki staram się opanować klaustrofobiczne lęki. W porę śluza otwiera się z drugiej strony, gdzie czeka już na mnie pozostała cześć wyprawy. Jestem uratowany, choć koledzy dziwią się nieco na widok mojej białej jak papirus twarzy.

Przewodnik miał rację, nikt nie mógłby przejść przez śluzę, trzymając jednocześnie swojego zakładnika na muszce. To fizycznie niemożliwe. Choć dałbym słowo, że nawet jeśli nikt nie przykładał mi wtedy giwery do placów, to czułem jakby jakaś ręka chwytała mnie za ramią. Koścista i obciągnięta zwisającą, zmurszałą skórą. Przyzwyczajona do trzymania kosy…

Karol Kopańko, Karlsruhe, Dżermany

Taki mniej, więcej materiał mógłbym przygotować jeśli na modłę Maxa co to Mówi jak jest, chciałbym zrelacjonować swoją wizytę w głównej serwerowni 1&1. Wystarczyłoby jeszcze popracować nad odpowiednim akcentem, umiejętnie zastosować pauzy i konsekwentnie budować napięcie.

Byłby to jednak materiał tendencyjny, mocno naciągany i nastawiony na zszokowanie czytelników. Czyli idealnie wpisujący się w mentalność page view jurnalism. Prawda jest jednak taka, że o ile system bezpieczeństwa 1&1 może budzić zainteresowanie, to jest on w mojej opinii raczej mało skuteczny.

Owszem, to prawda, że nie da się go oszukać, staroświeckim sposobem na pistolet i wysoko postawionego zakładnika, ale kto w dzisiejszych czasach w taki sposób włamuje się do baz danych i serwerowni?

Na zdrowy rozum, wystarczy przecież zabrać komuś kartę identyfikacyjną i na oko ocenić ile ten ktoś może ważyć. Potem wystarczy podejść  do czytnika i odpowiednio dociążyć się np. plecakiem. System będzie na to ślepy i bezproblemowo wpuści nas do środka.

Jeszcze bardziej zdziwiło mnie, kiedy zauważyłem, że na prawo od śluzy znajdują się zwykłe drzwi prowadzące do równoległego przejścia, w którym mogliśmy zostawić plecaki. Kiedy przeszliśmy weryfikację wagi przewodnik po prostu otworzył pomieszczenie z drugiej strony i mogliśmy wziąć z powrotem nasze tobołki.

- Nie boicie się, że mamy tam jakieś materiały wybuchowe? – zapytałem. – Ufamy wam – usłyszałem w odpowiedzi.

Jaki w takim razie jest sens stosowania wagi? Niby jest to jakieś zabezpieczenie, ale przecież podobny system stosują duże hipermarkety w kasach samoobsługowych. Tam też waga przedmiotów przed skasowaniem porównywana jest w tą która ląduje w naszym koszyku.

Nie chce się oczywiście nadmiernie czepiać, ale wydaje mi się, że można by ten system przemyśleć i wykonać o wiele lepiej. I w ogóle po co ktoś miałby się ważyć jeśli używając identyfikatora bez problemu przeszedłby korytarzem obok? Jak dowiedziałem się potem śluza powietrzna jest także wyposażona w kamerę skanującą twarz wchodzącego człowieka, jednak w czasie kiedy my tamtędy przechodziliśmy system ten był wyłączony.

Przyjrzyjmy się jeszcze temu co czeka nas za tajemniczą śluzą. Co mnie szczerze zadziwiło, to dość wysoka temperatura jaka panuje w serwerowniach – 25 st. C. Zapytałem o to przewodnika:

Kiedyś serwery rzeczywiście wymagały do poprawnego działania znacznie niższych temperatur. Teraz jednak technika poszła to przodu i zdecydowanie nie przeszkadzają im wyższe temperatury, a my możemy oszczędzić na klimatyzacji.

Godne podziwu są za to baterie zasilające całą elektronikę na wypadek awarii elektrowni. Jest ich 202, a jak magazyn energii wykorzystują żel ołowiowy, czyli środek działający o wiele bardziej lepiej niż ten w bateriach litowo-polimerowych; dzięki jego zastosowaniu akumulatory można zdecydowanie rzadziej poddawać konserwacji.

W ekstremalnych sytuacjach pokrywają one zapotrzebowanie na energię całego biura na 17 minut. W całej historii firmy zostały o użyte 5 razy.

Kiedyś prądu zabrakło w całym Karlsruhe, wtedy nasze biuro było jedynym jasnym obiektem w całym mieście.

To oczywiście nie koniec relacji z konferencji 1&1 – już niedługo będziecie mogli przeczytać o tym co robiłem drugiego dnia w Karlsruhe, czyli m.in. o odwiedzinach bunkru wojennego zamienionego w serwerownię.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: