19

Przykład Kuby pokazuje, jak szybko działają amerykańskie firmy – logo Google już wisi w Hawanie

Gdyby nie zamachy w Belgii, tematem przewodnim w mediach byłaby pewnie wizyta prezydenta USA na Kubie. Barack Obama odwiedził kraj, który leży niedaleko Florydy, a który przez dekady miał bardzo napięte stosunki z najpotężniejszym państwem świata. Na razie nie ma sensu mówić o upadku kubańskiego reżimu i dostosowywaniu się społeczeństwa do realiów "wolnego świata" - jest na to zbyt wcześnie. Jednocześnie jednak widać, że Amerykanie nie próżnują, a ich firmy działają już na wyspie. Biznes technologiczny dobrym przykładem.

Ciekawe rzeczy dzieją się ostatnio w polityce międzynarodowej – Iran postanowił pójść na ustępstwa, zaniechać prac nad programem jądrowym i dzięki temu wrócił do globalnego gospodarczego krwiobiegu. To samo dzieje się z Kubą, która doczekała się nawet wspomnianej wizyty. W obu przypadkach głośno mówi się o tym, że otwarcie tych rynków to spora szansa dla firm. Oba kraje mają coś na sprzedaż, oba są doskonałym celem eksportu, ponieważ potrzebują bardzo wielu produktów z różnych gałęzi rynku. Polskie delegacje ruszyły do Iranu, kilka dni temu słuchałem rozmowy z polskimi dyplomatami, którzy zachęcali naszych przedsiebiorców do zainteresowania się Kubą. Póki jest okazja.

No właśnie: póki jest okazja. Pamiętacie radość niektórych polityków, gdy polskie wojska wchodziły do Iraku? Kontrakty miały się posypać niczym manna z nieba, Polacy mieli zarabiać petrodolary. Ile z tego wyszło? Z pewnością nie tyle, ile obiecywano i prognozowano. Podobne głosy pojawiają się czasem w kontekście podboju rynku chińskiego, zauważa się, że Polska nie do końca wykorzystała tę szansę. Jednocześnie jednak wskazuje się na inne kraje azjatyckie czy afrykańskie, w których nadal można sporo ugrać. To bardzo ludne rynki, nierzadko niezwykle chłonne. Ale trzeba się spieszyć, bo nikt tam nie będzie czekał na polski biznes.

O tym, jak szybko następuje ekspansja np. amerykańskich firm, można się przekonać przy okazji wizyty Obamy na Kubie. Amerykański prezydent nie zdążył wylądować w Hawanie, a media już donosiły o pierwszych przykładach współpracy. W tym kontekście sporo mówi się o Google. W czymś na kształt muzeum i galerii w Hawanie internetowy gigant ma udostępnić chromebooki, smartfony i gogle VR, ludzie będą mieli okazję skorzystać z Internetu, zapoznać się z niektórymi produktami. Krok niewielki, ale ma być wstępem do czegoś większego.

Obama sporo uwagi w swoich wypowiedziach poświęcał rozwojowi Internetu na Kubie, przekonywał, że to okno na świat, szansa na szybsze wprowadzanie demokracji. Sęk w tym, że dzisiaj dostęp do Sieci ma na Kubie 5% gospodarstw domowych, styczność (bardzo nieregularna) z Internetem dotyczy ponoć 30% społeczeństwa. To medium jest nie tylko cenzurowane i trudno dostępne, ale też drogie. Przeciętny Kubańczyk może zapomnieć o takich luksusach. Ale to ma się szybko zmieniać, a pomoże właśnie Google. Na razie deklaracje brzmią dość tajemniczo, lecz w plotkach wspomina się, że internetowy gigant mógłby rozwijać na wyspie projekt Fiber, a zatem bardzo szybki Internet. Głośno jest o nim już od kilku lat, kiedyś na AW temat podejmował Konrad.

Niezwykle szybka Sieć na Kubie byłaby czymś, czego zazdrościłaby nawet spora część Amerykanów, ale też stałaby się oknem. Kubańczycy rzeczywiście spoglądaliby przez nie na świat, lecz to działałoby też w drugą stronę – firmy z cyfrowego świata wkroczyły szybko na Kubę. Przy okazji wizyty już wymieniano Cisco, Netfliksa czy Airbnb w gronie firm, które są bardzo zainteresowane współpracą. Nim w Polsce ktoś zorientuje się, że warto ruszyć na Kubę, by zarobić, wyspa zostanie zdominowana przez amerykański biznes. Logo Google pojawiło się w Hawanie i pozostaje nam jedynie podziwiać skuteczność korporacji.

Jasne, USA ma najbliżej, jednocześnie to ich firmy odgrywają największą rolę w tym biznesie. To także Stany zdecydowały o normalizacji stosunków, więc teraz mogą czerpać z tego korzyści. Trzeba też pamiętać, że kubański rynek nie jest olbrzymi (kilkanaście milionów obywateli) i to nie ten sam kaliber strat, co np. brak mocnego zakorzenienia w Azji. Niemniej, trzeba brać przykład, działać szybko i zdecydowanie.