Technologie

Kompromitacji Boeinga ciąg dalszy, kolejne problemy z kapsułą Starliner

KK
Krzysztof Kurdyła
4

Historia kapsuły Starliner pokazuje jak duże problemy trapią stare firmy przemysłu kosmicznego. Załogowy lot tego statku przewidziany na 2022 r. staje pod znakiem zapytania. Boeing, tak jak i wiele innych firm ciężko pracuje, ale na sukces SpaceX.

Amerykański przemysł kosmiczny rozwija się bardzo dynamicznie, co chwilę słyszymy o nowych projektach rakiet i kolejnych kosmicznych firmach. Jeśli jednak przyjrzeć się temu bliżej, to w kluczowych działach, obejmujących cięższe systemy wynoszenia i statki załogowe wszyscy „pracują” na... monopol SpaceX. Boeing, którego Starliner po latach problemów miał udowodnić, że do czegoś się nadaje, właśnie musiał „zjechać do boksu” z powodu kolejnej awarii.

Nierówny wyścig

Stworzenie statku kosmicznego nie jest sprawą prostą, dlatego NASA ponad dekadę temu w obliczu zamknięcia programu wahadłowców, zdecydowała się na pociągnięcie równolegle dwu projektów. Granty otrzymały na ten cel cztery firmy, z których po paru latach wyłoniono dwu zwycięzców.

Pierwszym był doświadczony i od lat współpracujący z agencją Boeing, drugim z roku na rok rozwijający się coraz szybciej SpaceX. Obie firmy miały swoje problemy, ale tylko firma Muska potrafiła je szybko rozwiązać. W efekcie Crew Dragon już lata i zbiera od astronautów rewelacyjne opinie, za to Boeing stanął na krawędzi katastrofy.

Festiwal błędów Boeinga

O ile problemy wczesnych faz projektowania były zrozumiałe, na wykrywaniu niedoróbek polega szlifowanie prototypów, to już to, co zaczęło się dziać w fazie „odbioru” statku przez NASA, przypomina podobne dramaty z SLS czy Orionem. Klęską zakończyła się misja OFT-1, w czasie której statek nie tylko nie zdołał zadokować do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, ale groziło mu całkowite zniszczenie.

Późniejsze badania wykazały, że współpraca NASA z Boeingem odbywała się w warunkach tak dużego zaufania, że w wielu miejscach po prostu akceptowano rzeczy bez dokładnej ich weryfikacji. Terminów też nikt specjalnie nie pilnował, a gdy okazało się, że projekt SpaceX jest na finiszu, drastyczne przyśpieszenie prac ilość błędów jeszcze zwiększyło.

Proces „naprawy” Starlinera również się wydłużał, w międzyczasie doszło między innymi do... spalenia elektroniki kapsuły skutkującej koniecznością wymiany całej awioniki. NASA i Boeing robiły oczywiście dobrą minę do złej gry, mówiąc co jakiś czas jak dobrze układa się współpraca pomiędzy ich zespołami.

Problemyjednak narastały, nie tylko ze względu na sam statek, ale także kalendarz. Tłok na ISS powodował, że cieżko było znaleźć moment, na przeprowadzenie próby dokowania. Koniec końców udało się ustalić datę misji OFT-2 na przełom lipca i sierpnia 2021, dający nadzieję, że w 2022 r. będzie można przeprowadzić misję załogową.

Boeing znów nie poleci

Ostatnie tygodnie mogły napawać ostrożnym optymizmem, NASA zakończyło pozytywnie odbiór statku i zezwoliło na start. Montaż na rakiecie ULA Atlas V nie nastręczał problemów, ale... skończyło się jak zawsze. Pierwsze przesunięcie startu nastąpiło bez winy Boeinga, tylko przez Rosjan i problemy z dokowaniem do ISS modułu Nauka, ale potem do akcji wkroczył Starliner.

3 sierpnia, w dniu przewidywanego startu, przygotowania do startu zostały nagle przerwane, a firma ogłosiła, że start został przełożony na kolejny dzień. Powodem były niewłaściwe wskazania położenia zaworów w układzie napędowym Starlinera.

Parę godzin później start został odwołany bez podania kolejnego terminu. Inżynierowie po sprawdzeniu podstawowych systemów zgłosili, że nie wiedzą co spowodowało błąd. Rakieta i statek zostaną więc odesłane do punktu integracji pionowej na drobiazgowe badania.

Jeśli problem nie zostanie szybko rozwiązany, kolejne próby mogą zostać przełożone nawet o kilka miesięcy, a to postawi pod znakiem zapytania możliwość załogowego lotu w 2022 r. Napisałbym, że będzie to oznaczało, że projekt zupełnie straci sens, ale tak naprawdę już dziś nadaje się tylko do zamknięcia.

Wszyscy robią na SpaceX

Tymczasem SpaceX przygotowuje się do orbitalnej próby Starshipa i Super Heavy w takim tempie, że urzędnicy stanowi nie nadążają z papierologią. Firma zbiera też z rynku kolejne zlecenia, które miały należeć do trapionych problemami projektów. Ostatnio „przejęta” została od SLS misja sondy Europa Express, która poleci ostatecznie Falconem Heavy.

Kiepski okres, pomimo lotu Bezosa, ma też Blue Origin.Jego silnik BE-4 są w nieznanym stadium, przez co problemy ma nie tylko autorski projekt New Glenn, ale przede wszystkim nowa rakieta ULA Vulcan (następca Atlasa V). GOA odrzuciło też protesty Blue Origin oraz Dynetics i ostatecznie przekazało wszystkie środki na lądownik księżycowy bazujący na Starshipie.

Jeśli pod koniec roku coś niedobrego wydarzy się w czasie próby generalnej SLS, to najbliższe lata NASA będzie coraz bardziej od firmy Muska zależna. Tym bardziej, że i pozostałem prywatne projekty większego kalibru są w powijakach. A jeśli opinia publiczna zmusi polityków i NASA do uważniejszego oglądania każdego dolara, to i ULA ze starym Atlasem będą mieć coraz większe problemy.

Źródła: [1], [2], [3], [4]

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: