święta
38

Jeszcze Polska nie zginęła, a tu już święta, święta i po świętach

Jest listopadowy wieczór. Wyszliśmy ze sklepu, żegnani reklamą wyprzedaży zniczy. Wchodzimy do naszej bramy, nad którą wisi biało-czerwona flaga. Nikt jeszcze nie myśli o mrozach. Kładziemy się spać, budzimy się następnego dnia. Wychodzimy z domu, włączamy radio w aucie, mijając centra handlowe. Wtem… JEBUT ŁUBUDU PIERDUT WESOŁYCH ŚWIĄT I SZCZĘŚLIWEGO RUDOLFA ŻYCZY PEPSI COLA WYPRZEDAŻ DWOJE W CENIE JEDNEGO RATUJMY KARPIE NAJWIĘKSZA CHOINKA ŚWIATA. I już wiemy, że się zaczęło…

Zjawisko, o którym mówię, nazywa się Christmas creep. Na polskiej Wikipedii nie ma odpowiednika tego hasła, więc nie mogę przytoczyć przyjętej, polskiej nazwy. Załóżmy, że będzie to Świąteczny Pie*dolec. Szybkie przejście po artykule pozwala nam zrozumieć, że jest to zjawisko merchandisingowe, które pozwala firmom wciskać ludziom świąteczny badziew jeszcze przed sezonem. W przypadku USA jest to dzień po Święcie Dziękczynienia (w tym roku 28 listopada), w przypadku Polski niedługo po Święcie Niepodległości lub Wszystkich Świętych.  Całe przedsięwzięcie zaczyna się jeszcze przed Black Friday, sprawiając tym samym, że końcówka roku robi się dla naszych portfeli nie do zniesienia. Oczywiście Świąteczny Pie*dolec nie dotyka wyłącznie handlu detalicznego. Już niedługo w każdym większym mieście pojawi się świąteczna iluminacja, w telewizji pojawi się ciężarówka Coca-Coli, a centra handlowe zamienią się w świecące dżungle iglaste. Do końca listopada wszystko zostanie zalane przez święta, by magicznie zniknąć tuż po Nowym Roku.

Czy jesteśmy jeszcze bezpieczni?

Statystyki nie kłamią. I są niezbyt obiecujące. Mówiąc w skrócie – wszyscy antyfani świąt – macie przechlapane. Najłatwiej spojrzeć na googlowskie trendy, które od teraz drżą niebezpiecznie, kierując się ku górze. Jeszcze tydzień czy dwa i  nie będzie odwrotu.




Nie trzeba być analitykiem od spraw social-mediów, aby wiedzieć, że robi się naprawdę niebezpiecznie. Zaraza nadciąga, by wbić się w nasze domy z siłą tsunami, dając nam bardzo nikłą szansę na wzięcie oddechu i założenie noska do pływania. Pojawiają się też oczywiście kuszące nas do tego typu wyszukiwań reklamy. Inspiracja do napisania tego tekstu był banner reklamowy, który zaserwowało mi dziś Spotify. Przesłuchanie świątecznej playlisty czwartego listopada było jednak ponad moje siły. Odpuściłam, patrząc na zielonkawo-żółtawo-szary krajobraz za oknem. Póki nie zrobi się prawdziwa, polska zima (czyli będzie tylko szaro), nie mam zamiaru poddać się tymże namowom!

Czy Święta muszą być komercyjne?

Oczywiście, że tak. Jeśli ktoś myśli inaczej, to serdecznie gratuluję mu optymizmu. Święta na dobre zagościły w świecie sprzedaży i marketingu i nigdzie się stamtąd nie ruszą. Cola nie po to wydawała tyle pieniędzy, by kojarzyć się z tym okresem, by wszystko nagle miało zamienić się w czas miłości i dobroci. Swoją drogą, to zawsze wydawał mi się jeden z ciekawszych zabiegów marketingowych. Bo co jakikolwiek gazowany napój ma wspólnego z Bożym Narodzeniem? Nie kojarzę żadnej tradycji ze świata, która dałaby temu logiczne uzasadnienie. No, może poza Zorganizowanym Podziemiem Przeciwników Suszu, którego jestem oddaną członkinią od lat. Jesteśmy szczerze wdzięczni tym ciężarówkom, które pozwalają nam wypić cokolwiek, co nas nie zemdli. A nawet sprawi, że nam się po kilogramach pierogów, karpi i innych kutii odbije sążnie, na znak, że się już przyjęło. Tak jak przyjęła się już tradycja Świątecznego Pie*dolca. Statystyki jednak nie kłamią. Wszyscy jesteśmy przesiąknięci komercją i kapitalizmem (niech żyje zbrodniczy reżim!) od dłuższego czasu. Reklamy świąteczne są robione tak, by się podobać. Mają wzbudzać ciepłe odczucia, dobrze się kojarzyć, a nie doprowadzać do szału. Spece od marketingu się przykładają, a my łykamy to jak pelikany.

Jeśli kochacie Święta, chwała wam. Nadchodzi piękne półtora miesiąca dla waszych dusz. Całej reszcie życzę powodzenia. Trzymajcie się. I Wesołych Świąt (ha, pierwsza!).

 

Wykres: Telegraph