4

Dragon Ball Z: Kakarot to doskonała gra dla fanów serii. I prawdopodobnie nikogo więcej

Mam ogromną (OGROMNĄ) słabość do gier na podstawie serii Shonen Jumpa. Nie muszę być wielkim fanem marek, by doskonale się przy nich bawić. Nigdy nie spodziewam się żadnych wybitnych tytułów (no chyba że mowa o takich tworzonych przez Arc System Works — jak Dragon Ball: FighterZ), ale też rzadko kiedy jestem zawiedziony. Nawet dość słabe, nie oszukujmy się, tytuły — jak Xenoverse — potrafią przyciągnąć mnie do konsoli na wiele godzin, a po ukończeniu głównego wątku wciąż nie mam dość. Dragon Ball Z: Kakarot  na papierze brzmiał jak najlepsza gra ze świata Akiry Toriyamy. Ekipa z CyberConnect2 to doświadczeni twórcy, którzy wiedzą jak podejść do tematu. A mimo wszystko jest to dla mnie najgorsza gra oparta na Dragon Ballu w jaką grałem na tej generacji konsol. Skąd to rozczarowanie?

Dragon Ball Z na całego. I dla mnie nie jest to komplement

To moment w którym prawdopodobnie narażę się fanom marki, ale DBZ jest najmniej przeze mnie lubianą serii. Nieskończenie długie pojedynki i przeciąganie akcji przy jednoczesnym porzuceniu przygodowego charakteru towarzyszącemu pierwszemu Dragon Ballowi nigdy mi specjalnie nie leżało. I choć po pierwszych kilku godzinach z Dragon Ball Z: Kakarot myślałem że to najlepszy DBZ jaki powstał: skondensowany, szybki i przyjemny — szybko okazało się że już od sagi z Friezą i tutaj nie zabrakło charakterystycznych dłużyzn i niekończących się pojedynków. Kolejna faza, kolejna walka, kolejne efektowne zakończenia i… tak, to jeszcze nie koniec. I tak już do samego końca gry.

DRAGON BALL Z: KAKAROT_20200115174657

Jest otwarty świat, są walki, a zadań pobocznych tam pod dostatkiem

Dragon Ball Z: Kakarot reklamowany był jako RPG akcji w świecie DB. I faktycznie — twórcy wywiązali się ze swoich obietnic. Świat który oddali w nasze ręce jest duży, znajdziemy tam masę lokacji znanych wszystkim miłośnikom DBZ. Ale trzeba też wziąć pod uwagę sporo ograniczeń i… niekończących się ekranów ładowania. Bo każdorazowo przekraczając granicę lokacji będziemy je oglądać — a one trwają i trwają i trwają… w ogrywanej przeze mnie wersji z HDD PlayStation 4 — po kilkadziesiąt sekund za każdym razem. A przy sekwencjach gdy często je zmieniamy — temat staje się dość nieznośny i irytujący.

Walki to dla większości sięgających po Dragon Ball Z: Kakarot będzie kluczowy moment zabawy. No bo jakkolwiek nie chcielibyśmy zachwalać otwartości światów, to właśnie wokół nich kręci się cała ta zabawa. I jak to w przygodach Goku i spółki: jest szybko, jest dynamicznie. Wszystko odbywa się w trzech wymiarach, więc nie zabrakło też miejsca na szczyptę chaosu, która potrafi się wkraść do naszych pojedynków. Dzięki stałemu rozwojowi bohaterów, nauce nowych technik i ich ulepszaniu — nie ma miejsca na nudę. Tym bardziej, że w trybie fabularnym kierujemy całą gromadką i toczymy walki nie tylko Son Goku, ale także Vegetą, Gotenksem, Piccolo i Gohanem. Tego ostatniego jest w produkcji zdecydowanie najwięcej — i jako że nigdy za nim nie przepadałem, absolutnie NIE jest to dobra wiadomość. Tym bardziej że pod względem zestawu ciosów wydaje mi się najmniej atrakcyjną postacią.

DRAGON BALL Z: KAKAROT_20200116163605

Poza walkami, podczas zwiedzania świata jest też miejsce dla zadań pobocznych (jeszcze więcej walk, a także zbieranie składników i inne drobiazgi) dzięki którym mamy szansę poznać nowych bohaterów i zgarnąć cały pakiet nowych przedmiotów. Na co nam one?

Gotowanie, ulepszanie samochodów i rozwój bohaterów — na nudę narzekać w DBZ: Kakarot trudno!

Twórcy Dragon Ball Z: Kakarot poza spektakularnymi walkami przygotowali dla nas też trochę atrakcji i mini-gierek, abyśmy się nie nudzili. Zbieranie składników do gotowania (zakupy, zgarnianie ich bezpośrednio z drzew czy łowiectwo zwierzyny) to czasochłonne zajęcie, ale każdy kto zechce by Chi Chi wyczarowała mu przepyszne posiłki polepszające statystyki zrozumie, że warto. Mini-gierka z wyścigami kompletnie do mnie nie przemówiła, ale wszyscy fani arcade’owej jazdy mogą od wejścia rozpocząć poszukiwanie części, z których Bulma wyczaruje jeszcze lepsze pojazdy.

Ale i bez tego warto szukać niebieskich znaczników na mapie — to one symbolizują zadania poboczne, które pozwolą nam zgarnąć dodatkowe przedmioty, doświadczenie oraz specjalne emblematy. Te posłużą do wzmocnienia tablic społeczności. O co tak właściwie z nimi chodzi? Tablice społeczności to miejsca, w których mamy szansę na podniesienie statystyk, działania przedmiotów czy szybszy rozwój postaci. Wypełniamy je starannie zdobywanymi emblematami bohaterów, które też dodatkowo warto ze sobą łączyć w odpowiednie kombinacje bohaterów — takowe zapewnią jeszcze lepsze statystyki.

Brzmi jak bajka, ale do ideału jej daleko

Na pierwszy rzut oka — wszystko w Dragon Ball Z: Kakarot zapowiada się wyśmienicie. W praktyce jednak wierne oddawanie serii DBZ okazało się dla mnie niezwykle męczące: kilka faz bossów, kilka walk z tymi samymi przeciwnikami, do tego regularna rotacja bohaterów i zdecydowanie za dużo Gohana dawało się we znaki. Ale najwyraźniej nie tylko dla mnie było to irytujące, bo wśród grających mówi się, że zamiast Kakarot — w tytule powinien znaleźć się Great Saiyaman na jego cześć.

Kolejnym z problemów są ekrany ładowania, które trwają zdecydowanie zbyt długo — i w czasie publikacji tego wpisu, owszem, gra doczekała się już łatki która ma je skrócić, ale skłoniła mnie ona przede wszystkim do zastanowienia się jak źle musiało być wcześniej, skoro teraz jest tak tragicznie?

Chaos na ekranie również nie jest przeze mnie mile widziany — i faktycznie zdarzyło się kilka takich pojedynków, w których nie do końca wiedziałem co się dzieje. Kamera wariowała, nie widziałem ani siebie, ani przeciwnika (tudzież: przeciwników).

Na minus też zdecydowanie kwestia balansu. CyberConnect2 niezbyt poważnie podeszli do kwestii „wyrównywania poziomów” — bo o ile nieobecni przez jakiś czas bohaterowie mają statystyki zbliżone do przeciwników z którymi przyjdzie im walczyć, o tyle na takie same fory nie może liczyć postać którą graliśmy przez dłuższą chwilę. A w myśl zasady: dam sobie radę bez dodatkowego grindu i zadań pobocznych, dochodziło do kuriozalnych sytuacji kiedy to byłem kilka dobrych poziomów niżej, niż mój rywal. Na szczęście wszystkie te nierówności udało się łatać pakietem przedmiotów, którymi faszerowałem wojownika nim rozpocząłem potyczkę.

Fani DBZ będą zachwyceni, ale innym też ma szansę się spodobać

Jeżeli jesteście fanami Dragon Ball Z — to prawdopodobnie w Kakarot przepadniecie od pierwszej chwili. Nie ukrywam że zwiedzanie lokacji znanych z mangi i anime dawało od groma frajdy, podobnie jak zbieractwo i odkrywanie smaczków pozostawionych nam przez twórców. Aby jednak nie było tak słodko: zbyt wierne oddanie tamtejszej historii z kolejną fazą tego samego bossajeszcze jedną potyczką z Buu może znużyć — czego jestem doskonałym przykładem. Sam system walki jest dość charakterny, choć nie spodziewajcie się tu ideału jak w przypadku FighterZ — to zupełnie inna liga! Szczerze? Znacznie lepiej bawiłem się przy drugim Xenoversie, który czerpał z fabuły DBZ, ale nie tak dosłownie — i przez to był dużo bardziej znośny. I to przy dość podobnym systemie walki.

Ocena: 6/10