11

Czasami boję się instalować aktualizacje. A wiem, że instalować powinienem

Aktualizacja oprogramowania - dla jednych zmora, dla innych wręcz zbawienie. Obóz przychylny uaktualnieniom zgodnie twierdzi, że te są potrzebne: naprawiają błędy bezpieczeństwa, dodają nowe funkcje. Czasami głoszą całkiem słusznie, że aktualizacje należy szanować, bo nie każdy ma do nich dobry dostęp (Android, he he). Ale co jeśli po aktualizacji coś nie działa tak jak trzeba?

Czymś, o czym często się wspomina przy okazji aktualizacji jest tzw. „adopcja” – utarło się, że tym określeniem nazywamy odsetek uprawnionych do uaktualnienia użytkowników, którzy wykonali tę operację i pracują na nowszej wersji oprogramowania. Wśród użytkowników sprzętów Apple ona zawsze należy do jednej z najwyższych: osoby znajdująca się w „sadowniczym” środowisku z reguły wierzą uaktualnieniom i je instalują. Co więcej, w przypadku niektórych sprzętów… aktualizacje przeprowadzają się same: wieczorem paczka z usprawnieniami się pobiera, operacja planowana jest na godzinę nocną, a o poranku telefon powiadamia nas o tym, że właśnie pracujemy na najnowszym iOS. Ot, cała filozofia.

aktualizacja

Ale i Apple nie ustrzegło się wpadek przy okazji aktualizacji

Do pewnego momentu Apple stawiano za wzór jeżeli chodzi o jakość dostarczanych uaktualnień. Doskonale pamiętam okres dwuletniego romansu z iOS – każda aktualizacja działała u mnie świetnie, dodawała wyczekiwane funkcje i była po prostu „ok”. Po tym sporo się zmieniło – użytkownicy narzekali na słabo działające Safari, obecnie na tapecie znajdują się problemy z łącznością komórkową oraz tą realizowaną przez WiFi. W przypadku osób ze Stanów Zjednoczonych, korzystanie z usług niektórych tamtejszych telekomów było wręcz równoznaczne z niemożnością uzyskania satysfakcjonującego zasięgu. I tak, wszystkiemu winne było oprogramowanie.

W rozmontowaniu apple’owskiego mitu o doskonałych aktualizacjach z pewnością pomogły incydenty, wedle których osoby dokonujące napraw w nieautoryzowanych serwisach ostatecznie musiały godzić się z tym, że ich telefony stawały się przydrogimi przyciskami do papieru. Afera związana ze spowalnianiem telefonów, w których „bateria się kończy” też była związana z mechanizmem zaszytym w jednej z aktualizacji: Apple zwyczajnie uznało, że może w ten sposób przykryć problem z reguły mało pojemnych w opozycji do całego rynku akumulatorów, które dodatkowo też się zużywają. Zamiast irytować użytkowników czasami pracy telefonu na poziomie kilku godzin, zdecydowano się w zauważalny nierzadko sposób spowolnić sprzęt.

Czytaj więcej: Windows wkrótce powie Ci dokładniej co mu dolega

Użytkownicy wtedy bardzo mocno wyrazili swoje niezadowolenie. Na Apple sypały się gromy – ze strony posiadaczy iUrządzeń jak również środowiska mediów technologicznych. Na dobrą sprawę taki mechanizm głupi nie był: tyle, że konsument powinien mieć wybór. Chcesz szybszy telefon, ale jednocześnie pracujący krócej? A może odwrotnie – powolniejszy, ale działający dłużej? Masz od tego przełącznik, wybierz sobie. Teraz to tak działa, ale takowej możliwości nie było w momencie, gdy „afera” dotycząca spowalnianych baterii w iPhone’ach wypłynęła na wierzch. Wtedy także Apple jawnie oskarżano o praktyki mające na celu wymuszenie na użytkownikach… kupna nowszych modeli. I w sumie tak też mogło być.

Jednak mistrzem w psuciu aktualizacji jest Microsoft

Drodzy Sadownicy – to jedynie przypadek, że Apple znalazło się jako pierwsze w tym tekście. Tak po prawdzie – z tymi uaktualnieniami wcale nie jest bardzo źle, nawet najlepszym (a Apple z pewnością do nich należy) się zdarza. Jedno co martwi mnie i jeszcze paru innych blogerów, dziennikarzy technologicznych to fakt, że… Apple w sumie ma nieco łatwiejsze zadanie w trakcie tworzenia uaktualnień. Wiadomo które konfiguracje dostaną wyższą wersję OS-u i pod nie idealnie kroi się oprogramowanie. To dla deweloperów ogromne ułatwienie, uwierzcie.

I tak oto płynnie przechodzimy do Microsoftu, który w Windows 10 przekroczył pewne poziomy żenady jak chodzi o psucie aktualizacji. Tyle, że skoro już z intencją pełnej przyzwoitości wspomnieliśmy o tym dlaczego Apple łatwiej jest update’y tworzyć, tak należy dodać dlaczego Redmond ma nieco trudniej. Otóż, Windows 10 to nie tylko topowe Surface’y: to także stacje robocze, laptopy tworzone przez partnerów Microsoftu. A te rzecz jasna różnią się od siebie konfiguracjami i istotne jest nie tylko to, kto (i jaki) zastosował w modelu procesor, ile pamięci RAM (zgodnie z wytycznymi), jakiego producenta są te pamięci, jaki dysk umieszczono w obudowie. Nawet takie „pierdółki” jak typ kamery internetowej, czy też rodzaj czytnika kart pamięci mogą sporo namieszać. Stąd też m. in. problemy użytkowników, których jeden, jedyny komponent nagle przestał współpracować z Windows 10.

Testowanie oprogramowania Microsoftu miało być ułatwione dzięki programowi Windows Insider, który… cóż. Okazał się być klapą – wcale nie dlatego, że mało osób w nim uczestniczyło. Problemem okazali się sami użytkownicy, którzy zamiast instalować wersje wczesne na „żywych” sprzętach, ładowali je do maszyny wirtualnej. Tam natomiast nie ma możliwości wykorzystać OS-u w roli poligonu doświadczalnego.

Bodaj najboleśniejszym przykładem porażki Microsoftu na tym polu jest Windows 10 October Update, który: a) gubił pliki użytkowników z folderu Dokumenty, b) nie u każdego instalował się poprawnie, c) powodował problemy z uruchomieniem się systemu operacyjnego. Stąd adopcja tej wersji w styczniu wyniosła marne kilka procent, a Microsoft zasadniczo spisał akurat to wcielenie „dziesiątki” na straty.

Użytkownicy nie są głupi i wiedzą „czym pachnie” aktualizacja

W interesie wszystkich jest to, by każdy pracował na możliwie najlepiej zabezpieczonym sprzęcie. To akurat są w stanie zapewnić m. in. uaktualnienia, które znajdują się na pierwszej linii obrony przeciw działaniom cyberprzestępców. Takie wpadki jak te Microsoftu, Apple, innych firm nie powodują niczego dobrego – użytkownik w takiej sytuacji, jeżeli będziecie mieć jakąkolwiek kontrolę nad procesem uaktualnienia, będzie go odwlekał tak długo jak tylko się da – z wygody. Czasami z niewiedzy, niefrasobliwości. A czasami nawet i złośliwie, bo dlaczego użytkownik miałby instalować aktualizacje?

Jeżeli użytkownicy mają jeszcze jakieś zaufanie do gigantów technologicznych – dobrze by było, aby uaktualnienia były odpowiedniej jakości. Jeżeli ci zrażą się raz – drugim razem długo będą zastanawiać się nad tym, czy rzeczywiście warto dokonać uaktualnienia. A zaufanie trudno jest odbudować – niestety.