Recenzja

Serial HBO znowu mnie oczarował! Tokyo Vice to najnowsza perełka w ich katalogu

KK
Konrad Kozłowski
3

"Tokyo Vice" od razu zwrócił na siebie uwagę. Klimatyczny zwiastun zachęcił chyba każdego, ale taka zapowiedź to nie zawsze obietnica udanej produkcji. W tym przypadku hurra-optymistyczne reakcje były jednak na miejscu. "Tokyo Vice" jest znakomity!

Za sprawą serialu wracamy do lat 90. i podróżujemy do Japonii. Na miejscu zastajemy amerykańskiego dziennikarza Jake'a Adelsteina, którego codzienne życie śledzimy w początkowej części pierwszego odcinka. Jest nieustannie w ruchu - uczy się, czyta, ćwiczy, odwiedza knajpy i chłonie klimat Tokio. Jego cel jest jasny: zostać pierwszym obcokrajowcem w szeregach dziennikarzy jednej z czołowych japońskich gazet. By nim zostać, niezbędne jest zaliczenie wymagającego testu, ale to wcale nie otwiera drzwi do łatwej i szybkiej kariery. Wręcz przeciwnie. Dla gaijin, czyli obcego, to dopiero początek drogi, bo oprócz codziennych wyzwań musi stawiać czoło lokalnym kulturze i tradycji, według których to nie jest dla niego miejsce. Pozostaje jednak nieustępliwy, łamie obyczaje i celuje w napisanie najlepszego artykułu w sekcji kryminalnej dziennika.

Obcokrajowiec piszący o Yakuzie w japońskiej gazecie

W Jake'a wciela się Ansel Elgort, który czuje się w tej roli jak ryba w wodzie. Jest równie ciekawy nowego otoczenia, co jego postać, a jednocześnie doskonale się w tym środowisku odnajduje. Elgort stworzył bardzo wiarygodną postać, którą da się lubić. Owszem, daje także powody ku temu, byśmy kwestionowali jego wybory, ale jest w nich konsekwentny i koniec końców przynosi to niemałe korzyści. Znajomość języka japońskiego u obcokrajowców jest zawsze powodem do sporego zaskoczenia u mieszkańców kraju Kwitnącej Wiśni, ale Adelstein wykazuje się czymś więcej.

Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że musi działać wbrew ogólnie przyjętym zasadom, by osiągnąć swoje cele. Robi to jednak naprawdę zgrabnie i nawet, gdy dostaje po uszach, nie przestaje drążyć tematu, którego nie powinien nawet tykać.  Zagadkowe śmierci na ulicach Tokio nie wyglądają, jakby były ze sobą połączone, ale młody dziennikarz dostrzega nieoczywiste relacje i związki między nimi. Takie działania oraz chęć bliskiej współpracy z tokijską policją (tutaj Ken Watanabe jako Hiroto Katagiri), doprowadzają go niezwykle blisko, a w zasadzie w głąb działalności lokalnych gangsterów.

Taka wycieczka do Tokio sprawia, że chcemy bliżej poznać to miasto

Poznawanie tego półświatka i jednoczesna eksploracja zakątków Tokio daje mnóstwo satysfakcji. Nasz bohater głównie przemieszcza się na rowerze lub kolejką/metrem, więc wraz z nim zwiedzamy to egzotyczne dla wielu osób miasto. Każda scena, każde ujęcie, każdy kadr to szansa na wgląd w rzeczywistość, która jest dla nas niezwykle odległa, a malowanie tego obrazka wychodzi twórcom nader atrakcyjnie. Nie brakuje spotkań w świetle dnia, gdy możemy dostrzec specyfikę tej architektury, ale sporo scen nakręcono też nocą, dzięki czemu przebijające się przez mrok neony, bilbordy i szyldy komponują nam przed oczami coś, co ma w sobie sporo futuryzmu.

"Tokyo Vice" śledzi nie tylko losy Jake'a i osób, z którymi współpracuje wewnątrz redakcji i w szeregach policji. To opowieść, na którą składają się także historie innych osób, w tym pracującej w eleganckim klubie Samanthy (Rachel Keller) oraz wspinającego się po szczeblach Yakuzy Sato (Shô Kasamatsu). Dziewczyna jest świetnym przykładem osoby, która musi budować swoje życie od nowa w zupełnie innym miejscu walcząc z przeciwnowściami losu, natomiast młody Japończyk odnalazł swoją ścieżkę w życiu dopiero po rekrutacji do grupy przestępczej. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że nie do końa jest przekonany robiąc to, czego się od niego oczekuje. Każda z postaci ma swoje tajemnice, które powolutku poznajemy, więc trudno mówić o nudzie czy znużeniu, bo przeplatanie tych wątków oraz przecinanie się losów wspomnianych bohaterów wypada zaskakująco udanie.

"Tokyo Vice" to najnowsza perełka HBO

To prawda, że początek tej historii wymaga od widza sporej koncentracji i niemało cierpliwości, ale każde kolejne minuty i odcinki to wynagradzają. Zmienna dynamika, intrygujące śledztwo (dziennikarskie) i rozbrzemwiająca w tle muzyka budują niezwykłą atmosferę. A jeśli dodam, że całość luźno bazuje na historii z książki Jake'e Adelsteina o tym samym tytule, to wyłania nam się obraz świetnie rozpisanego i nakręconego serialu, który wcale taki nie musiał być. Za reżyserię pierwszego odcinka odpowiada Michael Mann ("Informator", "Czerwony smok", "Gorączka"), w ślady którego starają się podążać pozostali.

Serial debiutuje 8 kwietnia na HBO Max, następne odcinki będą pojawiać się w cotygodniowych odstępach.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu