Felietony

Rower (elektryczny) + pociąg. O matko, ale to był cudowny weekend!

JS
Jakub Szczęsny
21

I powiem Wam, że chcę więcej. Kiedyś nie widziałem sensu w podróżowaniu rowerem, ale odkąd zmniejszono VAT na paliwo z 23 na 8 procent w lutym i ceny wzrosły (ceny wszystkich paliw), jakoś mniej chętnie spoglądam na samochód palący "ile mu wlejesz". Po mieście poruszam się wyłącznie rowerem elektrycznym (chyba, że pada) - udaje mi się dotrzeć wszędzie szybciej niż autem! Postanowiłem, że zrobię coś szalonego i ten sam jednoślad zabiorę w podróż pociągiem.

Na razie testowo, bo trochę się obawiałem. Po pierwsze - brak doświadczeń z przewozem rowerów w pociągu. Po drugie - nie mam takiego zwykłego roweru, jak większość normalnych ludzi. Mam ten elektryczny i w dodatku o aparycji pożerającej bezdroża dzikoświni. Elektryczny fatbike ma te zalety, że pojedzie po niemal wszystkim i możesz się przy tym nie zmęczyć. Brak owego zmęczenia jest dla mnie szalenie istotny ze względu na zdrowie: dzisiaj wróciłem z Przychodni Leczenia Gruźlicy i Chorób Płuc na ul. Rycerskiej w Rzeszowie z rozpoznaniem zaostrzenia astmy i utrwaloną obturacją. Czasami, gdy mnie złapie duszność - jest niemiło.

OMFG, najniebezpieczniejsze miasto w Polsce! Oby Ojciec Mateusz mnie uratował...

Testowa misja z cyklu: "jeżdżę na rowerze pociągiem" (żart z Lecha Rocha Pawlaka, gdyby ktoś nie załapał i próbował mnie za to lżyć w komentarzach) odbyła się na trasie Rzeszów - Sandomierz. Tak generalnie, to strasznie słabe jest połączenie między stolicą województwa podkarpackiego, a "królewskim miastem", w którym przyszło mi się urodzić, a potem nawet uczyć. Sandomierz jednak w tym przypadku był jedynie "bazą transportową" - docelową miejscowością były natomiast Dwikozy: doskonale znane z tamtejszego Zakładu Przetwórstwa Owoców i Warzyw, skąd na okolicę dystrybuowano prytę. Znaczy tanie wino. Mózgotrzep. Potion osiedlowego szamana. Tam pozawracałem głowę rodzinie i wróciłem do Rzeszowa w ten sam sposób.

Spójrzcie, Kochani. Dwa razy zdarzyło się, że musiałem bilet wymienić. Pierwszy raz: pomyliłem daty, kupiłem wejściówkę do pociągu na 16 maja, a potrzebowałem na 8 maja (bilet powrotny). Raz można bilet wymienić, więc jest fajnie. Bezproblemowo się udało, ewentualna dopłata rzecz jasna kartą. Za drugim razem, musiałem zmienić dzień wyjazdu z 6 maja na 7 maja. Tutaj też miałem jeszcze możliwość bilet wymienić i tak uczyniłem. Fajnie to działa, mnie się podoba.

Sam bilet na tej trasie kosztuje 16,90 zł. Dużo? Mało? Średnio. Na tej trasie wydałbym o wiele, wiele więcej za dojazd autem - nawet, gdybyśmy mówili o gazie. Opłata za przewóz roweru to "sztywne" 7 złotych: ile byś kilometrów pociągiem nie chciał zrobić, tak zapłacisz tylko 7 złociszy za wtarabanienie się do składu z jednośladem. Na krótkich trasach cena może odstraszać. Ale na dłuższych - jest już w porządku. Mnie odpowiada.

Jezu. Czy pozwolą mi wejść z tym rowerem?!

Tego nie wiedziałem. Wybaczcie za brak zdjęć z pociągu, ale mam to nieszczęście, że ta trasa jest cholernie oblegana jak na swoje możliwości i niestety, ale wybiera ją bardzo wiele osób. Toteż trudno mi było zrobić kilka ujęć w momencie, gdy wokół jest tylu ludzi. Mijało się to z sensem - mój rower i tak był z reguły pozasłaniany przez tłoczących się w składzie podróżnych. Ale za pierwszym, jak i za drugim razem - rower składałem. A składa się przepięknie - o, w taką kosteczkę. Nie sądzicie, że jest słodki?

Ten rower za każdym razem wzbudza zainteresowanie. Na trzy pociągi (tak, trzy - jeden bilet to relacja łączona: Sandomierz -> Grębów -> Rzeszów), trzech konduktorów (w tym jedna konduktorka) byli żywo zaciekawieni sprzęcikiem. A, że ja relacje nawiązuje "od strzału", po chwili była już gadka o co chodzi, że to trochę rower, trochę skuter, ale przede wszystkim elektryczny dzik na kołach. Baaaardzo mili zawiadujący pociągiem wskazywali mi miejsce, gdzie mogę go bezpiecznie pozostawić. Za pierwszym razem był to przedsionek w rogu. Za drugim - już w składzie przystosowanym do rowerów - oparcie (ale w tym pociągu byłem dosłownie 10 minut). Za trzecim - miejsce między siedzeniem, a podpórką do opierania się - rower świetnie się tam wkomponował, choć to nie była lokalizacja do tego przystosowana. Improwizacja była konieczna, bo nie da się tego roweru powiesić na hakach. Jest za ciężki, a felgi (tak, tu nie ma obręczy) nie zmieszczą się w przeznaczonych dla rowerów haczykach. No, nie i handluj z tym.

Patrzcie, jak Dziubuś leży przycupnięty, zasłonięty... pewnie mu zimno było ;(

Jedni powiedzą, że rower elektryczny w pociągu nie jest fanaberią, inni uznają że to bezczelność. Ja postanowiłem być bezczelny jeszcze bardziej i baterię takiego urządzenia podładować... za pomocą gniazdka w składzie. Pod siedzeniami takowe się znajdują i możesz tam podłączyć cokolwiek. Ja podłączyłem baterię - w mieście, musiałem przecież dojechać do dworca. A to "kosztuje energię". Ja chciałem zaczynać podróż z Sandomierza do Dwikóz na możliwie najbardziej doładowanym akumulatorze.

I wiecie, co? Podróż pociągiem - jak zwykle świetnie. Ja lubię pociągi, naprawdę. Lubię na nie patrzeć, jeździć nimi i płacić za nie. Są tańsze od auta i być może mniej praktyczne (bo autem dojedziesz wszędzie), ale w tandemie z rowerem elektrycznym i doskonałą pogodą, jest to naprawdę świetna forma spędzania czasu. Jak bym chciał, to bym się zmęczył: po prostu tryb wspomagania bym ustawił nisko lub w ogóle (czego nie polecam w tym rowerze). Mimo naprawdę dużych górek do pokonania, rower dał radę i tam, gdzie najtwardsi schodzą z jednośladu i go pchają, ja wjeżdżałem jedynie lekko obniżając biegi w przerzutce.

Byłem na tyle bezczelny, żeby ładować baterię. Ha!

Bałem się, że mnie nie wpuszczą do pociągu lub że rower się popsuje

Nic z tych rzeczy. Rower nie chce się popsuć, a w pociągu było naprawdę fajnie. Robi się coraz cieplej i w sumie tak sobie myślę, że to nie jest głupie, by auto zostawić w garażu, wziąć rower ze sobą i pomknąć przed siebie pociągiem. Nie chcę wsiadać do byle jakiego składu - bardziej by mnie interesował kierunek na polski Bałtyk (skoro bym był w Świnoujściu, to bez problemu mogę podjechać rowerkiem... DO NIEMIEC!) i generalnie zachodnie Pomorze. To strony, do których mam rodzinny sentyment i zawsze lubiłem się tam pokazywać. Jeżeli tylko trafię na pogodę, to będzie to wycieczka życia.

1000 km z Dziubusiem. Wytrzymał!

Testowy wojaż do Sandomierza (króciutka trasa, dwudniowa eskapada) okazał się sukcesem. Zapowiadałem na Slacku, że wynik tegoż może być różny, więc albo będę nastawiony entuzjastycznie, albo odbędę w tekście swoiste gorzkie żale i będę szkalować rower lub przewoźnika. Nie zawiedli: ani sprzęt, ani POLREGIO. Jak wspomniałem wyżej, to nie jest moje ostatnie słowo i coś czuję, że będę mieć nową (dziwną) pasję. Będę zapuszczać się w różne regiony polski, ogarniać tam sobie Airbnb, latać po okolicy rowerem elektrycznym i zwiedzać. W pociągu mogę pracować bez żadnych przeszkód. Jest to więc jakaś opcja i może Was również zainspiruję. Polecam.

Miłych, bezpiecznych i słonecznych weekendów (i nie tylko)!

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu