Recenzja

Moon Knight Marvela jest czymś zupełnie innym w MCU. Poproszę więcej!

KK
Konrad Kozłowski
0

"Moon Knight" to najnowszy serial Marvela debiutujący na Disney+. Jak wypada premiera?

Oscar Isaac nie był zachwycony z tego, co przyszło mu pokazać na ekranie w ostatniej trylogii Gwiezdnych Wojen, ale to wcale nie oznacza, że aktor zrezygnował z tego rodzaju projektów. Choć zrobił sobie przerwę i skupił się na produkcjach bardziej... przyziemnych, to powrócił do współpracy z Disney. Tym razem zamiast uniwersum Star Wars, stał się częścią Marvel Cinematic Universe.

Wielu widzów wyczekiwało jego zaangażowania, a zapowiedzi udziału w serialu i to w głównej roli tylko rozpaliły naszą wyobraźnię. Gdy pokazano pierwsze zwiastuny, wiedzieliśmy, że "Moon Knight" będzie czymś innym, niż wcześniejsze seriale, a po premierze pierwszego odcinka mogę śmiało napisać, że seans był większą przyjemnością, niż wcześniejsze serie.

Oscar Isaac w serialu Marvela. Debiutuje Moon Knight

Isaac wciela się w Marca Spectora cierpiącego na dysocjacyjne zaburzenie tożsamości. Zanim go poznamy, czas spędzamy ze Stevenem, który pracuje w muzeum w Londynie. Mężczyzna mierzy się z wieloma problemami, ale stara się zachować pozory normalnego życia. Pracuje, starał się o lepszą posadę, pozostaje w kontakcie z rodziną, a nawet spotyka z dziewczynami. Nie wszystko jednak udaje mu się kontrolować i utrzymać w ryzach. Traci kontakt z rzeczywistością, dni wyparowują z pamięci, a jeden ze snów - jak uważa - zdaje się wplątywać go w jakąś dziwną intrygę. Jego życie jest zagrożone, ale nie może w kimkolwiek znaleźć oparcia. Co więcej, regularnie słyszy głos w swojej głowie.

Dla tych, którzy nie czytali komiksów z Moon Knightem, pierwszy odcinek serialu będzie świetną szansą na poznanie tego bohatera. Brak jakiejkolwiek wiedzy sprawia, że z zaciekawieniem śledzimy jego losy. Nie rozumiemy, z czym zmaga się Steven i dlaczego wokół niego zaczynają pojawiać się dziwni ludzie. Mamy wrażenie, że w pewnym stopniu nękają go duchy przeszłości, ale prawda jest zupełnie inna. Zanim poznamy jego pełną historię oraz aktualną sytuację minie jeszcze trochę czasu, dlatego skupmy się na premierowym odcinku.

Wartka akcja, sporo tajemnic i świetne aktorstwo

Trwa on niewiele ponad 40 minut, ale zupełnie tego nie odczujemy. Od samego początku narzucone jest fajne, dynamiczne tempo. Dość prędko pojawia się sporo akcji, a przeskoki w czasie powodują, że jeszcze bardziej wkręcamy się w seans. Nie brakuje efektów specjalnych, które miejscami robią spore wrażenie, a w pojedynczych sytuacjach widać je gołym okiem. Skąd ten dysonans? Trudno powiedzieć, ale chyba nie chodzi przecież o budżet czy pośpiech, bo Disney nie żałowało pieniędzy i czasu na dopracowanie swoich produkcji (patrzcie "Spider-Man: Bez drogi do domu", gdzie liczba scen bez efektów komputerowych jest śmiesznie niska). Akcenty humorystycznie nie zostały przesadzone - dobrze wkomponowują się w całość i pozwalają od czasu do czasu się szeroko uśmiechnąć.

Moon Knight w MCU. Ale z własną historią i to jest najlepsze

Najbardziej cieszy mnie chyba to, jak odrębny od reszty MCU jest teraz "Moon Knight". Nie wskakujemy w akcję będącą kontynuacją, uzupełnieniem, rozwinięciem czy prequelem znanych nam wydarzeń. Pewne nawiązania albo solidne powiązania na pewno się pojawią, ale teraz to samodzielna historia, która ma szansę świetnie wybrzmieć ze względu na to, o kim opowiada i w jaki sposób to robi, a nie dzięki przynależności do znanego nam dobrze świata. Na pochwałę zasługuje Oscar Isaac, którego zdezorientowanie i wystraszenie znakomicie oraz wiarygodnie wypadają przed kamerą, więc jestem spokojny o jego występ w kolejnych odcinkach.

W sumie czeka nas sześć odcinków "Moon Knight", które debiutują co tydzień. Otwarcie tej historii chyba nie mogło być lepsze, bo zdołało mnie naprawdę zaintrygować i zachęcić na więcej. Oby tylko kolejne epizody były równie nieprzewidywalne i satysfakcjonujące, jak ten pierwszy.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu