Filmy

Szaleństwo, chaos i sporo frajdy z seansu. Recenzja Doktor Strange w multiwersum obłędu

5

"Doktor Strange w multiwersum obłędu" to najnowszy film Marvela, który wkracza do kin po "Spider-Man: Bez drogi do domu". Czy zupełnie inne - mroczne i pokręcone - podejście do MCU jest tym, na co czekaliśmy najbardziej?

Wielu widzów na pewno wyczekiwało tej produkcji jeszcze bardziej, niż kilku poprzednich. To druga solowa odsłona przygód Doktora Strange'a, choć bohatera mieliśmy szansę oglądać w innych tytułach. To sprawiło, że apetyt na nieprzewidywalne i totalnie zakręcone przygody mógł urosnąć, a kiedy dowiedzieliśmy się, że za sterami tego projektu usiądzie Sam Raimi, to było jasne, że otrzymamy coś nietuzinkowego. Scenarzysta i reżyser nie obcuje z postaciami Marvela po raz pierwszy, bo chyba wszyscy kojarzą jego trylogię Spider-Mana. Wiele jej się zarzucało, ale mnóstwo aspektów tych trzech filmów (głównie pierwszego i drugiego) przekonało nawet tych, którzy do adaptacji komiksów podchodzili z dystansem.

Doktor Strange w multiwersum obłędu. Wraca posprzątać kolejny bałagan

Pierwsze zapowiedzi "Doktora Strange w multiwersum obłędu" pokazały, że będziemy mieli do czynienia z niesamowicie zakorzenionej w dotychczasowych wydarzeniach w MCU historii, a także ze świeżym podejściem do realizacji filmu. Oczywiście obejrzenie tego tytułu bez znajomości wcześniejszych kilku filmów jest możliwe, bo postaciom przyświeca jasno nakreślony cel i śledzenie starań w dotarciu do niego daje mnóstwo frajdy, ale większość smaczków i nawiązań, których jest dużo, po prostu w takiej sytuacji przegapimy. Jeżeli widzieliśmy dotychczas udostępnione filmy, ale nie serial "WandaVision" z Disney+, to rzeczywiście seans delikatnie traci na atrakcyjności. To niestety sytuacja, z którą zmagamy się od pewnego czasu, ale wkrótce już nie będziemy się nią przejmować. 14 czerwca do Polski wchodzi Disney+, więc będzie można nadrobić wszystko, co jest integralną częścią Marvel Cinematic Universe, by cieszyć się każdą kolejną produkcją w pełnej rozciągłości.

Multiwersum obłędu to miejscami chaos i brak konsekwencji

Drugi z powodów, dla których "Doktor Strange w multiwersum obłędu" jest filmem wyjątkowym, to sprawa przynależności do gatunku. Nie jest to horror ani thriller z prawdziwego zdarzenia, ale produkcja zdecydowanie zapożycza z nich kilka elementów. Jeśli do tej pory do kina wybieraliście się regularnie z młodszymi, kilkuletnimi widzami, to tym razem może to nie być dobrym pomysłem. Nie jest to film pełen zwłok i lejącej się litrami krwi, ale niektóre obrazki czy postacie mogą być niepokojące dla młodszych osób. To wprowadza MCU w ciekawy obszar, bo prawie każdy kolejny film starał się zaoferować coś innego, podążyć inną ścieżką i wprowadzić widza w nieco inny nastrój. Tutaj to zdecydowanie się udaje, ale niestety Sam Raimi potknął się przy innych kwestiach.

Reżyser słynie z niezwykle dynamicznej akcji, która potrafi przeobrazić się w chaos. I faktycznie "Doktor Strange w multiwersum obłędu" jest filmem, który pędzi na łeb na szyję, by w około dwóch godzinach opowiedzieć całą fabułę. To sprawia, że byłem przez prawie cały czas mocno zaangażowany w to, co dzieje się na ekranie, były też chwile, że chciałbym złapać oddech, pozwolić pewnym myślom dojść do głosu, by móc lepiej przyswoić kolejne sceny. Benedict Cumberbatch nie stanął przed dużym wyzwaniem grając ponownie postać Doktora Strange'a i tak naprawdę chyba nikt z obsady poza Elizabeth Olsen nie musiał bardziej postarać się na planie.

To film Marvela, więc nie może zabraknąć niektórych elementów

Film, podobnie jak wiele poprzednich, przynosi nam satysfakcjonujące niespodzianki, jeśli chodzi o pojawianie się nowych-starych postaci. Casting może okazać się najciekawszym aspektem tego filmu, bo rzutuje to w pewnym stopniu na następne projekty, o ile oczywiście włodarze uniwersum potraktują wydarzenia z tego filmu w sposób wiążący. Jedno z cameo naprawdę przypadło mi do gustu i liczę, że w niedalekiej przyszłości przełoży się to na powrót znanej marki na ekrany kin, ale w zdecydowanie lepszej formie.

W ten sam sposób mógłbym wypowiedzieć się o poziomie technicznym filmu, ponieważ "Doktor Strange w multiwersum obłędu" potrafi zachwycić i zawieść w równym stopniu. Pod względem wizualnym produkcja wypada miejscami obłędnie, choć wykorzystywane są znane schematy i szablony. Z drugiej strony nie brakuje chwil, gdzie czujne oko dostrzeże niedbale przygotowane CGI, co gryzie się z dopracowaną scenografią czy postaciami.Nie dowiemy się, czy wynika to z braku czasu, czy (mimo wszystko) ograniczonego budżetu, ale trudno tego nie zauważyć. Dla tych, którzy spodziewali się przerwania monotonii generycznych soundtracków nie mam dobrych wieści - Danny Elfman nie tylko nie przygotował nic specjalnego ani wpadającego w ucho, a w dodatku sięgnął po swoje wcześniesze kompozycje... z uniwersum DC (Liga sprawiedliwości). Nie jest to pierwsza taka sytuacja w historii branży, ale na pewno nie napawa optymizmem.

Czy "Doktor Strange w multiwersum obłędu" to dobry film?

Na pytanie o to, czy "Doktor Strange w multiwersum obłędu" to dobry film, można odpowiedź "tak, ale..." i wtedy wymienić jeden, dwa albo więcej powodów, dla których nie był to w pełni satysfakcjonujący seans. To nadal wysoka półka produkcyjna i nieźle wpasowujący się w uniwersum element układanki z fajnym fanserwisem, ale lista grzechów tego filmu to też kilka solidnych punktów. Nie zapomnę tego seansu, ale nie będę też do niego często wracał.

P.S. Mamy dwie sceny po napisach, ale tę drugą naprawdę możecie obejrzeć później w domu na YouTubie...

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu