Kosmos

3 sezon „For All Mankind”. Za mało prawdziwego kosmosu w kosmosie

Krzysztof Kurdyła
17

Jedną z najlepszych produkcji serialowych ostatnich lat jest bez wątpienia „For All Mankind”. Serial Apple, prezentujący alternatywną wersję wyścigu kosmicznego, był produkcją świetnie pokazującą realia tego „biznesu”. Był, ponieważ 3 sezon to niestety ogromny krok wstecz.

Uwaga! Artykuł nie streszcza fabuły serialu, ale spoileruje część ważnych fragmentów fabuły.

Siła poprzednich sezonów

Siłą pierwszych dwu sezonów „For All Mankind” było umiejętne zbalansowanie wątków. Jako że serial dotyczy wyścigu kosmicznego, to właśnie on zajmował najwięcej czasu ekranowego. Dostaliśmy w jego ramach dużo technologicznego i naukowego „mięsa”, odtworzono dość wiernie procedury stosowane przez astronautów na prawie każdym z etapów misji. Zadbano o realizm większości scen dziejących się w przestrzeni kosmicznej i na Księżycu. Miód na serce każdego fana podboju przestrzeni kosmicznej.

Znaleziono też oczywiście czas na wątki osobiste, budujące relacje widzów z głównymi bohaterami. Te były jednak prowadzone nie obok, ale wewnątrz głównego wątku. Pokazano nam w ten sposób „tło” życia astronautów i dylematy ich rodzin w momentach, gdy ci ryzykowali własnym życiem. Nie unikano też, zawsze grząskiego, terenu polityczno-społecznego. Twórcom udawało się jednak w większości przypadków wpleść te kwestie umiejętnie do głównego wątku. Nie wpadano też przesadne moralizatorstwo.

Co poszło nie tak?

Do 3 sezonu byłem nastawiony wręcz entuzjastycznie. Cliffhanger z sezonu drugiego wskazał ekscytujący i aktualny także w naszej rzeczywistości kierunek - Mars. Zwiastuny wypadły bardzo obiecująco, a pierwsze reakcje widzów świadczyły, że znów otrzymam pierwszorzędne kosmiczne widowisko. Tak się jednak nie stało, a przynajmniej nie dla kogoś, kto określałby się kosmicznym geekiem.

„For All Mankind” został pokonany przez amerykańskie problemy polityczno-społeczne, dla których kosmos w 3 sezonie stał się tylko fasadą. Żeby nie było, część tego typu wątków poprowadzono ciekawie, często interesująco nawiązując do rzeczywistych wydarzeń. Romans „pierwszego męża” ewidentnie „szturcha” sprawę Clintona i Moniki Levinsky, atak na NASA wzorowany jest na zamachu Timothy McVeigha w Oklahoma City.

Problem w tym, że tym razem wątki polityczne żyją własnym życiem i z NASA i kosmosem wiele wspólnego nie mają, są też prowadzone w dość oczywisty sposób. Ciągle ukrywająca swoją orientację seksualną pani prezydent, będąc członkiem Partii Konserwatywnej musi chodzić na brudne kompromisy. Walka o ustawę dla NASA jest doklejona na siłę. Poprowadzono ją tak, jakby przy ostatnim czytaniu scenariusza ktoś zorientował się, że pani prezydent z NASA właściwie nic nie łączy.

Mamy też narysowany bardzo grubą kreską wątek pracowników przemysłu ciężkiego i wydobywczego, którzy masowo idą na bezrobocie z powodu rewolucji związanej z udanym wprowadzeniem energii z fuzji termojądrowej. Wątek nie dość, że jest tylko pretekstem do wprowadzenia prawicowych ekstremistów, to jeszcze schizofrenicznie sugeruje, że to potencjalnie bardzo tanie źródło czystej energii spowoduje problemy gospodarcze...

Mars jak bułka z masłem

Najgorsze jest jednak to, że prawdziwy kosmos gdzieś uleciał. Już na samym początku dostajemy potężnego pstryczka w nos, przygotowań do lotu na Marsa, stawiających wielokrotnie więcej wyzwań niż Księżyc, właściwie nie ma. Całość załatwia krótka scena z nieudanej próby odpalenia termalnego silnika atomowego NERVA... i to właściwie tyle.

Serial przez trzy odcinki wprowadza ziemskie wątki polityczne, społeczne, psychologiczne i szpiegowskie, aby następnie przeskoczyć do... końcówki trwającego już wyścigu. W tym biorą udział nie tylko ZSRR i Stany Zjednoczone, ale też będące miksem wczesnego Apple i SpaceX Helios Aerospace oraz jak się później okaże, także Korea Północna (dlaczego 4 graczem nie są Chiny?).

Niestety, temu co dzieje się w kosmosie bliżej realizmem do „Gwiezdnych Wojen”, niż wcześniejszych sezonów serialu. Po pierwsze statki kosmiczne, wyglądają jakby każdy urwał się z innej epoki. Pojazd tak technologicznie zaawansowany jak przerobiony na statek kosmiczny hotel Polaris, posiadający sztuczną grawitację i miejsce na ogromne ilości paliwa wygrałby w cuglach każdy taki wyścig.

Dzięki samej skali mógłby po prostu przyśpieszać znacznie dłużej od konkurencji. Jeśli potrafiono go zbudować na orbicie 2 lata przed planowanym startem, dlaczego miano by nie zdążyć z dodaniem do niego wystarczającej ilości zbiorników? Skala w kosmosie robi różnicę. Technologie wymagane do budowy tego statku o dekady wyprzedzają to, co scenarzyści „przekazali”  NASA i Roskosmosowi. To powinno być widoczne nie tylko po wnętrzach obu statków, ale przede wszystkim w samym wyścigu.

Jednocześnie to jednak NASA zaskakuje technologicznie przeciwników, „rozwijając” bardzo skomplikowany konstrukcyjnie żagiel słoneczny. Wynika z tego (skoro zaskakuje), że nigdy wcześniej go nie testowała, takiej próby nie dałoby się przecież ukryć przed konkurencją. Jego mechanizmów nie dałoby się też przetestować, tak  jak np. w przypadku JWST, w ziemskich komorach próżniowych. Czym skutkowałaby awaria, przy jego rozwinięciu? Rozwinięty częściowo zdestabilizowałby Sojournera...

Jednocześnie statek NASA to dalej tylko wahadłowiec, ciut nowszej generacji. Nie posiada sztucznej grawitacji. Jednak problemy z tym związane w czasie tak długiej podróży scenarzystów już nie obchodzą. W ogóle, cała podróż wydaje się trwać krócej, niż podróże na Księżyc w poprzednich sezonach. To wszystko jednak nic, w porównaniu z tym, co scenarzyści fundują nam na Marsie.

Głupota fruwa na Marsie

Po pierwsze, już na wstępie logika dostaje potężny cios, gdy w ledwo działającej i przeludnionej bazie NASA (żywność i woda były racjonowane), w której dodatkowo:

  • astronauci walczą ze źle działającą klimatyzacją, przez co jest gorąco i grozi im odwodnienie,
  • były problemy z zbyt wysokim poziomem CO2, przez co wszyscy musieli być dodatkowo osłabieni,
  • pojawiają się konflikty pomiędzy astronautami...

rozkręca się iście radziecką z charakteru imprezę, z wódką lejącą się strumieniami. Właściwie trudno to sensownie skomentować. Nikt nie twierdzi, że w kosmosie astronauci nie łamią czasem zasad dyscypliny i bezpieczeństwa, ale to, co tam pokazano, to po prostu absurd.

Dalej jest jeszcze gorzej, jedna z astronautek, dodatkowo specjalistka od astrobiologii... wdaje się w romans na obcej planecie i zachodzi w ciążę. Zacznijmy od tego, że w związku z długotrwałą podróżą na Marsa w warunkach braku grawitacji każda kobieta musiałaby używać środków antykoncepcyjnych, nie dla ochrony przed ciążą, ale zatorami.

Natomiast ryzykowanie zapłodnienia na Marsie, w improwizowanej bazie, z niewystarczającymi środkami do życia i przy niezbadanych skutkach słabej marsjańskiej grawitacji i wysokiego poziomu promieniowania dla płodu, przez astrobiologa, jest po prostu nieskończenie idiotyczne. Niestety, na tej piramidalnej głupocie oparto dramaturgię całej końcówki sezonu, a wisienką na torcie było wyniesie ciężarnej w 8 miesiącu na marsjańską orbitę na szczycie rakiety.

To, że atmosfera na Marsie jest rzadka, a prędkość ucieczki mniejsza niż na Ziemi, nie oznacza, że kobieta, a szczególnie dziecko, byliby w stanie przetrzymać takie przeciążenia. O improwizowanym skafandrze, miejscu zapięcia pasów bezpieczeństwa, promieniowaniu i paru innych czynnikach, które czekały ich po drodze nie wspomnę.

Not for all mankind

Takich absurdalnych rozwiązań fabularnych jest tam znacznie więcej i niestety są obecne w większości „scen” kosmicznych. Udane lądowanie na Marsie 7-tonowym statkiem bazującym na Sojuzach przez Koreę Północną,  wyposażonym wyłącznie w spadochrony? Hello...

Podsumowując, „For All Mankind” przestał być serialem dla fanów kosmosu, a stał się bardziej traktatem polityczno-społecznym. Może się podobać, ale ludziom szukającym, dość niestety w 3 sezonie łopatologicznego, komentarza do dzisiejszej sytuacji w Stanach. Szkoda, że porządne seriale o kosmosie to tak krótkotrwałe zjawisko.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu