Felietony

18 lat PC-przyzwyczajenia i nagła przesiadka na Maka

PW
Paweł Winiarski

Pierwszy komputer, Atari 65 XE, dostał pod choinkę...

260

Ciężko jest zmienić przyzwyczajenia, a jeszcze ciężej samemu się na nie zdecydować. Szczególnie kiedy te wynikają z kilkunastoletniej praktyki i codziennego użytkowania. Ale stało się, po 18 latach używania PC i Windowsa, zdecydowałem się na przesiadkę na system OSX i rozwiązania, które od lat zachw...

Ciężko jest zmienić przyzwyczajenia, a jeszcze ciężej samemu się na nie zdecydować. Szczególnie kiedy te wynikają z kilkunastoletniej praktyki i codziennego użytkowania. Ale stało się, po 18 latach używania PC i Windowsa, zdecydowałem się na przesiadkę na system OSX i rozwiązania, które od lat zachwycają użytkowników komputerów Apple.

Choć styczność z PC-tami miałem już wcześniej, spędzając popołudnia u sąsiadów z trzeciego piętra, to własny komputer osobisty pojawił się w moim domu dopiero w połowie 1995 roku. 486 DX4 133 nie był może najmocniejszym sprzętem w mieście, bo powoli zadomawiać się zaczęły procesory Pentium, ale na potrzeby dwunastolatka w zupełności wystarczał. Trafiłem również w ten magiczny okres, kiedy swoje pierwsze kroki stawiał Windows 95, którego ekrany podczas instalacji obiecywały lepszą wydajność i ładniejszy wygląd. W porównaniu z Windows 3.11, faktycznie było zdecydowanie lepiej, jednak z tą wydajnością nie było do końca tak kolorowo. Część gier DOS-owych nie zawsze chciała działać, a jeśli już działała, to niekoniecznie tak dobrze jak pod systemem z tekstowym interfejsem. Później był Pentium 166 MMX z kultowym już Diamond Monster 3D, następnie P4, a skończyło się na laptopach. Zawsze PC i zawsze z systemem Windows. Jasne, linuxowe epizody też miały miejsce, ale nie były na tyle znaczące, by pożegnać się z popularnymi okienkami. 18 lat to szmat czasu, a jednocześnie na tyle poważna liczba, że przy zmianie laptopa trzeba było albo kontynuować PC-tową przygodę, albo przesiąść się na coś zupełnie innego. Wybrałem tę drugą opcję i tak właśnie stałem się posiadaczem tegorocznego modelu MacBooka Air z OSX w wersji 10.8.4.

Siła przyzwyczajenia

Przesiadka na OSX nie jest wcale taka trudna, jak początkowo mi się wydawało. Jasne, łapanie za „Maka” znajomych gdzieś na imprezie to zawsze mały szok, ale już godzina spokojnego użytkowania pozwoliła mi ogarnąć podstawowe funkcje systemu, a następne dni nauczyły się czy to instalacji oprogramowania, czy korzystania z podstawowych funkcji systemu.

Intuicyjność i wygoda to coś, co przykuwa do wszystkich sprzętów od Apple. To samo uczucie towarzyszyło mi przy przesiadce z Androida na iOS. Nie potrzebuję dostępu do kilkudziesięciu opcji ustawienia systemu, wglądu w setki parametrów, czy możliwości szybkiego spersonalizowania każdego aspektu systemu. Trudno na początku przestawić się na inny spoósb instalowania aplikacji, ale to koniec końców jedynie kwestia przyzwyczajenia.

Bez wątpienia jedną z najistotniejszych zmian jest konieczność szukania alternatywnych aplikacji. Jako wieloletni PC-towiec przyzwyczajony do windowsowego oprogramowania szybko zobaczyłem, że wiele używanych przeze mnie programów nie ma swoich wersji na OSX. W szukaniu alternatyw bardzo pomagają fora dyskusyjne, ale to tylko pierwszy krok do odkrycia oprogramowania przeznaczonego wyłącznie na Mac'a – innego, ale często lepszego lub chociażby porównywalnego. I nie chodzi jedynie o płatne (często bardzo drogie) aplikacje umieszczone w AppStore, ale również darmowe alternatywy, które często można znaleźć na stronach producentów. Nie zmienia to jednak faktu, że chociażby przy moim okazjonalnym montażu wideo na nic zda się zakupione Sony Vegas. Program zwyczajnie nie ma swojej wersji na OSX, testując więc darmową, 30-dniową wersję zachwalanego tu i ówdzie Final Cut Pro X stoję przed trudną decyzją wydania 270 euro (cena z AppStore).

Cienki, szybki i wytrwały

Decyzja o zakupie MacBooka Air nie była wcale łatwa. Kiedy już postanowiłem stać się posiadaczem sprzętu od Apple, w podobnym przedziale cenowym miałem do wyboru właśnie mobilniejszą wersję MacBooka jak i jeden ze słabszych modeli Pro. Jeśli inwestować, to w najnowszy sprzęt – pomyślałem. I miałem rację – choć MacBooki Air kojarzą się póki co raczej ze sprzętem do przeglądania internetu i pisania na wyjazdach, to model z czerwca 2013 (nawet w słabszej, wyposażonej w procesor i5 i dysk 128 GB SSD wersji) jest całkiem mocną maszyną. Jak na ultrabooka oczywiście. Nie oszukujmy się jednak – tu liczy się przede wszystkim wygląd, wygoda i czas pracy na baterii. Można nie lubić Apple, ale trudno odmówić im ręki do projektowania i wykonania sprzętów. Aluminiowa obudowa robi świetne wrażenie, a grubość urządzenia (czy raczej jego smukłość) zachwyca. Podobnie delikatna klawiatura, ostry jak brzytwa obraz na ekranie. Jeśli uważacie, że opowieści o tym, jakoby nowe Airy były w stanie wytrzymać na jednym cyklu ładowania baterii od 10 do 12 godzin są wyssane z palca, to muszę Was rozczarować. Komputer faktycznie jest w stanie pracować tak długo – jeśli oczywiście rozsądnie ustawimy jasność ekranu, podświetlenie klawiatury i nie będziemy obciążać go wymagającymi aplikacjami. Innymi słowy, jeśli chcecie przeglądać sieć na WiFi lub pisać, możecie zapomnieć o szukaniu gniazdka w pociągu, czy trzymaniu kciuków za to, by bateria wytrzymała do końca autobusowej podróży.

Na pewno na komfort użytkowania Aira wpływa umieszczenie w nim dysku SSD, przez co system z zainstalowanym przeze mnie pakietem wybranych aplikacji uruchamia się 11 sekund. Jeśli zdecyduję się sprzęt jedynie wygasić, wystarczy podnieść ekran, by komputer był w pełni gotowy do użycia. Bez wątpienia komfort pracy podnosi również to, że komputer jest przeraźliwie cichy. Zwyczajnie nie wydaje z siebie żadnych dźwięków – podczas pisania słychać jedynie miłe dla ucha, delikatnie klikanie klawiatury. Co więcej urządzenie w ogóle się nie grzeje, przez co można je komfortowo trzymać na udach czy kolanach.

Może posiadany przeze mnie model nie jest najmocniejszym ultrabookiem w swojej klasie, ale całkiem nieźle radzi sobie z bardziej wymagającymi aplikacjami. Płynnie i szybko działa chociażby próbna wersja Final Cut Pro X. Montowanie na nim filmów to czysta przyjemność. Podobnie gry – oczywiście nie testowałem najnowszych produkcji, ale takie chociażby Trine, DOTA 2 czy League of Legends działają płynnie i komfortowo w pełnych detalach na maksymalnej rozdzielczości. Nie tak znowu stary Batman: Arkham City jest w pełni płynny i grywalny na standardowym ustawieniu średnich detali. Tu niestety pojawia się jeden minus Aira. Podczas użytkowania bardziej wymagających aplikacji, takich jak chociażby wspomniane wyżej gry, w komputerze dzieje się magia i zostają uruchomione wiatraki. Nie są to może najgłośniejsze dźwięki, ale o bezszelestnym użytkowaniu nie może być mowy. Co więcej miejsce zgięcia komputera zaczyna się grzać i to całkiem konkretnie. Co ciekawe ciepło nie rozchodzi się po całej obudowie, tkwi jedynie w wyżej wymienionym miejscu. Na szczęście oba te mankamenty nie wpływają znacząco na komfort grania na Airze, ale warto o nich wspomnieć.

Czy warto?

MacBooki Air nie należą do najtańszych urządzeń. PC-ty z podobnymi podzespołami można dostać w Polsce o wiele taniej. Swój egzemplarz sprowadziłem akurat z Japonii (odrobinę inny układ klawiatury oraz japońskie znaki przy literach) i jeśli macie możliwość sprowadzenia sprzętu z tego kraju, warto taką opcję rozważyć. Szczególnie, że cena jest atrakcyjniejsza nie tylko w porównaniu z placówkami iSpot, ale również sprzedawcami na Allegro. Mówi się, że posiadacze komputerów Apple przepłacają za świecące logo nadgryzionego jabłka. Ja jednak wolę twierdzić, że to profesjonalne wykonania urządzenia i komfort, który sprawia, że w przenośnych komputerach koncernu z Cupentino można zakochać się od pierwszego wejrzenia.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

macbook airosx