51

Wake up, Link! — recenzja The Legend of Zelda: Breath of the Wild

Pisanie o rzeczach wielkich, rewolucyjnych, jest niezwykle trudne. Tym bardziej kiedy weźmiemy pod uwagę całe to zamieszanie które wytworzyło się wokół najnowszej odsłony The Legend of Zelda. Posypało się wiele wysokich not. Czy zasłużenie? Jak najbardziej.

Na wstępie zaznaczę, że nie należę do specjalnych miłośników ani otwartych światów, ani samej serii. Przygody Linka najbardziej lubię w mobilnych odsłonach, a jedyną dotychczasową „dużą” grą którą pokochałem było SNESowe A Link to the Past. Nie jestem fanbojem, ani specjalnym fanem. Nawet po tych wszystkich zachwytach gdy spływały pierwsze noty od największych redakcji z całego świata nie czułem się specjalnie przekonany. Aż włączyłem The Legend of Zelda: Breath of the Wild i w premierowy weekend na liczniku stuknęło mi trzydzieści godzin zabawy. A to był dopiero początek.

Pierwsze wrażenie: jest pięknie

Tuż po wyjściu z tajemniczej świątyni w której przebudził się nasz bohater czeka na nas baśniowy krajobraz. Dużo zieleni, malownicze góry i przebijające się tu i ówdzie promyki słońca. Te wszystkie wzniesienia i doliny czekają na nasze odwiedziny — podobnie zresztą jak ośnieżone szczyty i płynące lawą krainy. Pierwsze godziny w tamtejszym świecie to tak naprawdę interaktywny samouczek, w którym twórcy pokazują nam na jakich zasadach działa. Zdobywamy także runy, czyli specjalne zdolności które pomogą nam podczas naszych przygód. Zapoznawani jesteśmy z systemem walki — i choć na początku możemy wojować co najwyżej znalezionymi gałązkami, to szybko ruszamy dalej i zdobywamy już pierwsze miecze oraz tarcze, które nie są pokrywką od garnka. Świat stoi przed nami otworem.

Jejku, ile tego wszystkiego tam jest!

Wspinamy się na wieżę i odkrywamy kawałek mapy. W oddali widzimy kolejny wielki pomarańczowy punkt, mkniemy do niego i widzimy coraz więcej. Czujecie niedosyt? I słusznie, włączając podgląd świata widać, że ten podzielono na kilkanaście fragmentów. I wszystkie te już na nas czekają. A wraz z nimi cały zestaw przeciwników do pokonania, świątyń do odkrycia oraz dziesiątki najrozmaitszych sidequestów, przygód. Aha, jest przecież jeszcze wątek główny! Starajmy się o nim nie zapomnieć, choć wiem, że nie będzie to łatwe — bo wszystko dookoła niezwykle kusi.

Ogromny, żywy, świat

Tu napotykamy nowego bohatera który zwierza nam się ze swoich problemów i byłby wdzięczny za pomoc. Tam kolejne stado potworów, pokonując które możemy liczyć na specjalną nagrodę. Nasz radar wskazuje na to, że nieopodal znajduje się kolejna świątynia, po przejściu której otrzymamy specjalną kulę. A gdy zbierzemy takie cztery, możemy wymienić je na dodatkowe serduszko lub powiększenie paska wytrzymałości. I jedne i drugie są ważne, więc ochoczo będziemy stawiać czoła kolejnym wyzwaniom. Wśród nich znalazły się zarówno zestawy łamigłówek, jak i walk. Jedno jest pewne — nie ważne gdzie się udamy, będzie co robić. I nie, to nie tylko wy. Wszyscy lubimy czasem przystanąć i rozejrzeć się dookoła, by przyjrzeć się bliżej tym wszystkim zapierającym dech w piersiach widokom.

Żeby działało, trzeba było pozwolić się zepsuć

Wiele osób mylnie kategoryzuje nową Zeldę jako RPG. Nie, to nie jest RPG — Link nie może liczyć na zaawansowany zestaw statystyk. Owszem, mamy możliwość rozbudowy jego licznika zdrowia oraz wytrzymałości. Tak, przy broniach i szatach czeka zestaw cyfr które powiedzą nam nieco o klasie przedmiotu. Musimy pamiętać że jest to gra akcji, której twórcy dali nam ogromną dowolność. A żeby to wszystko działało jak należy, musieli też wprowadzić kilka patentów, które na początku mogą wydawać się czystą złośliwością z ich strony.

The Legend of Zelda: Breath of the Wild jest pierwszą odsłoną serii, w której miecze i inne dzierżone w dłoniach bronie psują się po kilku-kilkunastach uderzeniach. Łuki i tarcze także nie będą służyć nam wiecznie. W każdej z tych kategorii czeka na nas solidny pakiet najrozmaitszych przedmiotów, które wyróżnia nie tylko wygląd, ciężkość, wytrzymałość — ale też kilka statystyk. Musimy mieć na uwadze to, że właściwie w pierwszych kilku godzinach możemy wejść w posiadanie zbroi oraz innych elementów ekwipunku z… ostatniej lokacji. Czyli tych, teoretycznie, najlepszych. Teoretycznie, bowiem ich statystyki to jeszcze nie wszystko — czasami związane z nimi dodatkowe efekty są tym, co w praktyce okazuje się znacznie cenniejsze. Aha, warto także pamiętać, że tamtejsze szaty możemy też udoskonalać z pomocą napotykanych wróżek, choć niezbędne do tego nam będą odpowiednie surowce. I tak oto z pozoru niczym specjalnym nie wyróżniające się szaty, po kilkunastu godzinach będą znacznie lepsze, niż te z końca gry.

To właśnie wyróżnia Zeldę na tle konkurencji

No dobrze, posypały się dziesiątki w prasie drukowanej i internecie. Zawrzało — jak to możliwe, że gra z dziecinną stylistyką będącym tytułem pomostowym (przypominam: The Legend of Zelda: Breath of the Wild ukazało się nie tylko na Nintendo Switch, ale także Wii U) zbiera lepsze noty od fenomenalnego Wiedźmin 3: Dziki Gon? Ano możliwe. Bo choć nie jest to pierwszy otwarty świat jaki nam w ostatnich latach zaproponowano, to ten zaskakuje plastycznością.

Ilością możliwości, rozwiązaniami i pomysłowością. Od premiery minęły dwa tygodnie — i nie ma dnia, abym nie trafiał na kolejne, odkrywane przez ludzi na całym świecie, małe-wielkie rzeczy. Bo to właśnie te tysiące niepozornych gestów, animacji, zachowań sztucznej inteligencji i możliwości składa się na wielkość dzieła. Szukanie nowych składników. Gotowanie smakołyków. Tworzenie eliksirów ze zdobytych wcześniej składników. Oswajanie napotykanych zwierząt. Kolejne zadanie poboczne. Podchodzenie do tej samej sytuacji na kilka sposobów — i każdy okazuje się być równie efektywnym. Wow!

Jeden cel, wiele dróg

Możemy obrać kilka stylów zabawy — nikt nie każe nam eksplorować całej mapy od A do Z. Jeżeli chcemy skupić się na fabule — wystarczy ślepo podążać za wskazówkami i migoczącymi wskaźnikami na mapie. Możemy zbierać co rusz silniejsze bronie i rozprawiać się z przeciwnikami. Ale to gra, która jest otwarta tuż po sekcji gdzie uczeni jesteśmy podstaw rozgrywki — więc można też od razu pognać na ostatecznego bossa. Rozprawienie się z nim w tej formie będzie wymagało od nas masy cierpliwości, umiejętności i sprytu. Ale kolejni speedrunnerzy udowadniają, że się da. W okolicach premiery grę kończono w ok. 3h. Teraz niektórzy śmiałkowie robią to w godzinę. Aż strach pomyśleć o jakich czasach będziemy czytać za kilka miesięcy.

Prawie wszystko tu zagrało

Przepiękny świat, fajnie opracowany system walki, dużo sekwencji zręcznościowych, a i nie zabrakło miejsca na zagadki. Te spotkamy głównie w świątynnych wyzwaniach, ale nierzadko zmuszą nas do kombinowania. Twórcy jednak nie przesadzili w żadną ze stron, wszystkie elementy są wyważone… rzekłbym — w sam raz. Niestety — kiedy robi się grę z takim rozmachem i decyduje się zrobić krok dalej w kwestii udźwiękowienia dialogów to miło byłoby, gdyby wszystkie z głównych rozmów były nagrane… a nie tylko ich początki.

Drugim „ale” jest fabuła — a może raczej jej brak. Przynajmniej w wydaniu, w jakim przyzwyczaiła nas konkurencja. Współcześnie od tak wielkich gier oczekuje się trzymającego w napięciu scenariusza z całym zestawem zawirowań — stąd rozumiem, że niektórzy w tej kwestii mogą czuć niedosyt i spory zawód. Choć nie powiem — w moim odczuciu archetypowa pomoc Zeldzie i rozprawienie się z Ganonem jest w zupełności wystarczającym pretekstem, by wpuścić nas do tego baśniowego świata.

Jak bardzo bym się jednak starał, zdarzających się tu i ówdzie spadków płynności animacji wybronić nie jestem w stanie. Te zdarzają się w obu wersjach gry. Nie, nigdy nie miałem przez nie żadnych problemów przy toczonych pojedynkach, jednak jest to techniczny aspekt o którym warto mówić na głos. I nie można go usprawiedliwiać — tym bardziej, że konkurencyjne produkty często zbierają za takie wpadki baty. Miałem też to szczęście, że ani razu nie trafiłem na żadne bugi — nie przebijałem się przez ściany, ani nie zawiesiła mi się konsola, choć podobno to się zdarza. Trzeba też pamiętać że niewielkie moce sprzętów są tu fantastycznie maskowane — wszystko dzięki obranemu kierunkowi artystycznemu. To pierwsza odsłona serii, gdzie w końcu udało się znaleźć idealny środek między kreskówkowym, a dorosłym designem światów.

Urzeka i wciąga na wiele godzin

The Legend of Zelda: Breath of the Wild to gra przełomowa. Taka która przedstawia zupełnie nową jakość. Po jej premierze wirtualne otwarte światy już nigdy nie będą takie same. Konkurencja musi zrobić co w jej mocy, by dorównać poziomowi najnowszej gry Nintendo. To nie jest kolejna produkcja, w której czekają na nas bezmyślne, wtórne, zadania poboczne. Wszystkie elementy są tam idealnie wyważone i dopracowane, a nawet za najdrobniejsze czyny jesteśmy nagradzani nas w taki sposób, że… chcemy więcej — i nie można się od tej zabawy oderwać. Pragniemy więcej polować, więcej zbierać, więcej kombinować. I zobaczyć co jeszcze dla nas przygotowano. I owszem — speedrunnerzy udowadniają, że to może być gra na godzinę. Dobrze wam jednak radzę przygotować sobie znacznie więcej czasu, co najmniej kilkadziesiąt godzin. Ale w mojej opinii najnowsza Zelda jest ich zdecydowanie warta.

Ocena: 9,5/10