81

Znany zawodnik MMA stanął w drzwiach hejtera…

Na hejterów nie ma lekarstwa - wniosek smutny, ale chyba trudno z tym polemizować. Bo jak przekonać ludzi (całą ich masę), by zaczęli się zachowywać przyzwoicie i nie obrażali (zazwyczaj anonimowo) innych? Straszenie sądem nie pomoże, prośby o wyluzowanie tym bardziej. Jedynym w miarę skutecznym sposobem jest chyba... złożenie osobistej wizyty. A jeżeli wygląda się jak Marcin Różalski, efekt może być podwójnie piorunujący.

Zawodnik MMA staje w drzwiach hejtera – tę scenę bardzo chciałbym zobaczyć. Intryguje mnie mina internetowego bohatera, twardziela znad klawiatury. Wizytę składał Marcin „Różal” Rożalski, którego część z Was pewnie dobrze kojarzy, to znana postać z rodzimego podwórka MMA, człowiek bardzo charakterystyczny m.in. ze względu na tatuaże. Serwis nowosci.com.pl opisuje krótko, jak sportowiec walczy z internetowymi hejterami. Różal był ponoć w trasie, gdy otrzymał personalia i adres osoby obrażającej go w Sieci. Postanowił złożyć mu wizytę. Zapukał do drzwi i…

O tym co wydarzyło się później w Toruniu krążą w mieście dwie nieco odmienne wersje. W obu przypadkach osoba, która zaatakowała „Różala” w sieci, najpierw mocno zbladła. Według pierwszej wersji Różalski odwrócił się i pozostawił przerażonego hejtera na progu domu. Według drugiej na odchodne miał mu jeszcze napluć prosto w twarz.

Jestem w stanie uwierzyć, że hejter zbladł. Wyobraźcie sobie, że w Waszych drzwiach staje zawodnik MMA, którego obrażaliście w internetach – wielki, silny facet, który nie wygląda na przyjemniaczka. Przed oczami pewnie przelatują niektóre sceny z życia i robi się rachunek sumienia. Po czymś takim internetowy bohater może zmienić zachowanie, przestanie pluć jadem przy każdym kontakcie z klawiszami.

Ktoś stwierdzi: ok, w drzwiach pojawił się zawodnik MMA, to facet zmiękł. Ale nie zareagowałby tak, gdyby to była aktorka, piosenkarz, polityk, pisarka czy piłkarz. Na pewno? Jestem zdania, że i w tym przypadku byłby szok. Nie chodzi bowiem o tatuaże i mięśnie, a o zderzenie z rzeczywistością: nie jestem tak anonimowy, jak mi się wydawało. Przy okazji ostatniego tekstu o pieniądzach dla kierowcy Seicento podobny wątek był poruszany w komentarzach: ludzie piszą w Sieci wszystko, co przyjdzie im do głowy, bo mają poczucie bezkarności, wydaje im się, że nie odpowiedzą za swoje słowa. A jeżeli nie ma konsekwencji, można zrobić wszystko.

O tym, że mogę mieć rację, najlepiej świadczą słowa samego Różalskiego:

– Znajomi moich hejterów, albo ich wrogowie, którzy ich kojarzą, często dają mi znać kim są. Wtedy często odpisuję im w prywatnych wiadomościach: „Januszu Iksiński z ul. Chabrowej 23 w Płocu, jak żyjesz?” – opowiadał w jednym z wywiadów. – Od razu milkną.

Nie trzeba stawać w drzwiach – wystarczy pokazać, że mur anonimowości runął. Podobne historie słyszałem od kolegów z branży, którzy trafiali na wyjątkowo wrednych komentujących. Część tych hejterów dało się namierzyć w łatwy sposób. Gdy dochodziło do kontaktu przestawali być bohaterami. Okazywało się, że to zwykły frustrat, nierzadko dziecko pozostające poza kontrolą rodziców. Taki przykład przywoływał niedawno Grzegorz, wtedy też mieliśmy do czynienia z namierzeniem hejtera, postarał się o to pewien jutuber. Przybywa zatem przypadków, gdy bohater z internetów musi się zmierzyć z realiami.

Czy te przypadki sprawią, że uspokoją się inni? Wątpię – rzesza hejterów stwierdzi, że oni są sprytniejsi i nie da się ich namierzyć. A nawet jeśli w drzwiach pojawi się obrażana osoba, to internauta rezonu nie straci. Oby rzeczywistość coraz częściej weryfikowała te założenia…