12

Uber stawia w swojej aplikacji na bezpieczeństwo pasażerów, ale powinien raczej prześwietlić swoich kierowców

Uber, wokół którego kontrowersje jakoś nie chcą ucichnąć, postanowił wprowadzić w swojej aplikacji kilka ciekawych opcji mających na celu podniesienie bezpieczeństwa podróżujących.

Jednym z takich pomysłów, który powinien znaleźć się niedługo w appce jest automatyczne wysyłanie powiadomień do pięciu wybranych, zaufanych kontaktów. Oznacza to, że kiedy zamówicie przewóz, system zasugeruje podzielenie się tą informacją, a następnie poinformuje wybraną osobę (lub osoby) o tym, że dotarliście do celu. Jedną z opcji ma być informowanie wskazanych osób jedynie o nocnych przejazdach. Ciekawy pomysł – i mówiąc szczerze największe wykorzystanie widzę w sytuacjach, gdy wsadzacie do Ubera znajomych, którzy…no cóż, niekoniecznie będą pamiętać, żeby dać znać czy bezpiecznie dotarli do domu.

Kolejną skupiającą się na bezpieczeństwie nowością ma być przycisk „911 assistance”, który jak rozumiem nie będzie się łączył ze służbami, ale pozwalał zgłaszać niebezpieczeństwo ustalając od razu naszą lokalizację na mapie oraz adres przy którym aktualnie jesteśmy.

Nie wiem na ile jest podobna inicjatywa jest możliwa w Polsce, natomiast zagraniczni użytkownicy aplikacji dostaną integrację systemu Ubera z systemem RapidSOS, który łączy się właśnie ze służbami bezpieczeństwa, przesyłając lokalizację i szczegóły podróży. Póki co pilotaż systemu odbywa się w Denver, ale jeśli pozytywnie przejdzie testy, powinien trafić do wszystkich.

Klient ma ponadto dostać możliwość oznaczania wykroczeń dokonywanych przez wiozących go kierowców. To brzmi bardzo ciekawie, część przewoźników traktuje przepisy drogowe dość umownie i fajnie byłoby móc to w szybki sposób oflagować w aplikacji.

Tylko czy na pewno to aby nie kierowca jest największym zagrożeniem?

No właśnie. Ta ostatnia opcja wydaje się najciekawsza. Jeśli na 10 przejazdów 1 budzi wątpliwości, w głowie zostanie właśnie on. Doskonały przykład przeżyłem wczoraj, korzystając z usług Ubera dwukrotnie w przeciągu kilku godzin, na tej samej trasie, ale w innych kierunkach. Rano odebrał mnie Sławomir w Alfie 159. Auto jak auto, trochę bałem się że skończymy na lawecie (taki żarcik, pozdrawiam kierowców Alf). Zadbane auto, sympatyczny kierowca, przyjemna poranna rozmowa (a dodam, że na ogół za takimi konwersacjami nie przepadam). Do tego bardzo bezpieczny przejazd, spokojny, ale nie było problemu z dojechaniem na czas. W drugą stronę wracałem z kierowcą jadącym nowym, bardzo zadbanym Renault Clio. Google po wpisaniu imienia sugeruje, że mógła być to osoba pochodząca z Azerbejdżanu. Mówił po angielsku, wątpię więc by miał jakiekolwiek pojęcie o zasadach panujących na polskich drogach. I niestety tak też wyglądała sama podróż. Na trasie kilku kilometrów kierowca dwukrotnie wymusił pierwszeństwo, jechał gwałtownie, a mną trochę rzucało na tylnej kanapie. Oczywiście mam gwiazdki i możliwość wysłania informacji zwrotnej, natomiast jakikolwiek dodatek, w postaci oceny właśnie bezpieczeństwa jazdy na pewno zachęci niejedną osobę do skorzystania z takiej opcji. Póki co od jakiegoś czasu fragment ekranu zasłania mi plansza z napiwkiem, który mogę zostawić kierowcy.

Co do zasady popieram wszystkie działania, które mają na celu podniesienie bezpieczeństwa kierowców korzystających z usług Ubera. Obawiam się jednak, że żadna z mających pojawić się nowości faktycznie tego bezpieczeństwa nie podniesie, a będzie jedynie medialną informacją, po której klienci mają się bezpieczniej poczuć. Oczywiście nie żeby normalni taksówkarze byli święci, sam kilka razy łapałem się za głowę jadąc jako pasażer lub musiałem brać trzy głębokie wdechy widząc jak bardzo niektórzy taksówkarze ignorują przepisy drogowe na ulicach Warszawy.

Niezależnie od tego jaki macie stosunek do Ubera i jak patrzycie na niego na polskich ulicach, trudno nie zgodzić się z tezą, że udało mu się zrobić coś dobrego dla naszego lokalnego rynku przewozów osobowych. myTaxi, iTaxi – w wielu aspektach lepsze (choć niekoniecznie tańsze) od Ubera nie rozwinęłyby się tak szybko, gdyby nie oddech szturmującej rynek konkurencji. Kilka dni temu, trochę na próbę, zamówiliśmy z Tomkiem taksówkę w klasyczny sposób, przez telefon. Rozmowa trwała kilka minut, Tomek 3 razy powtarzał swoje nazwisko i dwa razy adres – ale ostatecznie udało się. Kierowca miał przyjechać za 15 minut. Po 25 dyspozytorka zadzwoniła, że się jednak spóźni i dojedzie za 15-20 minut. Tak, dobrze myślicie – staliśmy już od ponad 10 minut pod biurem. Ostatecznie z 15 minut oczekiwania zrobiło się 45, grubo prawda? Kurs odwołaliśmy, myTaxi przyjechało pod redakcję 4 minuty po zamówieniu przejazdu w aplikacji, bez rozmów telefonicznych i powtarzania nazwiska. Ja wiem, że dla osób, które podróżują taksówkami sporadycznie to żaden problem, ale kiedy służbowy grafik dnia jest dość napięty, 45 minut czekania kontra 4 minuty czekania to zasadnicza różnica, która dyskwalifikuje pierwszego przewoźnika i w porównaniu z tym, co oferuje konkurencja – jest po prostu żenująco słaba.

źródło