520

Uber i Airbnb miały być rozwiązaniami idealnymi. Dlaczego zatem są banowane w kolejnych miastach?

Jedziesz na wakacje do większego miasta? Możesz tam dotrzeć z pomocą BlaBlaCar, na miejscu będziesz się przemieszczał dzięki aplikacji Uber, a zamieszkasz w lokalu znalezionym i wynajętym na Airbnb. Dekadę temu wyglądało to zupełnie inaczej, ale czasy się zmieniają, pojawiają się nowe rozwiązania, w założeniu żyje się lepiej. Ekonomia współdzielenia zrobiła swoje i cały czas się rozwija - dotyczy to zarówno przywołanych usług, jak i pomysłów z innych działek - niebawem wszystko będziemy dzielić. Sęk w tym, że w niektórych przypadkach z samej idei już niewiele zostało i sprawy mocno się skomplikowały.

Uber wywołuje kontrowersje od lat – chyba nie muszę tego nikomu uświadamiać. Sprawa nie dotyczy tylko naszego podwórka – chociaż u nas dochodziło do poważnych ekscesów, w ruch poszedł nawet słoik z fekaliami, a taksówkarze kilka razy urządzali duże protesty, to w innych krajach działo się jeszcze bardziej. I regularnie docierają do nas wieści o kłopotach firmy w kolejnym mieście czy kraju. W Polsce też szykuje się zmiana przepisów, która unormuje funkcjonowanie tej usługi. Czy to zakończy spór i zamknie temat? Pożyjemy, zobaczymy. Wiele będzie zależało nie tylko od nowych przepisów, ale też stopnia zadowolenia „starej gwardii”, czyli biznesu taksówkarskiego.

To właśnie on jawi się dzisiaj jako główny przeciwnik uberowców. Podaje argumenty, które nierzadko mają sens, wskazuje np., że Uber to nie ekonomia współdzielenia, wokół której zrobiono tyle szumu, lecz biznes prowadzony poza obowiązującymi przepisami. Z pomocą aplikacji mieli dorabiać emeryci czy studenci, a przerodziło się to w pracę na pełen etat, budowanie firm przewozowych korzystających z platformy. Gdzieś zatracił się pierwotny zamysł tego projektu. O ile jednak narzeka na to konkurencja, o tyle klienci zazwyczaj nie mają z tym problemu: przekonują, że Uber stworzył usługę zmuszającą innych do działania, pozwolił obniżyć ceny. A że są kontrowersje? Trudno, zdarza się.

Jeszcze ciekawszym przykładem jest Airbnb. Niedawno Tomasz opisywał swoje wrażenia po skorzystaniu z serwisu, sam też byłem z niego zadowolony, szybko znalazłem mieszkanie, wynająłem je bez kłopotu, skorzystałem z wzorowej usługi. Sęk w tym, że chwalę jako turysta, a dla lokalnych społeczności serwis stał się koszmarem. Sytuacja podobna: to miała być platforma do dorabiania i łączenia ludzi, przyjezdnych z lokalsami. A przerodziła się w konkurencję dla branży hotelarskiej. Ta domaga się sprawiedliwości, bo obowiązują ją rygorystyczne przepisy, na które właściciele lokali dostępnych w Airbnb mogą machnąć ręką. Ale na alarm biją też mieszkańcu popularnych wśród turystów miast.

Ostatnio zrobiło się głośno o Paryżu, który chce utemperować Airbnb i właścicieli lokali, lecz wcześniej na podobne kłopoty zwracano uwagę w USA czy innych miastach europejskich. W czym rzecz? W rosnących czynszach. Z rynku znikają mieszkania dostępne długoterminowo lub stają się bardzo drogie, bo właściciele wolą je wynajmować na kilka dni. Mieszkania są kupowane pod taki wynajem, niektórzy zrobili z tego lukratywny biznes. A że wszystko wydarzyło się doc szybko, rynek nieruchomości doznał wstrząsu. Chyba nie tak to miało wyglądać, w założeniu serwis nie powinien doprowadzać do takich patologii.

W obu przypadkach zrobiło się nieciekawie, trudno tu mówić o jakimś uwzięciu się polityków, urzędników czy „starego biznesu” na nowe, innowacyjne pomysły. Bo te pomysły obiecywały co innego. I chociaż Airbnb uszczęśliwił turystów, wyrządził krzywdę lokalsom. Pewnie ktoś stwierdzi, że w końcu rynek sam się naprawi i problem zniknie, że nie trzeba tu nakazów i zakazów, ale mnie jakoś trudno w to uwierzyć. Prędzej dojdzie do tego, że starzy mieszkańcy zaczną wyjeżdżać z tych miast. Tyle zostanie ze współdzielenia przestrzeni, emocji i wrażeń. Kto wie, może za jakiś czas ten problem dotknie i nasze miasta? Wtedy będziemy się zajmować nie tylko „rewolucją”, jaką zapoczątkował Uber…