7

Czy poznaliśmy już najlepszy film roku? Trzy billboardy za Ebbing, Missouri – recenzja

Będę powtarzał do znudzenia i nawet rozpocznę od tego swoją recenzję - nie oglądajcie żadnego ze zwiastunów przed wybraniem się na ten film do kina. Wybrane sceny powinny być niespodzianką i gdybym się ich nie spodziewał, to zrobiłyby na mnie jeszcze większe wrażenie. A i bez tego "Trzy billboardy..." hipnotyzują i nie pozwalają wyrwać się z tej opowieści.

Po seansie możecie mieć wrażenie, że film ten oparto o prawdziwą historię, ale tak nie jest. Tę historię Martin McDonagh napisał od zera. Zajął się też reżyserią i prawdopodobnie „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” staną się dla niego bramą do nowego rozdziału w karierze. Film jest bardzo wysoko oceniany od samego początku, ale nie chciałem w te zachwyty uwierzyć dopóki sam nie zobaczę go w kinie. Po seansie nie mam wątpliwości, że jest to tytuł, którego przegapić nie można. Nie uświadczymy tu spektakularnych pościgów, eksplozji czy strzelanin – zdecydowanie lepiej jest zanurzyć się w tę małomiasteczkową atmosferę w kinowej ciszy. Na pokazach „Trzech billboardów…” raczej nie spotkacie przypadkowych widzów.

Historia z „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” mogłaby zdarzyć się naprawdę

Już pierwsze ujęcia zasysają nas w rzeczywistość, gdzie z pozoru niewiele może się zdarzyć, ale wystarczy iskierka, by wybuchł pożar. To nie gwałt i morderstwo popełnione na córce głównej bohaterki wstrząsają Ebbing w stanie Missouri. To działanie samotnej matki, Mildred Hayes, prowokuje i daje do myślenia. Popycha mieszkańców do działań. Gdy siedmiomiesięczne dochodzenie nie przynosi żadnych rezultatów, Mildred nie zamierza czekać z założonymi rękami na informację o umorzeniu sprawy. Wynajmuje powierzchnię na trzech billboardach niedaleko jej domu, przy mało uczęszczanej drodze. To nie przeszkadza jednak, by ich zawartość pozostała zauważona. Już w chwili zamieszczania banerów ich treść zwraca na siebie uwagę. Zarzut niedoprowadzenia sprawy do końca, wymierzony prosto w lokalnego szeryfa, który wymieniany jest z nazwiska, wstrząsa społecznością. Większość z mieszkańców staje murem za stróżem prawa, ale znajdują się i tacy, którzy sprzyjają Mildred. W pewnym momencie możemy odnieść wrażenie, że pozostała sama na placu boju i nie ma szans na wybrnięcie z konfliktu, ale jej uporczywość nie pozwala odpuścić.

Nie fabuła, a postacie są tutaj najważniejsze

Sama historia wydaje się mało oryginalna i faktycznie nie doczekacie się tu nagłych zwrotów akcji, skoków tempa i cliffhangerów. Pierwsze skrzypce odgrywają tu postacie wykreowane przez Frances McDormand (Mildred Hayes) i Sama Rockwella. Świetnie wypada też Woody Harrelson (szeryf Bill Willoughby). To oni sprawiają, że trudno jest nie być ciekawym dalszego przebiegu akcji. Choć nie przedstawiono ich z bliska, to wydaje nam się, że znamy ich od dawna. Pierwsza dwójka wzbiła się na wyżyny swoich aktorskich możliwości, a największe ukłony należą się Rockwellowi, który zagrał oficera Jasona Dixona – człowieka z problemami, uprzedzeniami i pełnego kompleksów.

Nie chciałbym zdradzać zbyt dużo na temat fabuły, ale zaznaczę, że końcówka mnie zdecydowanie usatysfakcjonowała. Wiem, że pojawiło się sporo narzekań właśnie na ten element, ale jestem przekonany, że gdybyśmy dostali kolejne kilkanaście minut filmu, to malkontentów byłoby jeszcze więcej. Jest miejsce na interpretację i to podoba mi się najbardziej. Siłą tego filmu jest właśnie możliwość odniesienia się do wydarzeń na ekranie, ponieważ to, co widzimy, można potraktować nawet jako Stany Zjednoczone w pigułce. A przynajmniej niektóre okresy z historii tego kraju. To, do jakiej eskalacji może dojść w obrębie niewielkiej społeczności budzi obawy, a nawet i strach. Całość podszyto wręcz fenomenalnym humorem, którego musicie doświadczyć.

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” był nominowany w 6 kategoriach i zdobył 4 Złote Globy, ma na koncie 9 nominacji BAFTA i 7 nominacji do Oscarów. Czy poznaliśmy już najlepszy film roku? Osobiście wskazałbym raczej „The Post”, czyli „Czwartą władzę„, ale statuetki mówią co innego.