26

Jeszcze w tym roku zobaczysz, jak 20 kierowców mknie na torze w superszybkich Teslach

Przychodzicie na tor wyścigowy, wygodnie rozsiadacie się na swoim miejscu, a po chwili oglądacie 20 kierowców mknących w samochodzie marki... Tesla. Mokry sen fana amerykańskiej korporacji? Pewnie tak. Ale niebawem może się on ziścić, a wszystko za sprawą Electric Production Car Series - cyklu, w którym rywalizować będą wyłącznie elektryczne maszyny. Póki co na rynku nie znajdziemy ich zbyt wiele, więc o trofeum powalczą zespoły dysponujące tym samym modelem samochodu.

Tesla może zyskać reklamę, o którą specjalnie nie zabiega. Bo nowy cykl wyścigów dzieje się poza strukturami firmy, ta ostatnia zdaje sobie sprawę z jego tworzenia, ale jakoś szczególnie nie zamierza się angażować. Co więcej, z czasem mogą się pojawić problemy, bo korporacja nie musi być zadowolona, gdy dojdzie do prób majstrowania np. w oprogramowaniu aut. A zespołom może na tym zależeć, bo z samochodu przeznaczonego do poruszania się po drogach, zechcą uczynić maszyny przeznaczone do ścigania się na torze. Ograniczenia narzucone przez producenta w końcu pewnie zaczną przeszkadzać. Trzeba będzie szukać nici porozumienia.

Nim jednak dojdzie do sporów, upłynie wiele czasu – na razie cykl wyścigów jest w powijakach. Organizacja Electric GT, która stoi za cyklem Electric Production Car Series na razie poinformowała, że seria została zatwierdzona przez FIA (Fédération Internationale de l’Automobile), czyli Międzynarodową Federację Samochodową – organizację zarządzającą sportem samochodowym od przeszło stu lat i działającą w globalnej skali. Czy to nieistotne wydarzenie, po prostu postawienie kropki nad „i”, czysta formalność? Okazuje się, że nie, o tę zgodę trzeba było długo się starać, zasady i wymogi są bardzo restrykcyjne. Teraz będzie łatwiej?

W jakimś stopniu pewnie tak – zielone światło od FIA czyni cykl wiarygodnym, a to powinno sprawić, że pojawią się zespoły, kibice, duże pieniądze. Jak zatem będzie wyglądała seria? Konkretów na temat kalendarza imprez na razie brak – konieczne jest wybranie odpowiednich torów, zrobienie wokół tego odpowiedniego szumu, pozyskanie 20 kierowców, którzy będą się ścigać samochodami Tesla Model S P100D (odpowiednio zmodyfikowanymi). O samych zawodach wiadomo na razie tyle, że kierowcy mają się ścigać zarówno w dzień, jak i o zmroku, przewidziano dystans 60 km. Moc maszyn ma być ograniczona do 585kW, wspomina się także o drifcie.

Czy to jest przecieranie szlaku elektrycznych wyścigów? Nie, przecież Formuła E działa od kilku lat, czekają ją nawet poważne zmiany, dzięki którym stanie się jeszcze bardziej atrakcyjna – wzrosną prędkości maszyn, pęknąć może granica 300 km/h. Pojawiają się kolejne projekty, ale też firmy, które chcą w tym brać udział. Z jednej strony Electric Production Car Series nie będzie dziewiczą wyprawą, pokazaniem światu, że wyścigi elektryków też mogą być widowiskowe, z drugiej strony, organizacja ma już fundament, na którym może budować swoją imprezę.

Jak długo kierowcy w tym cyklu będą się ścigać wyłącznie maszynami Elona Muska? To zależy od konkurencji: jeśli pojawią się auta o podobnych osiągach od konkurencji (a to kwestia czasu), zespoły pewnie zaczną eksperymenty, dogadywanie się z innymi koncernami. Kibice będą pewnie mieli zagwozdkę: lepiej oglądać 20 kierowców w elektrykach marki Tesla, patrzeć na to, jak udało się je zmodyfikować na różne sposoby, czy obserwować zmagania różnych pojazdów elektrycznych? Wszystko wyjdzie w praniu.