68

CD-ki i winyle popularniejsze od cyfrowej dystrybucji muzyki. I bardzo dobrze

Zgodnie z moimi oczekiwaniami usługi streamingujące muzykę kompletnie zmieniły nie tylko nasz sposób konsumpcji treści, ale również sam rynek. Wszyscy spodziewali się, że płyty CD i winyle odejdą do lamusa, tymczasem swój żywot kończy ta nowoczesna, cyfrowa dystrybucja muzyki.

Płyty CD i winyle popularniejsze niż albumy cyfrowe

Przez kilka ostatnich lat obserwowaliśmy zmiany na rynku dystrybucji muzyki. Klasyczne, fizyczne nośniki – takie ja płyty CD i płyty winylowe były popularniejsze od cyfrowych wersji albumów ostatni raz w 2011 roku. Na szczęście wszystko wraca na swoje miejsce.

Według raportu RIAA za rok 2017 cyfrowa sprzedaż muzyki osiągnęła wartość 1,3 miliarda dolarów, podczas gdy sprzedaż płyt CD i winyli 1,5 miliarda dolarów. Za tę zmianę należy obwiniać (lub dziękować – jak wolicie) streamingowi. Ten cały czas rośnie i zawdzięczamy mu prawie dwie trzecie całego przychodu uzyskanego z dystrybucji muzyki, a sam wzrost wynosi aż 43 procent. Co ciekawe, dzięki streamingowi zanotowano ogólne wzrosty na rynku muzycznym, którego wartość wynosi obecnie aż 8,7 miliarda dolarów. Warto dodać, że o takich pieniądzach mówiło się ostatnio 10 lat temu.

[/okladka] Woman dj portrait with vinyl record and headphones

Jak zauważa serwis The Verge, sytuacja wciąż jest dynamiczna i widać nowe trendy na rynku. Taki na przykład Amazon sprzedaje kosztujące 4 dolary/miesiąc abonamenty oferujące dostęp do całego swojego katalogu muzyki, ale tylko na jednym urządzeniu Echo. Jestem bardzo ciekawy czy taki właśnie będzie trend na przyszłe lata, na razie wiem tylko, że coraz więcej osób inwestuje w klasyczne abonamenty takich usług, jak Spotify czy Apple Music. Amazon zdradza bowiem, że notuje duże wzrosty zainteresowania odtwarzaniem muzyki właśnie na elektronicznym asystencie.

Nie kupuję płyt w cyfrowej dystrybucji

Słuchanie muzyki dla każdego oznacza coś innego. Jednemu wystarczy radio i puszczanie czegokolwiek z YouTube, najlepiej popularnych utworów typu Despacito czy Miłość w Zakopanem. Ktoś inny zamówi co miesiąc kilka płyt, będzie kupował gazety związane z ulubionymi gatunkami i wykonawcami. Ja zaliczam się do tej drugiej grupy, od ponad 20 lat interesuję się ciężką muzyką i choć zrezygnowałem z zaopatrywania się w papierowe magazyny, wciąż śledzę tak zwaną scenę, czytam wywiady i wiem jakie nowe albumy się ukażą. Chodzę też na koncerty, oczywiście na tyle, ja ile pozwala mi na to czas. Wydaje mi się więc, że jestem trochę bardziej świadomym odbiorcą niż przeciętny „słuchacz muzyki”. I choć wciąż zaopatruję się w fizyczne wersje płyt, to cyfrowej dystrybucji w ogóle nie dotykam.

Płacąc za album chcę mieć coś namacalnego – przejrzeć okładkę, mieć w dłoniach srebrny lub czarny krążek. Wtedy czuję, że wsparłem wykonawcę, a i sam mogę dotknąć czegoś, za co zapłaciłem. Cyfrowe wersje posiadanych albumów rippowałem kiedyś sam – tylko po to, by przerzucić je na „mp3jkę” i zabrać w podróż czy na spacer. Porzuciłem ten pomysł wraz z pierwszymi miesiącami obcowania ze Spotify – przy tak dużej bibliotece, w której mogę znaleźć nawet dość podziemną muzykę, nie ma to już sensu. Tak samo nie ma moim zdaniem sensu kupowanie cyfrowych wersji płyt, skoro odchodzi ich podstawowy atut – możliwość zabrania jej ze sobą na smartfonie. A odchodzi, bo są usługi streamingujące, cały trend rezygnowania z kupowania muzyki w cyfrowej formie brzmi więc logicznie i doskonale go rozumiem.

Jedyny sens widzę natomiast w docenieniu pracy i talentu wykonawców przez osoby, które nie chcą mieć w domach plastikowych pudełek ze srebrnymi krążkami. Ale bądźmy poważni – jeśli taki sam, a nawet łatwiejszy dostęp, gwarantują nieporównywalnie tańsze abonamenty usług streamingujących, to najprawdopodobniej niedługo nikt już nie będzie kupował muzyki w formie cyfrowej. Bo i po co?

Trzeba natomiast pamiętać, że prawdziwy zarobek ze sprzedaży albumów w jakiejkolwiek formie zarezerwowany jest wyłącznie dla zespołów czy artystów, za którymi nie stoją duże wytwórnie. Mówię tu zarówno o „dużych” wykonawcach, którzy się usamodzielnili, jak i totalnym podziemiu, gdzie zespoły robią wszystko na własną rękę. W przypadku bycia częścią dużej wytwórni, do twórców trafia tylko mała część kasy. W świecie muzyki zarabia się przede wszystkim na koncertach i tak zwanym „merczu”, czyli koszulkach i gadżetach.

Doskonałym przykładem dobrze naoliwionej maszyny, będącej równocześnie prężnie działającą firmą jest nasz rodzimy zespół Behemoth. Chłopaki spędzają w trasie większość roku, grają koncerty na całym świecie, prowadzą przy okazji własny sklep, w którym można nabyć nie tylko albumy czy koszulki, ale również całą masę gadżetów typu klamry do pasków, wisiory czy nawet skórzane portfele. Sami muzycy reklamują też swoimi nazwiskami gitary lub akcesoria do perkusji, stają się ambasadorami marki. A jak sami się domyślacie, za tym też idą pieniądze. A nawet jeśli nie, to chociaż są wyposażani w sprzęt, który na tym poziomie kosztuje ogromne pieniądze.

grafika:
Daxiao_Productions/Depositphotos
sqback/Depositphotos

źródło