32

StarCraft II, czyli jak pokochałem e-sport

Autorem tekstu jest Tomasz „KoZa” Kozioł Przez wiele lat miałem wrażenie, że e-sport jest rozrywką zarezerwowaną dla bardzo nielicznego, wyselekcjonowanego grona, zaś dla większości śmiertelników pozostając jedynie kolejnym podgatunkiem Science-Fiction. Paru gości spotyka się gdzieś w piwnicy, żeby pochwalić się swoimi umiejętnościami przed innymi, podobnymi sobie. Wiecie, okulary z optyką podobną do teleskopu Hubble’a, kręgosłup […]

Autorem tekstu jest Tomasz „KoZa” Kozioł

Przez wiele lat miałem wrażenie, że e-sport jest rozrywką zarezerwowaną dla bardzo nielicznego, wyselekcjonowanego grona, zaś dla większości śmiertelników pozostając jedynie kolejnym podgatunkiem Science-Fiction. Paru gości spotyka się gdzieś w piwnicy, żeby pochwalić się swoimi umiejętnościami przed innymi, podobnymi sobie. Wiecie, okulary z optyką podobną do teleskopu Hubble’a, kręgosłup wygięty zgrabnie niczym elficki łuk, pikowany sweter od babci, dziewczyny tylko w jot-pe-gie. Kochane stereotypy.

Z mojego punktu widzenia, pytań było wiele. Byłem jeszcze w stanie zrozumieć sam fakt, że takie turnieje się pojawiają i że producenci sprzętu są chętni sponsorować najlepszych graczy w zamian za oklejenie ich powierzchni reklamowej – czyt.: T-shirtu – swoimi znakami towarowymi. Nie byłem w stanie jednak pojąć, co jest ciekawego w oglądaniu, jak ktoś gra w Quake’a czy innego Counter Strike’a? A przecież musi być w tym coś intrygującego, skoro organizowane są turnieje – tych się na ogół nie robi się dla samej idei. Liczy się rachunek ekonomiczny, a bez widzów tenże rachunek nie wychodziłby zbyt korzystnie dla organizatorów.

Starcraft-II1-580x331

Cóż, można powiedzieć, że StarCraft II otworzył mi oczy. To, że zrozumiałem, co może być ciekawego w e-sporcie, to jedno. Zaś to, jak bardzo nieprawdziwe – jak to zresztą często bywa – mogą być pewne stereotypy, to drugie.

Cyfrowy Beckham

Chyba największe zdumienie przeżyłem parę lat temu, gdy pierwszy raz trafiłem gdzieś w Internecie na transmisję turnieju, prowadzonego bodaj we Francji. O ile jeszcze europejska część publiki nie przyprawiła mnie o zawał serca, choć i tak trochę dziwiła, o tyle to, co było udziałem ekipy koreańskiej, nie mieściło mi się w głowie. Oto widziałem kilku graczy z wystylizowanymi fryzurami, w modnych ciuchach, wchodzących na scenę z pewnością siebie, w rytm aplauzu rozentuzjazmowanych fanek, skandujących ich imiona. Moje wyobrażenie o nerdach w piwnicy zostało obrócone w popiół.

Faktem jest, co prawda, że europejscy czy amerykańscy gracze nie cieszą się nadal tak powszechną adoracją, jaka spotyka graczy StarCrafta z Korei Południowej. Choćby dlatego, że we wspomnianej Korei Południowej StarCraft jest praktycznie sportem narodowym, popularnym do tego stopnia, że poświęcono mu nawet parę kanałów telewizyjnych, zaś gracze na kontraktach zarabiają ok. trzykrotności średniego rocznego wynagrodzenia swoich rodaków. Kwestia ta mnie zafascynowała, postanowiłem więc przyjrzeć się e-sportowi trochę bliżej. I tak zaczęły pękać kolejne mity.

Przede wszystkim okazało się, że podobnym turniejom mogą towarzyszyć prawdziwie sportowe emocje. I to emocje przeżywane w prawdziwie epickiej oprawie. Wystarczy wspomnieć chociażby taki IGN Pro League, który miał miejsce w Las Vegas. Zresztą, Polska też stawia w tym zakresie już swoje pierwsze kroki. W roku 2011 miałe okazję być na turnieju odbywającym się w warszawskich Złotych Tarasach, na jednym z największych ekranów kinowych w Polsce. Fakt, było duszno, parno i ludzie sobie praktycznie siedzieli na głowach, ale… cóż, nasza publika jak zwykle pokazała, że na kibicowaniu się zna jak żadna inna narodowość, co zresztą zostało zauważone też przez zagranicznych komentatorów. I to był rok 2011! Teraz mamy już na swoim koncie też, nazwijmy to, wielkoszlemowy turniej z cyklu Intel Extreme Master, który odbył się w Katowicach.

intelextrememasters_580

Tu muszę podkreślić coś, co zostało powiedziane przed chwilą. Na jednej z największych kinowych sal ludzie siedzieli sobie praktycznie na głowach, żeby móc obejrzeć turniej na żywo. Nie widziałem tylu osób w kinie nawet podczas halloweenowych maratonów z horrorami, a możecie mi wierzyć, że wtedy przychodzą po prostu tłumy.

Optymalnym byłoby oglądanie turniejów e-sportowych tylko w takich warunkach, jak opisane powyżej. Jak się jednak domyślacie, nie jest to możliwe. Szczęśliwie, w sukurs przychodzi stary dobry Internet. Niektóre z gier są tak popularne, że duże, wysokobudżetowe turnieje są rozgrywane praktycznie co tydzień i streamowane za darmo. Chcecie się przekonać, czy e-sport jest dla Was? Wybierzcie którąś ze swoich ulubionych, turniejowych gier i sprawdźcie na przykład, kiedy jest najbliższe MLG, czyli Major League Gaming, podczas którego możecie obejrzeć League of Legends, kilka różnych shooterów czy mojego ukochanego StarCrafta. Innym sposobem jest po prostu wejście na YouTube’a. Na ogół nie znajdziecie tam archiwalnych filmów z największych turniejów, gdyż dostęp do tych często jest płatny, ale nie brakuje kanałów osób, które zajmują się – często nawet profesjonalnie – komentowaniem różnych gier. W zakresie blizzardowskiej strategii możecie sprawdzić takie kanały, jak HuskyStarCraft, HDStarCraft czy Day[9] i przekonać się, jak wam się podoba taka rozrywka.

e-sport to nie sport…?

Mimo powyższej pochwalnej ściany tekstu, doskonale rozumiem, że możecie podchodzić do e-sportu, jak pies do mięsnego jeża. Mi na przykład dużo czasu zajęło pozbycie się innego ze stereotypów – e-sport przecież nie wiąże się z żadnym wysiłkiem. Ergo: w e-sporcie nie ma czego podziwiać. To tylko zabawa dla graczy, a nie konkretne umiejętności, nic wielkiego. W takiej piłce nożnej człowiek musi trenować całe życie, a najlepiej, jeśli przy okazji urodzi się pod szczęśliwą gwiazdą, gdzieś w Brazylii, i to od razu z korkami na nogach. Podobnie, część ludzi, ze względu na wychowanie, nadal uważa, że praca inna niż w polu, to nie praca, ponieważ nawet się człowiek nie spoci. A e-sport to nie sport. I tak, i nie.

Oczywiście, e-sport nie sprawi, że biceps zacznie wam przeszkadzać w myciu zębów, nie zmieni też brzucha w praktyczną tarkę do prania bielizny. Ale tak wygląda sprawa z perspektywy osoby uprawiającej daną dyscyplinę czy grającej w daną grę. Zaś z punktu widzenia obserwatora, sport oraz e-sport mają zaskakująco dużo wspólnego. Zanim jednak się o tym powie, trzeba ustalić pewne kwestie.

Przede wszystkim, nie da się oceniać e-sportu, którego się nie zna, tak jak i nie da się ocenić sportu, którego się nie rozumie. Mógłbym powiedzieć, że football amerykański to skrajnie idiotyczna bieganina z dziwnie spłaszczoną piłką, zaś snooker wzbudza tyleż emocji, co podziwianie starszego pana podlewającego asfalt na podwórku. Tylko że moja opinia nie będzie warta funta kłaków, jeśli nie poświęciłem nawet odrobiny energii, żeby zrozumieć zasady. Przypuszczam, że każdy, kto zna reguły snookera, siedział jak na szpilkach, oglądając starcie O’Sullivana z Higginsem. Przez analogię, ktoś mógłby powiedzieć, że profesjonalny StarCraft II to nic nieznacząca zabawa dwóch chłopców. Pytanie tylko, czy ten ktoś w ogóle rozróżnia rasy, nie mówiąc już o jakichkolwiek strategiach? Jeśli nie, to ciężko oczekiwać, że doceni nieszablonowe strategie White-Ra, chore macro Stephano i wzbudzające trwogę micro MarineKingPrime. Zanim więc ktoś skreśli e-sport, niech najpierw spróbuje obejrzeć profesjonalnie poprowadzony turniej z gry, którą zna trochę lepiej niż tylko z tego, jak się prezentuje na sklepowej półce.

Trzeba tu też wspomnieć o rzeczy, która się wydaje absolutnie oczywista w przypadku sportu tradycyjnego. Otóż, e-sport nie jest jednorodną masą, lecz składa się na niego wiele dyscyplin, z których każda jest po prostu reprezentowana przez daną grę. Nie da się ocenić rozrywkowości LoLa na podstawie obejrzanych transmisji ze StarCrafta, tak jak nie da się porównać skoków narciarskich i wyścigów formuły pierwszej. Wiele osób traktuje e-sport jak jeden podmiot, wrzucając wszystko do jednego worka. To trochę jak ocenianie piwa – jako wszystkich trunków, które mieszczą się pod tą nazwą – po wypiciu pierwszej w życiu butelki. Człowiek jeszcze nie wie, że istnieje coś takiego, jak lager czy stout, a już podejmuje próby podjęcia decyzji, czy zupa jęczmienna jest warta uwagi, czy też nie.

Z drugiej strony, nie należy też popadać w paranoję – nie trzeba być ekspertem, by znaleźć przyjemność w transmisjach czy to sportowych, czy e-sportowych. Nie rozumiecie takich pojęć, jak „six pool”, „Maka racks” czy „forge fast expand”? Nie szkodzi, obejrzycie parę meczy i już będziecie wiedzieli, na czym polegają wszystkie te taktyki. Tu chodzi jedynie o podstawy. Podstawy, których możecie nawet nabrać przez samo oglądanie meczy, jeśli macie w sobie tyle dobrej woli i nie odbijecie się przy pierwszym podejściu, uznając, że to nie dla Was. Na zachodzie coraz częściej spotyka się osoby, które nigdy nie grały w StarCrafta, ale regularnie oglądają mecze. Swego czasu tą sytuacją zaskoczyli się nawet sami komentatorzy, którzy też żyli w świętym przekonaniu, że mimo wszystko ich widzami są tylko gracze.

Let’s Get Ready to Rumble!

Wiemy już, że żeby zabrać się za e-sport, najlepiej wziąć na warsztat grę, którą się zna, mając świadomość przy okazji, że nie da się na jej podstawie ocenić wrażeń płynących ze wszystkich gałęzi elektronicznej rywalizacji. Co się więc stanie, jeśli dasz szansę profesjonalnej, elektronicznej rywalizacji? Szukając odpowiedzi na to pytanie, skupię się już tylko na jednej gałęzi e-sportu, czyli przywoływanym wielokrotnie StarCrafcie, a konkretniej jego drugiej odsłonie. Próbowałem innych tytułów i, jak się okazało, nie trafiły w mój gust tak bardzo, jak właśnie ten piękny koń ze stajni Blizzarda. Myślę, że nawet w tym wypadku możemy mówić o pewnym czynniku obiektywnym – otóż, akcja w StarCrafcie jest łatwa do śledzenia, w przeciwieństwie do takich na przykład pierwszoosobowych strzelanek. Widok na mapie jest przejrzysty, zaś wprawny komentator potrafi wychwycić wszelakie niuanse i poprowadzić widza przez nie za rączkę. Znacznie trudniej jest to zrobić, kiedy patrzy się na rozgrywki drużynowe, próbując śledzić poczynania wszystkich graczy z ich własnej perspektywy.

starcraft22

Zaczynając przygodę z oglądaniem e-sportu, przede wszystkim istnieje szansa, że się po prostu wkręcisz, zaś repertuar Twoich ulubionych rozrywek ulegnie poszerzeniu. To jak z oglądaniem piłki nożnej czy siatkówki – jeśli trochę rozumiesz daną grę, jesteś w stanie docenić kunszt zawodników, których oglądasz, i poczuć napięcie oraz masę emocji, gdy szala zwycięstwa przechyla się to w jedną, to w drugą stronę. Sam, po blisko trzech latach, StarCrafta II naprawdę nieźle rozpracowałem, głównie w sferze teoretycznej, ponieważ z praktyką jest u mnie, jak u paralityka po przejściach. Dlatego też nie raz zdarzało mi się już oglądać mecze z zapartym tchem, w szczególności wtedy, gdy walczyli gracze, których znam i lubię. Z czasem zacząłem niemalże instynktownie doceniać i darzyć szacunkiem co bardziej wytrawne strategie, zdolności wielotorowego myślenia i atakowania z kilku stron jednocześnie. Im lepiej poznawałem reguły gry, tym bardziej imponowały mi umiejętności poszczególnych graczy.

Tu zresztą dochodzi kolejny element, który burzy przytoczone wcześniej stereotypy – zawodowcy w StarCrafcie to tacy sami ludzie, jak wszyscy inni. Budzą sympatię lub nie, można im kibicować lub też nie. Sam mam kilku swoich ulubieńców, jak White-Ra, Stephano, TheLittleOne tudzież pozostali zawodnicy z Team Liquid czy też nasi rodacy, MaNa i Nerchio. Właśnie, rodacy. Gdy oglądam turnieje z udziałem któregoś z naszych reprezentantów, czuję się jak w te wszystkie weekendy, kiedy czekało się na skok Małysza. Nasi gracze mają naprawdę dobre wyniki, daleko lepsze od tego, co osiągamy w piłce nożnej. Może warto byłoby zwrócić na nich większą uwagę?

Friday Night Magic

Mam nadzieję, że udało mi się przedstawić Wam e-sport, jako rozrywkę, która nie jest zarezerwowana czy to dla nerdów, czy dla najbardziej hardcore’owych graczy. Szczerze mówiąc, po cichu marzy mi się, że e-sport kiedyś stanie się u nas tak popularny, jak na zachodzie, o Korei nie wspominając. Niesamowicie podoba mi się wizja wypadu do pubu na transmisję Major League Gaming – albo może wtedy już jakiegoś naszego lokalnego turnieju wielkoszlemowego – w towarzystwie kumpli i kilku browarów z pianą na dwa palce.

Brzmi jak fikcja? Mogę już teraz powiedzieć, że fikcją ten koncept nie jest – żeby daleko nie szukać, można przywołać przykład inicjatywy zwanej BarCraft. Tak, to po prostu StarCraft, tylko że w barze – rozrywka ciesząca się coraz większą popularnością w Stanach, wchodząca powoli na salony w Europie. A i u nas ostatnio pojawiają się podejścia do tego tematu, na przykład w Warszawie.

Niestety, w Polsce mamy na razie ten problem, że wiele dziedzin popkultury jest traktowanych jako rozrywka niższego sortu. Nie jest głupio przejść się na hamujący rozwój mózgu film za 30 zł od osoby, ale oglądanie transmisji z turnieju gier komputerowych? Niektórzy nie są w stanie w ogóle pogodzić się z taką koncepcją spędzania wolnego czasu. Miejmy więc nadzieję, a przynajmniej ja ją mam, że z czasem i e-sport doczeka się u nas statusu normalnej rozrywki. Czego sobie i Wam życzę.