11

Recenzja Razer Man O’War. Koniec z kablami, niech żyje wolność!

W świecie profesjonalnego gamingu nie ma miejsca na bezprzewodowy sprzęt. Wśród firm takich, jak Roccat, SteelSeries czy właśnie Razer dominują urządzenia przewodowe. Rynek jednak wymusza na nich wprowadzanie urządzeń pozbawionych kabli - takich jak Razer Man O'War.

Nie przepadam za stricte gamingowymi słuchawkami, bo nie używam ich na ogół jedynie do grania. Dlatego tak mocno do gustu przypadły mi HyperX Cloud, które oparto na audiofilskich Takstar Pro 80. W rezultacie nie tylko fantastycznie brzmią w grach, ale też doskonale sprawdzają się podczas słuchania muzyki na Spotify. Do sprzętu Razera podszedłem z podobnymi oczekiwaniami. Miałem nadzieję otrzymać produkt uniwersalny, który będzie wspaniale brzmiał podczas kolejnych potyczek w CS:GO czy Overwatcha, ale jednocześnie poradzi sobie z filmami, muzyką i im podobnymi. Jak wyszło?

Konstrukcja i ergonomia

Pierwsze, co rzuca się w oczy po rozpakowaniu pudełka do rozmiary słuchawek. Razer Man O’War są naprawdę duże, co sprawia, że wygląda się w nich nieco komicznie. Warto jednak od razu zaznaczyć, że idzie to w parze z relatywnie niską wagą – 375 gramów. Sama konstrukcja nie należy do szczególnie solidnych. Dominuje tutaj tworzywo sztuczne, które lubi tu i ówdzie zaskrzypieć i zatrzeszczeć. Matowe elementy sprawiają jeszcze wrażenie względnie przyzwoitych, ale wszystko psują błyszczące wstawki, które koszmarnie zbierają odciski palców. Wątpliwości budzi też górna część pałąka (ta z gąbką), którą otrzymują zaledwie cztery cieniutkie szyny. Oczyma wyobraźni widzę, jak w miarę użytkowania któraś z nich pęka. Prawdę mówiąc po headsecie za 700 złotych spodziewałem się nieco więcej.

 

Tradycyjnie słuchawki są podświetlane. Po zewnętrznych stronach obu muszli mamy logo Razera, które wspiera technologię Razer Chroma. To oznacza, że mamy tutaj do dyspozycji aż 16 mln kolorów. Producent zabrał również o kilka efektów, w tym przenikanie się barw czy oddychanie. Czy ma to sens? Przecież mając słuchawki na głowie i tak nie widzimy tych wszystkich światełek, a naszych domowników w nocy mogą one jedynie drażnić. Cóż, taka jednak specyfika tego segmentu – pozostawiam to Waszym gustom.

Złego słowa nie mogę natomiast powiedzieć na ergonomię. Słuchawki mają fantastyczne nauszniki wykonane ze sztucznej skóry wypełnionej gąbką. Doskonale dopasowują się do kształtu ucha i są bardzo wygodne. Nawet po kilku godzinach ciągłego noszenia na uszach nie odczuwałem żadnego dyskomfortu. To ogromny plus. Kolejnym jest bardzo szeroki zakres regulacji, który sprawia, że Razer Man O’War powinien usatysfakcjonować nawet posiadaczy głów o bardzo nietypowych kształtach.

W lewej muszki ukryto wysuwany mikrofon. Jest on stosunkowo krótki, ale to akurat można uznać za zaletę. Warto też zaznaczyć, że wykonano go z wyjątkowo giętkiego tworzywa – na ogół producenci stosują tutaj tego typu triki, ale jeszcze nigdy nie spotkałem się z tak mocno wyginającym się we wszystkie strony mikrofonem (jakkolwiek głupio moja fascynacja nim by nie brzmiała). Lewy nausznik to również pokrętło do regulacji czułości mikrofonu, złącze Micro USB do ładowania, dioda LED oraz przycisk power. W prawym ukryto dongle USB, który podłączamy do komputera lub dołączonego do zestawu przedłużacza, by możliwa była komunikacja (słuchawki korzystają z pasma 2,4 GHz) oraz umieszczono pokrętło regulacji głośności. Co ciekawe, nigdzie nie znajdziemy złącza minijack, a tym samym nie ma możliwości korzystania z Razer Man O’War po kablu. Dziwna decyzja.

Na sam koniec warto dodać, że maksymalny zasięg Man O’War to ok. 10 metrów na otwartej przestrzeni. Jeśli chodzi o słuchanie w domu, to wystarczą dwie ściany, aby połączenie zaczynało szwankować. Najlepiej słuchawki działają zatem wtedy, gdy znajdujemy się w tym samym lub sąsiednim pomieszczeniu. Połączenie jest wówczas bardzo stabilne i nie sprawia najmniejszych problemów. Sama bateria wystarcza na ok. 18-20 godzin słuchania. Wiele zależy od tego, czy aktywujemy podświetlenie i na jakim poziomie głośności słuchamy.

Brzmienie i wrażenia

Tyle o wykonaniu, konstrukcji i ergonomii. Przejdźmy do tego, co tygrysy lubią najbardziej – brzmienia i możliwości. Przede wszystkim warto tutaj zauważyć, że Man O’War wirtualizuje dźwięk 7.1. Aby uzyskać pełną kontrolę nad brzmieniem i działaniem headsetu będziemy zatem potrzebowali stosownego oprogramowania. Rolę tę pełni Razer Synapse, a więc ta sama aplikacja, którą instalujemy w celu obsługi i konfiguracji wszystkich innych akcesoriów Razera. Trzeba przyznać, ze znajdziemy tutaj całkiem sporo opcji i suwaków, z rozbudowanych equalizerem na czele. Fani majsterkowania przy dźwięku powinni czuć się usatysfakcjonowani.

No dobrze, ale co z tym brzmieniem? Spędziłem z Man O’War na uszach dobrych kilkadziesiąt godzin. Grałem w strzelanki, strategie, erpegi, zręcznościówki… Razer Man O’War najlepiej sprawdzały się w produkcjach dynamicznych, gdzie dźwięk 7.1 faktycznie był przydatny. Dzięki temu rozwiązaniu bez najmniejszych problemów mogliśmy usłyszeć zachodzących nas przeciwników, a odgłosy eksplozji nadchodzące z różnych kierunków nabierały zupełnie nowego wymiaru. Słuchawki bardzo mocno podbijają basy, dzięki czemu wszelkie wystrzały i wybuchy brzmią naprawdę mocno i wprawiają w drżenie niemal całą czaszkę. Niestety to sprawia, że  w bardziej „spokojnych” produkcjach, gdzie dźwięk ogranicza się do klimatycznej muzyki przeplatanej relatywnie prostymi efektami, headset ten absolutnie nie rozwija skrzydeł.

Pewnie już domyślacie się, że idzie to wszystko w parze z niskim poziomem muzykalności. I faktycznie macie rację. Razer Man O’War to słuchawki gamingowe, które nie sprawdzają się kompletnie podczas słuchania muzyki. Na tym polu oferują absolutnie podstawowe parametry, a głęboki bas i bardzo mocno obcięta góra sprawiają, że dźwięk gitary brzmi w nich okropnie. Nie ukrywam swojego rozczarowania, ale z drugiej strony nikt nigdzie nie napisał, że będą to słuchawki uniwersalne. Trudno zatem czuć się w jakikolwiek sposób oszukanym.

Podsumowanie

Razer Man O’War to headset stricte gamingowy. Jeżeli macie na zbyciu 700 złotych i szukacie bezprzewodowych słuchawek z wirtualizacją dźwięku 7.1, które doskonale sprawdzą się w FPS-ach, slasherach, skradankach i innych dynamicznych produkcjach, trafiliście w dziesiątkę. Co jednak nie znaczy, że jest to model bezkonkurencyjny. Za znacznie mniejsze pieniądze możemy kupić przewodowe modele, które grają równie dobrze, a są przy tym o wiele bardziej uniwersalne. Weźmy choćby wspomniane HyperX Cloud, które kosztują ok. 300 zł i są jednymi z najlepszych gamingowych słuchawek na rynku. Dopłacamy zatem tak naprawdę 400 złotych za brak kabli i oświetlenie. Sami oceńcie czy warto.

Ocena: 6/10

  • MutedVideo

    U Razera można czasem znaleźć jakiś fajny sprzęt, ale kurde te logo psuje cały wygląd urządzenia. Powinni sobie coś lepszego zaprojektować.

    • Kwestia gustu. Mnie też tak średnio pasuje. Właściwie nie wiadomo, co to jest i strasznie trąci kiczem

  • Dominik Mańkowski

    „oparto na audiofilskich Takstar Pro 80” :D

    Pierwsze słuchawki, pod kątem cenowym, które można nazwać audiofilskimi to sennheiser hd600 – i są to naprawdę przegenialne słuchawki

    • Hiro Hamada

      Oj nie czepiajmy się zanadto. Dla autorów z AW byle słuchawki powyżej 300 zł są „audiofilskie” :))
      Poziom tej strony zawsze był niski, ale teraz spadł gorzej niż Legia w tabeli :)

  • Paweł Mieleń

    Brak kabla = dedykowana karta dzwiękowa wewnątrz słuchawek, więc płacimy za sprzęt audio wysokiej jakości te 400 zł a nie za brak kabla….

    • Z „wysoką jakością” bym nie szalał. Ponadto. Dedykowaną kartę dźwiękową (często z wirtualizacją 5.1 lub 7.1) otrzymujemy do co drugich słuchawek gamingowych podłączanych pod USB.

  • Paweł Winiarski

    Mam Krakeny i widzę, że Razer dalej idzie tą samą drogą. Gra się na nich fajnie, muzyki słucha tragicznie. Wszystko oprócz basów płaskie, a za niskie tony dudnią jak w studni.

    • I to dla mnie z marszu eliminuje takie słuchawki. Za dużo słucham muzyki, żeby iść na kompromis

    • Ksawery Karwacki

      Mam wrażenie, ze to odbijanie basu to jakiś standard, długi czas używałem Creative Fatality MK2, teraz przesiadłem się na SB ZXR. Nie wiem skąd u producentów założenie, że więcej basu znaczy lepiej, ale mam wrażenie, ze nie sposób dostać headset z sensownym odwzorowaniem, któremu na dzień dobry nie trzeba obcinać basu w equalizerze żeby móc go normalnie używać.

  • tlen

    Słuchawki do gier nie nadają się do muzyki. Wynika to z poprawności odwzorowania dźwięku

  • Michał Słupski

    to gadżet dla dzieci a nie słuchawki.