4

Recenzja Layers of Fear. Jeden z najlepszych horrorów, w jakie grałem. A stworzyli go Polacy!

Polski gamedev daje ostatnio masę powodów do radości. Po fantastycznym sukcesie Wiedźmina i rewelacyjnym, choć mocno niedocenionym, Dying Light (a to tylko dwa sztandarowe przykłady) niebawem może być głośno o innej rodzimej produkcji - horrorze Layers of Fear.

Krakowskie studio Bloober Team dotąd jakoś nie znajdowało się nigdy na świeczniku. Mieli swoje gry, swoje wpadki i małe sukcesy – tworzyli m.in. na Nintendo DS i PS Vita. Dopiero jednak teraz dali światu produkcję, o której może być naprawdę głośno. Czytam recenzję i widzę, co dzieje się wokół Layers of Fear. Grę już ukończyłem dwukrotnie i z czystym sumieniem mogę napisać, że dotąd nad Wisłą lepszego horroru na pecety i konsole jeszcze nikt nie zrobił.

Wcielamy się w malarza. Dziwnego, kulejącego człowieka o dość ponurej przeszłości. Gra rozpoczyna się po naszym wejściu do domu – całkowicie pustego, pozbawionego żywej duszy. Na początku jest mało strasznie. Przechodzimy przez zwyczajne pomieszczenia – często zaniedbane, ogarnięte nieładem, ale ciągle nie odbiegające od normalności. W końcu jednak trafiamy do naszej pracowni, odsłaniamy sztalugę z obrazem i… zaczyna się horror.

Prosto, prościej…

Nasza rola sprowadza się do poruszania, rozglądania oraz wchodzenia w interakcje z otoczeniem.

Twórcy nie wynaleźli koła na nowo. Gra bazuje na prostej i dość mocno wyeksploatowanej już w segmencie indie formule „chodzonej eksploracji”. Mamy tutaj zatem widok z perspektywy pierwszej osoby i charakterystyczny celowniczek w centrum ekranu. Nie będziemy jednak strzelać. Nasza rola sprowadza się do poruszania, rozglądania oraz wchodzenia w interakcje z otoczeniem. Otwieramy zatem szafki, podnosimy przedmioty, czytamy notatki, listy i wycinki z gazet. Te ostatnie są podstawą narracji, bo właśnie w ten sposób poznajemy historię bohatera oraz jego rodziny. W ten sposób rozwija się też fabuła – pominięcie niektórych przedmiotów może nas zatem pozbawić wielu smaczków. Przy czym trzeba zaznaczyć, że nie jest to gra dynamiczna. Rozgrywka polega na spokojnej, sumiennej eksploracji i poznawaniu otoczenia. Czasem przyjdzie nam rozwiązać bardzo prostą zagadkę, ale nie są one tutaj kluczowe, a szkoda, bo stanowiłyby dodatkowe urozmaicenie.

Siłą gry jest klimat. Jak przystało na dobry horror, nieustannie towarzyszy nam uczucie niepewności. Szalejąca burza za oknem, skrzypiące drzwi i podłoga, które przeszywają niepokojącą ciszę potrafią doprowadzić do szału. Chwile spokoju przeplatają się z momentami, gdy świat zaczyna wariować. Już po odsłonięciu obrazu zaczyna się robić dziwnie, bo układ pomieszczeń w naszym mieszkaniu ulega całkowitej zmianie. Przechodzimy z pokoju do pokoju i ciągle jesteśmy zaskakiwani nowymi widokami. Mało tego, wystarczy czasem się obrócić, aby zobaczyć, że sypialnia, do której weszliśmy, nie jest już sypialnią lecz miejscem o wiele bardziej przerażającym. W pewnym momencie mamy wrażenie, że nasz główny bohater postradał zmysły lub jest pod wpływem narkotyków. Robi się dziwnie, wręcz psychodelicznie. I to wszystko jeszcze bardziej potęguje uczucie strachu.

Siłą gry jest klimat. Jak przystało na dobry horror, nieustannie towarzyszy nam uczucie niepewności.

Żeby jednak nie było, twórcy czasami uciekają się do prostych sztuczek. W mniej lub bardziej niespodziewanych momentach jesteśmy atakowani klasycznym „bu!”. Wytrawni koneserzy horrorów raczej się na to nie nabiorą – na szczęście jest cała reszta, która przeraża o wiele skuteczniej. Warto dodać, że Layers of Fear jest niesamowicie wręcz spójne w każdym elemencie. Historia opowiada o malarzu, zatem dzieła sztuki są motywem przewodnim. Będziemy natykali się na farby, zniszczone obrazy, sztalugi, pędzle. Wszystko to wykonano przy tym bardzo starannie i pieczołowicie.

Całość jest bardzo liniowa. Nie mamy dużej swobody w działaniu. Nasza rola też jest raczej ograniczona. W większości przypadków mamy do dyspozycji tylko jedną drogę, jedne drzwi i jedno właściwe rozwiązanie. Wąskie korytarze domu nie pozwalają się zgubić czy zabłądzić. Ta liniowość pewnie nie przypadnie każdemu do gustu, ale z punktu widzenia projektowania gry była najprawdopodobniej konieczna. Dało to bowiem twórcom pełną kontrolę nad strachem gracza. I muszę przyznać, że dobrze to wykorzystali.

Grę oparto na silniku Unity – tak, tym samym Unity, które jest fundamentem wielu produkcji mobilnych. W przeciwieństwie do nich Layers of Fear wygląda jednak rewelacyjnie. Uruchomienie gry na wysokich ustawieniach w rozdzielczości Full HD wymaga co prawda nieco mocniejszego sprzętu (mój GeForce 860M trzymał w takiej sytuacji „jedynie” 30 kl/s), ale wynagradza to wspaniałymi widokami. Aż trudno uwierzyć, że ten silnik tyle potrafi. Każde pomieszczenie prezentuje się bowiem fenomenalnie i to również jest składową tego ciężkiego, przytłaczającego klimatu.

Grę oparto na silniku Unity – tak, tym samym Unity, które jest fundamentem wielu produkcji mobilnych.

Dobry horror musi wykorzystywać również dźwięk i Bloober Team o tym nie zapomniało. Wspomniałem już o szalejącej za oknem burzy czy skrzypiącej podłodze. Na tym nie koniec. W odpowiednich momentach słyszymy trzaski, odgłosy tłuczonego szkła czy w końcu głosy. Voice acting stoi na przyzwoitym poziomie. Spolszczenie jest jednak kinowe i w rodzimym języku mamy tutaj jedynie napisy. Myślę, że to dobre rozwiązanie, bo zbytnie pójście w kierunku lokalizacji mogłoby momentami nie wyjść grze na dobre. Warta odnotowania jest również muzyka – ciężka, spokojna i dopełniona melodyjnym kobiecym śpiewem. Momentami od samego słuchania przechodziły mnie dreszcze.

Bójcie się!

Layers of Fear nie jest drogie – wersję na PC kupimy już za ok. 60 zł. Wydanie na konsole nie jest szczególnie droższe. Nie jest to jednak też gra, która zapewni nam długie godziny rozgrywki. Jeżeli całkowicie odpuścimy sobie eksplorację i będziemy gonić po pokojach, to już po dwóch godzinach zobaczymy napisy końcowe. Przyjemność z takiego sposobu grania jest jednak niewielka. Ja się nie śpieszyłem – czytałem, rozglądałem się i grzebałem po szafkach oraz szufladach. W rezultacie Layers of Fear ukończyłem w nieco ponad trzy godziny. To zatem krótkie, choć z całą pewnością bardzo intensywne i zapadające w pamięć doznanie.

Fani horrorów będą zachwyceni.

Fani horrorów będą zachwyceni. Gra straszy i robi to naprawdę dobrze – czasem bazując na oklepanych motywach, a czasem ocierając się przebłyski geniuszu. Niepowtarzalny klimat, śliczna grafika i świetne udźwiękowienie czynią ją jednym z najlepszych horrorów, w jakie dotąd grałem (a „kilka” ich widziałem). Zdecydowanie chciałbym mieć Oculusa i zagrać w to jeszcze raz w goglach wirtualnej rzeczywistości (oraz z założonym pampersem). Oby na tym przygoda z horrorami w wykonaniu Bloober Team się nie skończyła (i, z tego co słyszałem, nie skończy), a wręcz była początkiem dobrej passy.

Ocena: 8/10







  • Sprzet

    60 zł za trochę ponad 3 godziny gry? Trochę jednak drogo…

  • Artur Galka

    Też grałem w kilka horrorów niszowych. I tylko bardzo doświadczony gracz przejdzie je w przysłowiowe 3 godziny.
    Normalnie, idzie taką grę eksplorować bez zmęczenia 2x dłużej.

    • Wojciech Dobroński

      dalej 60zł za 6h to trochę drogo moim zdaniem…

  • Mikołaj Szczechowiak

    Grałem w tą grę i sumienie mogę powiedzieć że jest warta 60 zł a nawet więcej bo lęk oraz napięcie w jakim trzyma owa gra jest nieopisane, sam kilka krotne odchodziłem od gry bo sam podkład dźwiękowy robił mi budyń z mózgu i kierował do ewakuacji. Gra moim zdaniem jest fantastyczna i świadomie mogę ją wszystkim polecić (oczywiście tym którzy przepadają za lękiem i odrobiną psychozy w grach )