2

Ubijanie hord przeciwników w rytm ostrej metalowej muzyki. Killing Floor 2 jest wtórna, ale wciąga

Czasem zamiast konkurować z innymi graczami w sieci lubię kooperację ze znajomymi. Miło wspominam Left for Dead i właśnie z tą serią kojarzy mi się Killing Floor 2. Nie jest tak dobre, ale…

Killing Floor 2 to jeden z tych tytułów, których zazdrościłem PC-towcom. Pod koniec 2015 roku grę w wersji na komputery recenzował Tomek i choć wspominał, że jest wtórna, ja siedziałem jak na szpilkach czekając na odsłonę konsolową. Doczekałem się i po pierwszym uruchomieniu poczułem wielkie rozczarowanie. A później wieczorne posiadówy online ze znajomymi odbywały się już nie przy Overwatch i Battlefield 1, a właśnie przy Killing Floor 2. Dlaczego?

Samemu? Nie ma sensu

Killing Floor 2 to gra nastawiona na kooperację i jeśli nie macie ekipy do wspólnej zabawy, omijajcie ten tytuł szerokim łukiem. Teoretycznie samotny gracz ma łatwiej jeśli chodzi o wyszukiwanie meczów i szybkie wskakiwanie do zabawy. Jednak granie z tak zwanymi „randomami” kompletnie mija się z celem, bowiem brak komunikacji szybko położy całą drużynę.

Problem z tym, że już przy trzyosobowej ekipie znajomych (cała paczka może mieć 6 bohaterów) Killing Floor 2 w wersji na PlayStation 4 gubi się w wyszukiwaniu rozgrywki – niezależnie od tego, czy wybierzecie serwer amerykański, europejski, obojętnie jaki, określicie z góry mapę czy też ustawicie wszystko na wybory losowe. Nie raz i nie dwa siedzieliśmy w lobby po kilkanaście minut, by po chwili bez jakiegokolwiek powodu gra wrzucała nas do meczu i nie miała już tego wieczora podobnych problemów.

O co w KF2 chodzi?

O przeżycie. I o zabijanie. Gra rzuca nas na jedną z kilku map i każe przeżyć ataki kolejnych fal zmutowanych przeciwników. Od razu włącza ostrą, metalową muzykę (tu ciekawostka – można ją ustawić z wokalami lub bez) i…niczego nie wyjaśnia. Kompletnie nie znając map, nie wiedziałem co robią dane klasy bohaterów (SWAT, rewolwerowiec, medyk, bohater walczący wręcz, bohater ze strzelbą, z miotaczem płomieni czy specjalista od materiałów wybuchowych), przy którym poziomie doświadczenia odblokowują się ciekawsze umiejętności, jakiej broni najlepiej używać i jak w zasadzie złożyć najlepszą drużynę. Zauważyłem też, że nikt specjalnie nie zwraca na to uwagi, przez co wielokrotnie lądowałem w ekipie, w której współpraca związana z klasami postaci w ogóle nie istniała. Nikt nie rzucał amunicji, nie było podziałów na walczących w zwarciu czy na dystans. A ostatecznie i tak wszyscy rozbiegali się po mapie i strzelali dla samego strzelania i zarabiania wirtualnej waluty potrzebnej do zakupu nowych broni.

Killing Floor 2 jest trochę jak horror klasy B. Nie wprowadza do gatunku FPS-ów żadnych nowości, nie rewolucjonizuje trybu hordy dostępnego w innych strzelankach, nie pokazuje nawet jakichś specjalnie ciekawych przeciwników. Jest tu trochę trybu zombie z Call of Duty, jest trochę klimatu znanego z Left for Dead. Nie ma natomiast żadnej fabuły, która zachęcałaby do ciągłego grania.


















A mimo tego spędzanie wieczorów z Killing Floor 2 sprawia frajdę, to taki trochę guilty pleasure. Sporo tutaj niedociągnięć, a mimo tego coś każde próbować – może nadzieja na znalezienie lepszej ekipy, ale chyba przede wszystkim frajda płynąca z kooperacji w grupie.

Killing Floor 2 w wersji na PlayStation 4 (i PlayStation 4 Pro) wygląda bardzo nierówno. Grałem przede wszystkim na mocniejszej wersji konsoli i choć spodziewałem się czegoś więcej w temacie wyglądu i optymalizacji, to fajnie że nie pominięto nowego sprzętu Sony. Na Pro lepiej prezentują się cienie, trochę lepiej tekstury – grałem na Samsungu KS7000, mogłem więc również sprawdzić wyższą rozdzielczość. Szkoda tylko, że to ponownie uspcaling z 1080p – dokładnie do 2160p. Ale nie będę ukrywał, że gra wygląda lepiej na telewizorze z 4K niż na ekranie FHD, bo po prostu…nawet z tak negatywnie komentowanym podbijaniem rozdzielczości – po prostu prezentuje się lepiej.

Ale to wciąż przeciętnie wyglądająca produkcja. Dużo tu krwi i faktycznie system zmieniający w czasie rzeczywistym zwykłe tekstury na tekstury zalane czerwoną substancją robi wrażenie to jednak sporo tu graficznych niedociągnięć. Raz po jednej stronie mapy mamy świetnie wyglądające elementy (płonąca Wieża Eiffla), z drugiej rozmazane tekstury na niedopracowanych obiektach, z którymi w dodatku nie da się wejść w interakcję. Ale potem i tak wszystko zalane jest hektolitrami krwi, więc kto zwracałby na to uwagę?

Takie złe, że aż dobre

Killing Floor 2 to czasem festiwal monotonii, który albo znudzi Wam się po godzinie, albo przyciągnie do konsoli na długie tygodnie. Ale do gry trzeba też podejść w odpowiedni sposób. To nie jest tytuł, w którym będziecie coraz lepsi i ciesząc się z każdego punktu doświadczenia poświęcicie czas na levelowanie postaci. To gra, do której wskakuje się na chwilę ze znajomymi, zakłada na głowę słuchawki, tupie nogą w rytm gitarowych riffów i przede wszystkim strzela – oczywiście starając się podejść do tematu choć trochę strategicznie i wykorzystać komunikację w grupie. Samotnik szybko zobaczy informację o zgonie i będzie musiał czekać do kolejnej fali, tracąc posiadane już bronie i zadowalając się drobnymi, za które nie kupi niczego w sklepie. W zgranej ekipie będziecie się jednak dobrze bawić przymykając oko na wiele niedociągnięć, które niestety są tu obecne. Ale gwarantuję Wam, że mnogość sposobów na jakie można zabić przeciwników i latające tu i tam kończyny wynagradzają błędy producentów. Jakkolwiek dziwnie i niedorzecznie to brzmi. Fajnie, że Killing Floor 2 trafiło wreszcie na PlayStation 4 i mam nadzieję, że jeszcze przynajmniej przez kilka miesięcy na serwerach będą gracze.

Ocena 7/10

  • metahałas

    „ostrej metalowej muzyki” – to jest oksymoron.

    • PiK IAndyI

      chyba pleonazm….