59

Recenzja filmu „Ghost in the Shell”. Chciałbym, żeby przynajmniej tak wyglądały adaptacje kultowych marek

„Ghost in the Shell” to marka, z którą dotąd filmowcy nie próbowali się zmierzyć w kinowym filmie fabularnym. Trudno się dziwić, bo seria nosi w wielu kręgach znamiona kultowej, a tymczasem filmowe adaptacje japońskich filmów animowanych często kończą się dramatem (pamiętacie „Dragon Ball”?). Tym razem miało być jednak inaczej. Czy się udało?

Zapowiedzi i trailery „Ghost in the Shell” napawały dużym optymizmem. Obsadzenie w głównej roli Scarlett Johansson początkowo było dość kontrowersyjne, ale szybko okazało się strzałem w dziesiątkę. Aktorka ma pewne doświadczenie w odgrywaniu tego typu ról – wystarczy sobie przypomnieć świetną kreację Black Widow z „Avengers”. W „Ghost in the Shell” udało się jej to zrobić jeszcze lepiej.

Jej bohaterka w przeszłości uległa wypadkowi, z którego udało się uratować wyłącznie mózg. Postęp technologiczny umożliwił wszczepienie jej mózgu do działa cyborga, do czego przyczyniła się doktor Ouelet (solidny występ Joliette Binoche). Teraz Major jest agentką kierowanej przez Daisukego Aramakiego (fenomenalny Takeshi Kitano) Sekcji 9 – rządowej organizacji do walki z terroryzmem – i łączy najlepsze cechy człowieka oraz robota. W  skład jednostki wchodzą też inni, jak udający twardziela Batou (Pilou Asbæk) – osiłek o wielkim sercu. Major jest jednak wyjątkowa, bo dotąd naukowcom nie udało się stworzyć drugiego takiego projektu. Sęk w tym, że nie wszystko jest takie, jak się jej wydawało na początku…

Tak się kształtuje początek historii opowiedzianej w filmowym „Ghost in the Shell”. Fani anime od razu zauważą pewne rozbieżności z oryginałem. Fabuła ma jednak sporo elementów wspólnych. Dodam też, że twórcy filmu wykorzystali pierwowzór z 1995 roku, ale sięgnęli też do elementów z sequela z 2004. Pojawiły się też pewne zapożyczenia ze „Stand Alone Complex”. Jestem przekonany, że będziecie usatysfakcjonowani.

Sam podchodziłem do „Ghost in the Shell” „na świeżo”. Poszedłem na pokaz recenzencki, nie znając ani jednego anime. Wróciłem do domu i przez resztę dnia nadrabiałem zaległości – obejrzałem oba filmy, serial „Arise” oraz „Stand Alone Complex”. Jeżeli zatem oceniać nową produkcję z punktu widzenia laika, można śmiało napisać, że jest to prawdziwa uczta dla duszy, wzroku oraz słuchu. Oto dlaczego.

Ghost in the Shell” porusza ważny, szczególnie dziś, problem zależności między człowiekiem a robotem. Major jest tutaj pokazywana przez pryzmat wewnętrznego konfliktu. Z jednej strony widzimy istotę doskonałą, łączącą w sobie cechy obu. Z drugiej – jest ona pozbawiona jakichkolwiek zależności z innymi ludźmi, rodziny i przeszłości. Ta samotność i brak tożsamości sprawiają, że w głowie bohaterki rodzi się coraz więcej pytań. Niestety zabrakło tego najważniejszego – o duszę – które było istotnym elementem anime z 1995 roku.

Drugim problemem jest wizja świata przedstawiona w „Ghost in the Shell”. To ziemia przyszłości, w której ludzie udoskonalają siebie cybernetycznymi wszczepami. Sztuczna wątroba pozwala nadużywać alkoholu, mechaniczne oczy mają wbudowaną noktowizję, chip w mózgu pozwala na telepatię itd. Znamy to już m.in. ze świetnej serii gier Deus Ex, gdzie twórcy poszli o krok dalej i opowiedzieli o dyskryminacji ludzi ze wszczepami. Tutaj pytanie, gdzie kończy się człowiek a zaczyna maszyna pozostaje zawieszone ciągle w próżni. Na wierzch wypływają inne – na ile maszyna może zastąpić człowieka i co jest ważniejszym budulcem świata przyszłości. Te problemy nie są nowe, bo przez lata (pierwszy „Ghost in the Shell” zadebiutował w 1995 roku, a bazował przecież na mandze wydanej jeszcze wcześniej) poruszano je w wielu innych produkcjach. Mnie tutaj na myśl przychodzi m.in. bardzo niedoceniona gra Binary Domain (mocno polecam), gdzie uwypuklono sam konflikt ludzi i robotów. Widać zatem, że anime było inspiracją dla rzeszy twórców, którzy nie tylko powielali pewne zagadnienia, ale wręcz je rozwijali.

Ghost in the Shell dostępny jest w cdp.pl. Kup na DVD, Blu-Ray lub zobacz online. Kliknij!

W japońskim pierwowzorze twórcy szli ze swoimi rozważaniami głębiej, co jednak w filmie adresowanym do masowego odbiorcy mogłoby się okazać zbyt ciężkostrawne. Twórcom udało się zatem znaleźć złoty środek pomiędzy jednym a drugim, a my w rezultacie otrzymaliśmy solidną produkcję.

Jej największym atutem są jednak efekty specjalne. I nie mówię tutaj wcale o eksplozjach czy scenach walki, bo te są po prostu dobre. Mam natomiast wrażenie, że dotąd widzowie jeszcze nie widzieli tak fenomenalnie pokazanej wizji przyszłości. Już pierwsza scena narodzin Major sprawia, że trudno oderwać wzrok od ekranu, a potem jest tylko lepiej. Zachowano przy tym względną spójność i okraszono całość mroczniejszym, cięższym klimatem – to zdecydowanie nie jest cukierkowy film dla nastolatków. Na marginesie jestem bardzo ciekawy, jak to wszystko prezentowałoby się na telewizorze z matrycą OLED – mam w domu model LG B6, a więc z przyjemnością zobaczyłbym na jego ekranie te wszystkie efekty.

Bardzo dobre wrażenie robi też muzyka, za którą odpowiadają Clint Mansell oraz Lorne Balfe. Ten pierwszy komponował m.in. dla Mass Effect 3. W rezultacie powstały ciężkie, basowe elektroniczne brzmienia, które mocno podnoszą poziom immersji oraz skutecznie budują napięcie.

Filmowy „Ghost in the Shell” to solidna produkcja, która powinna usatysfakcjonować zarówno fanów anime, jak i kompletnych laików. Film w przystępny sposób opowiada świetną historię, unikając nadmiernych uproszczeń oraz spłaszczeń. Jest przy tym przepiękny, wręcz onieśmielający (warto zaznaczyć, że pokaz recenzencki odbył się w kinie IMAX, więc mogę koloryzować). Twórcy stawili czoła legendzie i wyszli z tego starcia zwycięsko. Życzyłbym sobie, aby wszystkie inne adaptacje kultowych marek (czy to anime, czy też gamingowych) były przynajmniej tak dobre jak kinowy „Ghost in the Shell”.

Materiał powstał we współpracy z dystrybutorem