43

Polski samochód elektryczny na jednym ładowaniu ma przejechać aż 100 km! Gdzie powstanie?

Rodzima motoryzacja wstaje z kolan - dowody pojawiają się co kilka dni, kolejne dostarcza Fabryka Samochodów Elektrycznych. To spółka, która zamierza produkować elektryki w Bielsku-Białej. Tworzy samochody od podstaw? Nie, to zbyt drogie, więc przerabia dobrze znanego Fiata 500. A przy tym gra na sentymencie i chodliwej ostatnio modzie na auto znad Wisły.

Polski samochód elektryczny rozbudza wyobraźnię i podgrzewa dyskusję – czasem można odnieść wrażenie, że to jeden z priorytetów rodzimej gospodarki: nad Wisłą powstaną nasze elektryki, przesiądą się do nich wszyscy Polacy, a potem ludzie na Wschodzie i Zachodzie. Towarem eksportowym będą już nie tylko meble, jabłka i gry, ale też samochody. Przypomnę, że na początku tygodnia pisałem o przyjęciu Planu Rozwoju Elektromobilności – powtórzono, że za niecałą dekadę po polskich drogach ma jeździć milion elektryków. Mało prawdopodobne, ale przez kilka lat będzie to powtarzane. Te założenia i nadzieje będą podsycane m.in. przez doniesienia od producentów. Jednym z nich jest Fabryka Samochodów Elektrycznych.

Nie zdziwię się, jeśli nie słyszeliście o tym podmiocie. Jest stosunkowo młody, ale postał na bazie spółki Bemotion, która rozpoczęła działalność pod koniec 2013 roku. Tym samym coś dzieje się już od ponad trzech lat. Nazwa firmy nie jest przypadkowa – to nawiązanie do Fabryki Samochodów Małolitrażowych, która przez ponad dwie dekady działała na terenie Śląska: w Tychach i w Bielsku-Białej. Nowy biznes powstaje na obrzeżach bielskiej wytwórni, stoi za nim Thomas Hajek, człowiek, który ma spore doświadczenie w branży motoryzacyjnej. Najpierw była praca dla dużych producentów, teraz przyszedł czas na tworzenie swojego biznesu.

Jesteśmy krótko po premierze auta, które ma być produkowane w tworzonym zakładzie. Media nie oszczędzały się pisząc, że powstaje polski samochód elektryczny, że ma polskie serce, że rusza elektryfikacja naszej motoryzacji. I chociaż brzmi to dumnie, rzeczywistość wywołuje spore zmieszanie. Zacznijmy od samego auta, które otrzymało nazwę FSE 01.

Pewnie wielu z Was nie muszę pisać, że gdzieś to już widzieliście. Polski samochód elektryczny tworzony jest na bazie Fiata 500 produkowanego w Tychach. A skoro ten powstaje na naszej ziemi, to w jakimś stopniu jest biało-czerwony. Pojazd trafi do bielskiego zakładu, a tam będzie przerobiony na elektryka. Zainstalowany zostanie w nim silnik stworzony przez Instytut Napędów i Maszyn Elektrycznych Komel z Katowic (moc 45 kW) oraz akumulator koreańskiej firmy Kokam. Maszyna ma się rozpędzać do 50 km/h w 6 sekund, maksymalna prędkość wyniesie ponoć 135 km/h. Co z zasięgiem? Tu jest mizernie: niewiele ponad 100 km na jednym ładowaniu.

Szału nie ma, ale bardziej martwić może cena: w okolicach 100 tysięcy złotych (chociaż poniżej tego progu). Jak przekonać klientów do takiego wydatku? Inne elektryki też do tanich nie należą, nawet mniejsze auta o słabszych osiągach, ale pod względem parametrów jazdy i tak są one lepsze od propozycji FSE. Okazuje się jednak, że firma nie liczy na prywatnych odbiorców:

– Nastawiamy się na użytkowników komercyjnych. Wierzymy w firmy, które mogą zainstalować ładowarki w garażach i oczywiście instytucje publiczne – podkreśla Thomas Hajek.[źródło]

Dla takich klientów cena nie jest jedynym kryterium branym pod uwagę przy zakupie. Ma liczyć się także koszt eksploatacji czy dodatki, a te FSE przewiduje:

Nabywcy otrzymają oprócz samochodu również system zarządzania flotą, aplikację na smartfony, możliwość finansowania zakupu oraz usługę mobilnego serwisu.[źródło]

Ale i w tym wypadku podchodzę do pomysłu sceptycznie – firmy pewnie znajdą lepsze rozwiązania. Instytucje publiczne? Tu dostrzegam jakiś potencjał, twórcy uderzają we właściwym kierunku, mogą zwabić urzędników i polityków. Bo powstaje polski samochód elektryczny. To nie tylko rendery i fajne nazwy, lecz istniejący pojazd. Mocno związany z naszym krajem. Dzieło polskich inżynierów (a do tego włoskich, koreańskich i pewnie przedstawiciele dziesięciu innych nacji). Ważne, że logo FSE nawiązuje do logo FSM. A skoro już o Fabryce Samochodów Małolitrażowych mowa, przypomnę, że produkowano tam maluchy. A jakiś czas temu pisałem o Turku, który przerobił ten pojazd na elektryka. FSE powinna się z nim skontaktować…

Jedźmy dalej: czy produkcja już ruszyła? Nie. Firma jest na etapie organizacji linii produkcyjnej, komercjalizacji projektu, na który wydano do tej pory milion euro. Suma nie powala, ale tu ciekawa wypowiedź szefa FSE:

– Możemy jak Tesla inwestować miliardy dolarów by stworzyć samochód elektryczny od początku do końca, ale możemy też stworzyć go szybciej i taniej – tłumaczy Thomas Hajek.[źródło]

Szanuję – mógł powiedzieć, że tworzona jest konkurencja Tesli, ktoś pewnie pokusiłby się o takie porównanie. A tu bez ogródek: to kosztuje miliardy dolarów, lepiej robić składaka, który przejedzie na jednym ładowaniu 100 km. Koszty tych dużych inwestycji powinni jeszcze poznać polscy politycy.

Wróćmy do produkcji. Ta może ruszyć jeszcze w tym roku, a do końca dekady z linii montażowej powinno zjeżdżać około tysiąc aut rocznie. Są chętni? Podobno jakaś wypożyczalnia zamówiła dziesięć sztuk z opcją domówienia jeszcze 50, ale konkretów brak. Wspomina się jednak o eksporcie, głównie do państw, gdzie sprzedaż elektryków jest wspierana przez państwo – przykładem Norwegia. Czy znajdą się tam chętni na zakup samochodu? Pożyjemy, zobaczymy. Na początek chciałbym zobaczyć te dziesięć sztuk w wypożyczalni. Warto przy tym dodać, że na FSE 01 plany się nie kończą:

Thomas Hajek mówi, że FSE-01 to dopiero pierwszy produkt, a kolejnym może być auto dostawcze z napędem elektrycznym. Złożono już wniosek o dofinansowanie unijne w wysokości 4,5 mln zł. Jeżeli uda się pozyskać fundusze, polskich aut na prąd może być więcej. [źródło]

Ambitnie. Zwłaszcza jak na firmę, która póki co zatrudnia podobno dziesięć osób. Ktoś może oczywiście stwierdzić, że się czepiam, a tu spółka bez pompowania (mocnego) tematu po prostu robi swoje i tworzy polski samochód elektryczny. Odpowiem, że ja życzę FSE jak najlepiej – oby to wypaliło, niech w Bielsku-Białej powstanie duży zakład, niech zatrudnienie szybko rośnie, a rodzimi podwykonawcy zarabiają na współpracy. Nie da się jednak spojrzeć na ten projekt obiektywnie i nie zauważyć wielu wad czy niedociągnięć. Taka cena przy takich osiągach? Granie na sentymentach i wykorzystywanie mody na elektryki, zwłaszcza polskie, nie do końca mi pasują. Przynajmniej nie ma orła na dachu…

Zdjęcia pochodzą z materiałów prasowych